Ustaliliśmy, że Krzysztof S., właściciel agencji Detektyw24, która na początku działała w Lublinie, a potem rozszerzyła znacznie swoją działalność, próbował sprzedać taśmy z rozmowami najważniejszych polskich polityków i biznesmenów. Gdy zaczynamy o niego pytać, rozmowy się ucinają. — Radzę zostawić ten temat, bo to niebezpieczny człowiek — słyszymy.

Krzysztof S. chciał zarobić potężne pieniądze, handlując taśmami znanych biznesmenów i polityków. Był pewien, że najbogatsi Polacy wyłożą grube miliony, byle tylko uniknąć skandalu. Gdy zagłębiamy się w temat handlu taśmami, szybko okazuje się, że chciwość jednego człowieka to wierzchołek góry lodowej.

W tle bardzo szybko pojawia się rosyjski wątek, bo to służby tego państwa zainteresowały się przejęciem nagrań. Nasze źródła potwierdzają, że doszło nawet do spotkania w Wiedniu, gdzie „odsłuchiwano taśmy”.

Co więcej, z zeznań wynika, że Krzysztof S. jako jeden z nielicznych — a może i jedyny — może wiedzieć o istnieniu nagrań z Donaldem Tuskiem. Od początku afery krążyły plotki o rzekomych taśmach, na których miał zostać zarejestrowany szef rządu. Nikt ich nigdy nie słyszał ani ich nie opublikował.

Jedna z kluczowych osób w tej sprawie — Paweł K., współpracownik Krzystofa S. — twierdzi, że taśmy z Tuskiem były na tyle kompromitujące, że ten już wtedy mógł stracić stanowisko premiera rządu lub później stanowisko szefa Rady Europejskiej.

Szemrany detektyw i jego ludzie

Krzysztof S. to tajemnicza postać, która przewija się w wielu śledztwach i postępowaniach dotyczących oszustw i służb specjalnych. „Gazeta Wyborcza” w 2015 r. napisała, że jest emerytowanym funkcjonariuszem Centralnego Biura Śledczego Policji z Lublina, który najpierw rozpracowywał, a następnie „prowadził” [był w stałym kontakcie operacyjnym] Marka Falentę, biznesmena odpowiedzialnego w 2014 r. za wybuch afery podsłuchowej.

Krzysztof S. reklamuje swoją agencję Detektyw24

Materiały „Na prawach cytatu”

Krzysztof S. reklamuje swoją agencję Detektyw24

Osoby znające przeszłość S. zdecydowanie temu zaprzeczają. Twierdzą, że nigdy nie pracował ani w policji ani w innych służbach.

W 2006 r. założył agencję detektywistyczną Detektyw24. Licencję dostał w 2009 r. Później powstawały kolejne spółki — Group24 i RBI. To na nie przenoszono licencje detektywistyczne. Gdy Krzysztof S. nie mógł już formalnie prowadzić firmy, jej stery przejmowali jego najbliżsi współpracownicy.

Kilku naszych rozmówców potwierdziło, że tuż przed wybuchem afery podsłuchowej, która jest główną osią tej historii, agencja Krzysztofa S. miała problemy finansowe.

— Nie płacił detektywom, nie rozliczał zaległości. Jednocześnie kupił drogiego Jaguara, którego później rozbił w Chorwacji. Próbował też różnych biznesów z szemranymi typami — opowiada były detektyw z jego agencji.

Taśmy, które zmieniły polską politykę

Przeczytaj, czym była afera podsłuchowa

Marek Falenta

Niemal każdy, z kim rozmawialiśmy o Krzysztofie S., szybko kończył rozmowę. — Nie chcę o nim rozmawiać. Nasze drogi rozeszły się wiele lat temu. Czas i pewne wydarzenia pokazały, że to była słuszna decyzja. Panu radzę zostawić ten temat, bo to niebezpieczny człowiek — mówi były współpracownik S.

Oficjalnie Krzysztof S. nie może już świadczyć usług detektywistycznych. Jego licencja została zawieszona w wyniku prawomocnego wyroku sądu za załatwienie Falencie „lewych” zwolnień lekarskich. Występuje jako doradca lub handlowiec. Mimo to, jak wynika z naszych ustaleń, pośrednio nadal angażuje się w sprawy prowadzone przez jego ludzi.

