Zatrudnienie Beenhakkera było dużym eksperymentem i przełomem w myśleniu o konstrukcji sztabu szkoleniowego reprezentacji Polski. Wcześniej przez lata funkcjonowała dość powszechna opinia (jasne, były też zdania odrębne), że o ile z naszą kadrą mogą współpracować specjaliści z zagranicy, to głównym szefem powinien być Polak, bo on najlepiej rozumie daleko posuniętą specyfikę tutejszego futbolu.

Docenialiśmy wkład w rozwój polskiej piłki takich ludzi jak Geza Kalocsay (Górnik Zabrze), Michal Vičan (Ruch Chorzów) i Jaroslav Vejvoda (Legia Warszawa), lecz zamykaliśmy ich w ramach konkretnego klubu, bo w wymiarze lokalnym stawali się postaciami jak najbardziej pomnikowymi, choć należy być ostrożnym w ich idealizowaniu, bo mieli też wady. Każdy zbudował swoją legendę, pokazał oryginalny styl pracy, który stawał się punktem odniesienia dla następców w Górniku, Ruchu i Legii. Nie było jednak dziełem przypadku, że żaden z nich poważnie nie pretendował do funkcji selekcjonera Biało-Czerwonych — właśnie dlatego, że nie był wyposażony w odpowiednie „tubylcze” atrybuty.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoLeo Beenhakker postawił na Dariusza Dziekanowskiego

Kiedy w 2006 r. drugi raz z rzędu polegliśmy na mundialu w fazie grupowej, ponownie wygrywając tylko w ostatnim meczu „o honor”, nastroje w społeczeństwie były bojowe z tendencją do rewolucyjnych. Naród żądał głów. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze wielka afera korupcyjna, której prawdziwe rozmiary dopiero poznawaliśmy; ledwo co do aresztu trafił Ryszard F., pseudonim „Fryzjer”. Prezes PZPN Michał Listkiewicz w działaczowskim życiu zbyt wiele już widział, by nie rozumieć, że doszło do kumulacji frustrujących wydarzeń tak poważnej, że aż niebezpiecznej. Selekcjoner Paweł Janas musiał odejść, to było oczywiste, ale gdyby na jego następcę wybrał kogoś w podobnym stylu, na kilometr pachniałoby to beznadziejną kontynuacją, tymczasem potrzebny był nowy, ożywczy impuls.

Leo Beenhakker w debiucie na ławce reprezentacji Polski przeciwko Danii (0:2) w 2006 r.

FOT MAREK BICZYK – AGENCJA PRZEGLAD SPORTOWY / newspix.pl

Leo Beenhakker w debiucie na ławce reprezentacji Polski przeciwko Danii (0:2) w 2006 r.

Dlatego szybko do rangi kandydata numer jeden urósł Leo Beenhakker. To prawda, że najlepszy trenerski czas miał już raczej za sobą — w końcu nie bez powodu na tymże mundialu w 2006 r. prowadził jakże ambitną kadrę Trynidadu i Tobago. Wcześniej jednak był selekcjonerem Holandii, zdobywał krajowe mistrzostwa z Realem Madryt, Ajaxem Amsterdam i Feyenoordem Rotterdam. To musiało robić wrażenie nawet na surowych strażnikach ognia w świątyni polskiej myśli szkoleniowej. Listkiewicz zatrudnił więc Beenhakkera, reagując na oczekiwania ludu i związaną z tym obietnicę dużej firmy współpracującej na polu marketingowym z federacją, która zgodziła się pokryć znaczną część rekordowego w naszych warunkach wynagrodzenia Holendra.

Decyzja Listkiewicza została więc odebrana pozytywnie, aczkolwiek akurat za plecami szefa PZPN nie brakowało niezadowolonych, bo jakże to tak — za losy polskiej drużyny narodowej miał odpowiadać Holender? W ostateczności polska rada trenerskich mędrców (nie ma tu cienia ironii) akceptowała ten plan, ale na najbliższego współpracownika rekomendowała Stefana Majewskiego. Na taką opcję Beenhakker się nie godził, a granicę kompromisu wyznaczył gdzie indziej: zechciał mieć u swojego boku Dariusza Dziekanowskiego i wtedy zaiste mogło się wydawać, że „Dziekan” docelowo może kiedyś będzie selekcjonerem. To się nie wydarzyło, ale później w sztabie Leo terminowali inni przyszli trenerzy kadry — Adam Nawałka i Jan Urban.

Leo Beenhakker i Michał Listkiewicz

Marek Biczyk/newspix.pl / newspix.pl

Leo Beenhakker i Michał Listkiewicz

Leo Beenhakker jak Hans Christian Andersen

Zmarły w ubiegłym roku Beenhakker gromadził współpracowników wedle własnego uznania, a w najlepszym wypadku słuchał podpowiedzi ludzi, którym ufał. Zapewne tak samo działał przy wysyłaniu powołań na pierwszy mecz, który 16 sierpnia 2006 r. Polska zagrała w Odense z Danią. Rzucało się w oczy, że postawił na piłkarzy, których poprzednik przed mundialem kontrowersyjnie skreślił — 33-letniego Jerzego Dudka, który rok wcześniej wygrał z Liverpoolem Ligę Mistrzów, ale po kontuzji wciąż nie odzyskał formy, oraz 32-letniego Tomasza Frankowskiego. Wyglądało to tak, jakby chciał przypodobać się kibicom, którzy mundialowej nieobecności tych piłkarzy nie rozumieli. Tyle że Beenhakker też dał „do pieca”, bo dla odmiany pominął Artura Boruca — najlepszego Polaka podczas nieudanych MŚ.

Był umiarkowany optymizm, ale ulotnił się z końcowym gwizdkiem, bo Dania dość gładko wygrała 2:0. Beenhakker ładnie mówił, lecz jego czary nie zadziałały. Z pomeczowych złośliwych komentarzy najbardziej podobał mi się ten, zwracający uwagę, że na debiut drużyny Leo Beenhakkera nieprzypadkowo zostało wybrane Odense, bo z tego miasta pochodził specjalizujący się w tworzeniu bajek Hans Christian Andersen. No ale Beenhakker to wszystko „ustał”, choć w kolejnym meczu (z Finlandią 1:3, już o punkty) zakopał się jeszcze bardziej. Wreszcie jednak przyszła opowieść w iście baśniowym stylu — zwieńczona pierwszym w historii awansem do finałów mistrzostw Europy.