Polska od lat mierzy się z problemem niedoboru wody, ale tegoroczna sytuacja ponownie pokazuje skalę wyzwania. Prezes Wód Polskich zwraca uwagę, że susza hydrologiczna nie oznacza, że w każdym miejscu kraju wysychają rzeki. Chodzi o zlewnie, w których obserwowane są niskie lub bardzo niskie stany wód.
— 70 proc. Polski jest objęte stanami niskimi wód lub nawet niższymi niż niskie — mówi.
Nie dotyczy to jednak całego kraju w takim samym stopniu. Relatywnie lepsza sytuacja utrzymuje się na północy i północnym wschodzie, przede wszystkim na Mazurach.
To nie tylko problem rzek
Susza hydrologiczna jest jednym z kilku rodzajów suszy. Oprócz niej występują m.in. susza meteorologiczna, rolnicza i hydrogeologiczna. Ta ostatnia dotyczy zasobów wód podziemnych i może mieć szczególnie poważne konsekwencje, ponieważ ich odbudowa trwa znacznie dłużej.
Dane IMGW pokazują, że problem niskich przepływów w rzekach narastał w tym roku wraz z kolejnymi falami wysokich temperatur i okresami niedoboru opadów. W połowie lipca na 231 stacjach notowano przepływy poniżej średniego niskiego przepływu ze średniej wieloletniej, czyli wartości SNQ stanowiącej umowną granicę niżówki hydrologicznej. IMGW podkreślało wówczas, że nawet lokalne, intensywne burze nie muszą trwale poprawić sytuacji, ponieważ gwałtowne opady często powodują jedynie krótkotrwały wzrost poziomu wody.
To ważne, bo pojedyncza ulewa nie rozwiązuje problemu suszy. Woda musi zostać zatrzymana w środowisku i zasilić rzeki, glebę oraz wody podziemne.
Ograniczenia już obowiązują
Skutki suszy są odczuwalne nie tylko w statystykach. Jak wynika z danych przekazanych przez prezesa Wód Polskich, w 2026 r. około 630 gmin wprowadziło już różnego rodzaju ograniczenia dotyczące korzystania z wody.
Najczęściej nie chodzi o zakręcanie mieszkańcom kranów i ograniczanie dostępu do wody pitnej. Samorządy apelują przede wszystkim o ograniczenie podlewania ogródków wodą z sieci, mycia samochodów czy napełniania przydomowych basenów.
Problem jest szczególnie poważny w mniejszych miejscowościach, które mają ograniczoną liczbę źródeł zaopatrzenia w wodę.
— W przypadku małych samorządów czy małych miejskich przedsiębiorstw wodociągowo-kanalizacyjnych takie sytuacje mogą wystąpić, w szczególności w tych rejonach, gdzie susza występuje, a źródło zaopatrzenia ludności to jest jedno lub dwa w postaci wód płynących — mówi prezes Wód Polskich.
Polska należy do najuboższych w wodę krajów Europy
Problem nie zaczyna się jednak w momencie, gdy poziom rzek spada. Polska ma stosunkowo niewielkie zasoby wodne już w punkcie wyjścia.
Według rządowych danych na jednego mieszkańca przypada w Polsce niecałe 1600 m sześc. odnawialnych zasobów słodkiej wody rocznie. To wartość wskazująca na zagrożenie stresem wodnym. W suchych latach dostępność zasobów może być jeszcze niższa.
Dlatego coraz większe znaczenie ma retencja, czyli zatrzymywanie wody zamiast pozwalania jej szybko odpływać rzekami do Bałtyku.
Dawniej dyskusja o retencji często sprowadzała się do budowy dużych zbiorników. Dziś eksperci coraz częściej mówią o całym systemie: od zatrzymywania wody w glebie, przez odtwarzanie mokradeł i naturalnych terenów zalewowych, po małą retencję w miastach i — tam, gdzie jest to uzasadnione — duże zbiorniki.
„Retencja na każdym poziomie”
Prezes Wód Polskich przekonuje, że odpowiedzią na suszę powinna być właśnie taka zintegrowana retencja.