Katarzyna Bracław w Dzień Dobry TVN

Materiały „Na prawach cytatu”

Katarzyna Bracław w Dzień Dobry TVN

Jedną z osób związanych z tym środowiskiem jest Katarzyna Bracław. To była dziennikarka lubelskiego „Nowego Tygodnia”, która szybko odeszła z zawodu i postanowiła zostać detektywem. Dziś chętnie występuje w telewizji i w portalach informacyjnych, gdzie opowiada o kulisach swojej pracy.

Jej bratem jest prokurator Łukasz Bracław. Za rządów PiS szef Prokuratury Regionalnej w Lublinie, Jerzy Ziarkiewicz, włączył go do zespołu śledczych zajmujących się Romanem Giertychem. Pisaliśmy o nim już w 2023 r.Wśród współpracowników Krzysztofa S. był także Daniel Śnieżek, były funkcjonariusz CBŚP, który pojawia się w tzw. aferze podkarpackiej.Afera podsłuchowa i handel taśmami

Afera podsłuchowa z 2014 r. była jednym z największych skandali politycznych w Polsce. W warszawskich restauracjach, m.in. „Sowa i Przyjaciele”, grupa kelnerów potajemnie nagrywała rozmowy czołowych polityków, ministrów, szefów instytucji publicznych i biznesmenów. Skandal doprowadził do politycznego trzęsienia ziemi i przejęcia władzy przez PiS.

W sprawie toczyło się kilka śledztw. Głównym postępowaniem prokuratura objęła m.in. biznesmena Marka Falentę i kelnerów z restauracji — dotyczyło ono samego faktu nagrywania. Równolegle toczyło się drugie, mniej znane śledztwo — w sprawie handlu taśmami. Wszczęte zostało we wrześniu 2015 r., po publikacji nagrań w TV Republika.

Marek Falenta

PAP/Tomasz Gzell / PAP

Marek Falenta

Głównymi podejrzanymi byli Marek Falenta, lubelski detektyw Krzysztof S., kelner Łukasz N. i była współpracowniczka i była narzeczona detektywa Katarzyna W. W 2024 r. sprawa zakończyła się aktem oskarżenia, który trafił do Sądu Okręgowego w Warszawie.

Nasze wielomiesięczne śledztwo ujawnia, że S., właściciel agencji Detektyw24, miał dostęp do nagrań z udziałem czołowych polityków i biznesmenów i próbował je sprzedać — m.in. podczas spotkania z Rosjanami w Wiedniu. W grę wchodziły setki milionów — w zależności od oferty — w dolarach, euro lub złotych.

Nagrywani mieli być m.in. Jan Kulczyk, Radosław Sikorski, Paweł Graś, Włodzimierz Karpiński, Krzysztof Kwiatkowski, Elżbieta Bieńkowska, Paweł Wojtunik, Sławomir Nowak, Lech Wałęsa, Wojciech Balczun i Bartosz Arłukowicz — a być może — według niektórych zeznań — także inni polscy miliarderzy. Legendą obrosły również możliwe nagrania z podsłuchów Donalda Tuska.

Fałszywe zwolnienie lekarskie i przekupywanie policjantów

Nazwisko Krzysztofa S. po raz pierwszy pojawia się w aktach afery podsłuchowej w czerwcu 2014 r. tuż po przeszukaniu domu Marka Falenty w podwarszawskim Konstancinie-Jeziornie przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego i CBŚP. Tam śledczy znaleźli telefon biznesmena. W obecności funkcjonariusza ABW narzeczona Marka Falenty, Anna P., przepisała z listy kontaktów jego iPhone’a „numery biznesowe”. To właśnie tam znalazł się kontakt opisany jako „Krzysiek [tu nazwisko detektywa]”.

Potem pojawiła się rzecz pozornie banalna: fałszywe zwolnienie lekarskie dla Marka Falenty. Według śledczych grupa policjantów, na zlecenie prywatnych detektywów, bezprawnie sprawdzała dane osobowe (PESEL, adresy, zdarzenia) w Krajowym Systemie Informacji Policyjnej (KSIP), a następnie przekazywała je zainteresowanym osobom.

S. wpadł podczas policyjnej prowokacji. Za pośrednictwem znajomego zlecił sprawdzenie danych fikcyjnej osoby. Klientem okazał się podstawiony policjant. Za informacje zaproponował pieniądze. W toku śledztwa wyszedł też na jaw wątek fałszywych zwolnień dla Falenty.

27 maja 2015 r. do mieszkania Krzysztofa S. i Katarzyny W., jego współpracowniczki i ówczesnej partnerki, weszli funkcjonariusze CBŚP. Detektyw został zatrzymany.

Już następnego dnia zdecydował się współpracować ze śledczymi. Przyznał się do winy. Opowiedział, jak załatwiano zwolnienia dla Falenty. Wskazał też pośrednika Pawła K. i swoich współpracowników. Obiecał opowiedzieć wszystko o współpracy detektywów z policją i nielegalnym wykorzystywaniu policyjnych baz przez funkcjonariuszy.

Krzysztof S.

Materiały „Na prawach cytatu”

Krzysztof S.

We wrześniu 2016 r. S. ponownie złożył obszerne wyjaśnienia. Przesłuchiwano go jako tzw. małego świadka koronnego. Następnie złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze.

Został prawomocnie skazany za fałszowanie zwolnień lekarskich na 2 lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata. Przez 5 lat nie mógł prowadzić działalności detektywistycznej. Musiał też zapłacić niemal 10 tys. zł grzywny i kosztów sądowych.

Handel taśmami. „200 mln dol. To jest cena dla Kulczyka”

To był dopiero początek kłopotów Krzysztofa S. W aktach sprawy jest wiele zeznań świadków, którzy twierdzą, że detektyw miał taśmy z nagranych spotkań polityków i biznesmenów. Padają nazwiska najbogatszych Polaków m.in. Jana Kulczyka, Zygmunta Solorza oraz Michała Sołowowa.

Detektyw miał jeden cel — chciał je sprzedać za wielomilionowe kwoty. Liczył, że polscy miliarderzy, dla których upublicznienie taśm mogłoby być kompromitujące, chętnie zapłacą, i to dużo.

Wspomniany wcześniej Paweł K., który na polecenie S. zlecał policjantom sprawdzanie danych w bazach, to były funkcjonariusz służb specjalnych PRL. Po 1989 r. Paweł K. służył w warszawskiej Straży Miejskiej. Z racji swojego wcześniejszego zajęcia miał wiele kontaktów, m.in. u ochroniarzy polskich miliarderów. Dla prywatnego detektywa była to doskonała okazja do dotarcia do potencjalnych kupców. Postanowił to wykorzystać.

Paweł K. zeznał, że Krzysztof S. zaproponował mu „przehandlowanie nagrań z afery taśmowej”. A było czym handlować. „To dotyczyło kilkudziesięciu nagrań — ok. 30-40” — tłumaczył śledczym.

Jan Kulczyk w 2015 r.

PAP/Rafał Guz / PAP

Jan Kulczyk w 2015 r.

Mężczyzna dostał na karcie pamięci próbkę nagrań z Janem Kulczykiem oraz laptop S., na którym znajdowały się faktury dotyczące zakupu wysokiej klasy urządzeń podsłuchowych oraz pliki audio. Paweł K. miał dotrzeć do Jana Kulczyka i Zygmunta Solorza.

„Oni nie chcieli się w żaden sposób angażować, oprócz tego, że daliby nagrania i wzięli kasę (…) Oni, czyli ta grupa ludzi z Podkarpacia, obawiali się zemsty ze strony osób podsłuchanych, że Kulczyka stać było na to, żeby ich wszystkich pozabijał. Zaczęliśmy wtedy rozmawiać z S. o konkretach finansowych (…) On wymienił kwotę 200 mln dolarów — że to jest cena dla Kulczyka” — opowiadał Paweł K. W swoich zeznaniach nie precyzuje, kto oprócz Krzysztofa S. miał należeć do „grupy ludzi z Podkarpacia”.