Najpierw rozwiązania naturalne: zatrzymywanie wody w krajobrazie, glebie i na terenach rolniczych. Kolejny element to zmiana funkcjonowania systemów melioracyjnych, które przez lata projektowano przede wszystkim po to, by szybko odprowadzały wodę z pól.
Następnie pojawia się retencja w miastach — zbieranie deszczówki tam, gdzie spada. Wody Polskie wskazują m.in. na błękitno-zieloną infrastrukturę, zbiorniki na deszczówkę czy rozwiązania podziemne.
Dopiero na końcu powinny pojawiać się duże inwestycje hydrotechniczne.
— Podejście retencyjne powinno być zintegrowane. Najpierw powinniśmy je oprzeć o rozwiązania oparte na naturze, później o rozwiązania techniczne — mówi prezes.
To również odpowiedź na krytykę części organizacji ekologicznych, które wskazują, że sama budowa kolejnych zbiorników retencyjnych nie rozwiąże problemu suszy. Wody Polskie przyznają, że zbiorniki nie powinny być jedyną odpowiedzią. Jednocześnie przekonują, że w niektórych miejscach pełnią ważną funkcję w stabilizowaniu przepływów.
Nie grozi nam jutro pusty kran
Czy zatem Polacy powinni obawiać się sytuacji, w której pewnego dnia odkręcą kran i nie popłynie z niego woda?
Prezes Wód Polskich uspokaja, że w skali kraju taki scenariusz nie jest obecnie realnym zagrożeniem. Polska korzysta zarówno z wód powierzchniowych, jak i podziemnych, a duże miasta mają często więcej niż jedno źródło zaopatrzenia.
Jako przykład podaje Warszawę, która korzysta m.in. z ujęcia spod dna Wisły oraz z wody z Zalewu Zegrzyńskiego.
Ryzyko jest większe lokalnie — zwłaszcza tam, gdzie mieszkańcy są uzależnieni od niewielkiej liczby źródeł.
Dlatego zamiast alarmować, że „wkrótce zabraknie nam wody”, potrzebna jest długofalowa zmiana sposobu gospodarowania nią.
— Alarmowanie, że zaraz zabraknie nam wody, jest trochę straszeniem społeczeństwa. Należy raczej mówić o tym, że mamy kryzys wodny, bo to jest prawda — mówi prezes Wód Polskich.
Nowy plan walki z suszą
Jednym z najważniejszych elementów działań państwa ma być aktualizacja planów przeciwdziałania skutkom suszy. Jak poinformował prezes Wód Polskich, przygotowane przez Wody Polskie rozwiązania od 6 sierpnia są przedmiotem konsultacji społecznych prowadzonych przez Ministerstwo Infrastruktury. Konsultacje mają potrwać sześć miesięcy.
Plan ma obejmować różne grupy użytkowników wody, w tym rolników, samorządy i inne podmioty korzystające z zasobów wodnych.
To właśnie rolnictwo jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na skutki suszy. Niedobór wody nie oznacza bowiem wyłącznie problemów z poziomem rzek. Może przekładać się na wilgotność gleby, plony, gospodarkę i ceny żywności.
Każda kropla ma zostać na dłużej
Dane dotyczące zasobów wodnych pokazują, że Polska nie ma dużego marginesu bezpieczeństwa. Według rządowego dokumentu średni roczny odpływ wód z terytorium kraju wynosi około 61 km sześc., a obecnie w ramach retencji zatrzymywane jest około 7,5 proc. tej ilości.
Dlatego kluczowe staje się nie tylko to, ile deszczu spadnie, ale przede wszystkim to, co stanie się z nim później.
Wody Polskie wskazują, że potrzebne jest zatrzymywanie wody na polach, w lasach, miastach, systemach melioracyjnych i zbiornikach. Ważne jest również wykorzystywanie deszczówki zamiast wody pitnej do podlewania czy innych celów gospodarczych.
Bo — jak podkreśla prezes Wód Polskich — problemem nie jest to, że jutro w całej Polsce wyschną krany.
Problemem jest to, czy za kilkadziesiąt lat Polska będzie miała wystarczająco dużo wody, by zaspokoić potrzeby mieszkańców, rolnictwa, przemysłu i przyrody.