Rosjanie chcieli kupić taśmy

Paweł K. twierdzi, że na nagrania Kulczyka polował rywal polskiego biznesmena. Negocjacje miały być prowadzone za granicą, bo już wtedy czuli, że polskie służby depczą im po piętach: „Kupnem nagrań Kulczyka był zainteresowany jakiś jego konkurent z »Gazpromu«. Oni mogli im sprzedać całą partię tych nagrań, ale potem się z tego wycofali — częściowo za moją sugestią. Powiedziałem im, że w tym przypadku za rosyjską firmą mogą stać rosyjskie służby specjalne, a takie coś by poważnie groziło bezpieczeństwu osobistemu wszystkich zaangażowanych osób i mogłoby dojść do wyeliminowania osób, które przehandlowałyby nagrania (…) Zdawali sobie sprawę, że służby są blisko nich. S. był przekonany nawet, że podlega inwigilacji” — dowiadujemy się z akt sprawy.

Krzysztof S. zaproponował Pawłowi K. założenie spółki. Twierdził, że firmy paliwowe mają nadmiar pieniędzy, które trzeba przenieść za granicę. Chodziło o ogromne kwoty — nawet 50 mln euro tygodniowo. Zrezygnował, gdy zorientował się, w jaką sprawę został wciągnięty.

Paweł K. obawiał się też Krzysztofa S. Twierdził, że detektyw mógłby się zemścić, gdyby informacje ze śledztwa wyszły na jaw. S. miał również znajomości wśród przestępców na Śląsku.

Zeznania Pawła K. znajdują potwierdzenie w wyjaśnieniach Marcina M., byłego partnera biznesowego S. i podejrzanego w tzw. sprawie szczecińskiej, dotyczącej m.in. gangsterów związanych z mafią pruszkowską.

„On [Krzysztof S.] powiedział, że mają nagrania na pewną grupę osób i będą chcieli je [taśmy] sprzedać (…) powiedział, że jest organizowane spotkanie w Wiedniu, że Andrzej P. organizuje Rosjan, którzy są zainteresowani kupnem tego wszystkiego, co mają. S. powiedział też, że na tym spotkaniu ma być Jan Kulczyk, ma być ktoś od nich — czyli S. i mają być Rosjanie (…) Krzysztof S. liczył za te nagrania, za to, co ma, na 100 mln euro” — tłumaczył policjantom z CBŚ Marcin M.

Akta sprawy afery podsłuchowej

PAP/Tomasz Gzell / PAP

Akta sprawy afery podsłuchowej

Do spotkania ostatecznie nie doszło. Półtora tygodnia wcześniej wybuchła afera podsłuchowa. Według Marcina M. Rosjanie odwołali spotkanie i chcieli wiedzieć, czy istnieją jeszcze inne nagrania.

Wiosną 2015 r. Marcin M. spotkał się z S. w Lublinie. W spotkaniu uczestniczył również obywatel Rosji. Za organizację spotkania z Rosjanami odpowiedzialny był Andrzej P., bliski przyjaciel prywatnego detektywa (zmarł w czerwcu 2015 r.).

Dopiero po jego śmierci Krzysztof S. miał powiedzieć Marcinowi M., że Rosjanin był związany z rosyjskimi służbami. Jak zeznał M., po wycieku taśm detektyw nadal kontaktował się z Rosjanami, ale ostatecznie nie doszło do porozumienia.

Podsłuchy Donalda Tuska istnieją?

Marcin M. twierdzi, że zleceniodawcą podsłuchów, które doprowadziły do wybuchu wielkiej afery, był Marek Falenta, a sprzęt do nagrywania dostarczył właśnie Krzysztof S. Według zeznań podsłuchy zakładały i montowały dwie ekipy z Ryk. Jedna z nich miała być traktowana jako „do zadań specjalnych” i pracować dla S.

Sam S. przyznał, że poznał Marka Falentę w 2012 r., a jego bliskiego współpracownika, Krzysztofa Rybkę, pół roku później. To on miał zainicjować znajomość. Szukał zamożnych klientów, na których mógł zarobić. Pozyskiwał dla nich m.in. wrażliwe informacje biznesowe i sprawdzał, czy nie są podsłuchiwani.

Na przełomie 2013 i 2014 r. Krzysztof S. sprzedał Rybce wysokiej jakości dyktafon. Twierdził jednak, że nie wiedział, do czego sprzęt zostanie wykorzystany.

Marcin M. mówił również o nagraniach dotyczących Donalda Tuska. Według jego zeznań Krzysztof S. twierdził, że po wybuchu afery sprzedał Janowi Kulczykowi nagranie z udziałem ówczesnego premiera za 60 mln euro. Miało być na tyle kompromitujące, że Tusk mógł stracić ówczesne stanowisko. Co takiego na nim mogło być — nie wiadomo.

„Krzysztof S. wspominał też o nagraniach premiera Tuska — tak, że oni mogą też posiadać takie nagrania” — zeznawał w tym wątku Paweł K.

S. miał też mówić o nagraniu Zygmunta Solorza-Żaka, wycenionym na 6 mln euro.

Premier Donald Tusk

PAP/Leszek Szymański / PAP

Premier Donald Tusk

Spotkaliśmy się też ze świadkiem, który ze względu na obawy o swoje bezpieczeństwo poprosił o anonimowość. Twierdzi, że wątek spotkań z Rosjanami w Wiedniu nie został w zeznaniach przedstawiony w całości.

— Według mojej wiedzy spotkania z Rosjanami w Wiedniu się odbyły. I to nie jedno. Odsłuchiwali tam taśmy. To bardzo niebezpieczny wątek — mówi.

Nie chciał odpowiedzieć, czy doszło do sprzedaży nagrań ani czy wśród nich były taśmy z Donaldem Tuskiem. Wskazuje, że te informacje mógłby potwierdzić jedynie Krzysztof S.

W sierpniu 2015 r. „Gazeta Wyborcza” opisała tajną notatkę CBA dotyczącą tzw. grupy wiedeńskiej. Według niej byli funkcjonariusze służb mieli dysponować około 700 godzinami nagrań z nielegalnych podsłuchów. Oferowali ich sprzedaż, a zainteresowani mogli je odsłuchać w Wiedniu. Wśród nagrań miała być m.in. rozmowa Donalda Tuska z Janem Kulczykiem dotycząca inwestycji w Ukrainie. W artykule wymieniono jednego członka grupy — byłego oficera ABW. „Gazeta” nie wspomniała słowem o S.

Tajemniczy współpracownik Rosjan i próbki nagrań

W wątku handlu taśmami pojawia się też Norbert P. To tajemnicza postać, którą niektórzy uważali za podstawionego funkcjonariusza ABW. Zeznał, że w 2015 r. poznał S. w Nałęczowie. Detektyw miał wtedy chwalić się kontaktami z Markiem Falentą i twierdzić, że grupa ma ok. 100 GB nagrań polityków. Cena miała wynosić 100 mln zł.

Norbert P. poprosił o próbki. Otrzymał pięć nagrań z udziałem Jana Kulczyka, a później kolejną partię. Pliki dostał na karcie SD. Jak zeznał, na nośniku znajdowało się też oprogramowanie szpiegujące, które mogło ujawnić lokalizację jego komputera. Usunął je przed odsłuchaniem nagrań. Miesiąc później dostał kolejne taśmy. Wśród nazwisk nagranych osób wymienił m.in. Władysława Kosiniaka-Kamysza, Elżbietę Bieńkowską, Pawła Wojtunika, Bartłomieja Sienkiewicza i Radosława Sikorskiego.

Niektóre z nagrań Norbert P. usunął, pozostałe przekazał CBA. Niewykluczone, że to właśnie on dostarczył służbom taśmy z afery podsłuchowej, którymi później chwalono się w mediach. Do dziś oficjalnie nie wiadomo, w jaki sposób CBA weszło w ich posiadanie.

Śledczy ustalili, że w latach 2014-2015 Norbert P. współpracował z Rosyjskim Komitetem Unii Czarnomorskiej, zajmującym się pośrednictwem handlowym między Polską a Rosją [nie udało nam się ustalić, czym była oraz czym zajmowała się ta organizacja]. W tym czasie poznał Krzysztofa S. i został członkiem rady nadzorczej jednej z jego spółek.

Kilka źródeł potwierdziło nam, że Norbert P. miał rozległe kontakty w Rosji. Jeden z jego znajomych wspominał nawet o licznych Rosjanach, których spotkał w willi w centrum Warszawy.

Później prokuratura próbowała ponownie go przesłuchać. Bezskutecznie. Norbert P. zniknął. Do dziś nie wiadomo, gdzie przebywa ani nawet czy żyje.

Od jednej afery do drugiej. Pendrive Krzysztofa S.

To nie koniec wielkich afer, w których pojawia się nazwisko detektywa. 13 października 2016 r. funkcjonariusze CBŚP przeszukali biura spółek Krzysztofa S. i należące do niego nieruchomości. Policjanci pojawili się także w jego rodzinnym domu w Urszulinie oraz w mieszkaniach rodzeństwa. Przejęli dokumenty i sprzęt elektroniczny.

Na trawniku przed blokiem, w którym zatrzymano S., funkcjonariusze znaleźli pendrive. Detektyw początkowo nie chciał potwierdzić, że wyrzucił go przez okno. Później przyznał, że nośnik zawiera materiały dotyczące korupcji w policji.

O kopię pendrive’a szybko poprosili śledczy prowadzący postępowanie dotyczące korupcji w rzeszowskim CBŚP, handlu ludźmi i czerpania korzyści z prostytucji. W sprawie pojawiali się byli funkcjonariusze Daniel Śnieżek i Ryszard J., związani z tzw. aferą podkarpacką.

Sensacyjne ustalenia Onetu i Gońca: gangsterzy od afery podkarpackiej byli tajnymi współpracownikami polskiego państwa

O bliskich relacjach S. ze Śnieżkiem świadczyło też to, że po odejściu ze służby były funkcjonariusz znalazł pracę w agencji Detektyw24 należącej do S.

Podczas przeszukania policjanci znaleźli również kartkę z odręcznie zapisanymi nazwiskami i numerami telefonów. Jak ustaliliśmy, część z nich należała do polityków, m.in. Adama Hofmana i Antoniego Macierewicza.

Daniel Śnieżek, były oficer CBŚP, który jest zamieszany w aferę podkarpacką

Materiały „Na prawach cytatu”

Daniel Śnieżek, były oficer CBŚP, który jest zamieszany w aferę podkarpacką

Była narzeczona zaczyna sypać

Był to punkt zwrotny w całej sprawie. 13 października 2016 r. razem z Krzysztofem S. zatrzymano Katarzynę W., jego byłą narzeczoną i współpracowniczkę. Była piłkarka ręczna z Lublina sporo wiedziała o działalności detektywa.

Oboje usłyszeli zarzuty dotyczące ujawniania, przekazywania i prób sprzedaży nagrań z afery podsłuchowej. Oboje nie przyznali się do winy. S. odmówił składania wyjaśnień. Ale jego była partnerka mówiła znacznie więcej.

Według niej rozmowy z potencjalnymi nabywcami taśm odbywały się w warszawskich restauracjach, głównie na Mokotowie i w centrum. „Bywało, że w restauracji (…) siedzieliśmy od 10 do 18, tylko zmieniali się ludzie do nas przysiadujący” — mówiła śledczym Katarzyna W.

W trakcie rozmów pojawiały się dziesiątki osób. Katarzyna W. twierdziła, że część z nich S. przedstawiał jako klientów związanych z Rosjanami.

Była partnerka detektywa przyznaje, że konkretnych spotkań dotyczących sprzedaży nagrań było około dziesięciu: „Wiem, że oni — Krzysztof S. i Norbert P. — prowadzili negocjacje na temat sprzedaży taśm”.

Funkcjonariusze ABW przeszukują dom Marka Falenty

PAP/Bartłomiej Zborowski / PAP

Funkcjonariusze ABW przeszukują dom Marka Falenty

Katarzyna W. zeznała, że sprawa sprzedaży taśm miała również międzynarodowy wątek. Według niej prowadził on na Wschód. Andrzej, który skontaktował Norberta P. z S., miał mieć związki z Rosją. Później Norbert P. miał spotkać się za granicą z osobą zainteresowaną zakupem nagrań.

W. wyjawiła też, że Krzysztof S. mógł mieć dostęp również do innych nagrań z afery podsłuchowej. Była pewna, że jej były partner kontaktował się z Falentą w sprawie sprzedaży taśm. „Marek miał zaufanie do Krzysztofa jako wspólnika biznesowego” — zeznała.

Skazani za udostępnianie nagrań

17 kwietnia 2025 r. Sąd Okręgowy W Warszawie skazał Marka Falentę na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata. Ponadto biznesmen przez pięć miesięcy ma przelewać 25 proc. swojego wynagrodzenia na cel społeczny oraz wypłacić: po 100 tys. zł zadośćuczynienia Radosławowi Sikorskiemu, Dominice Kulczyk i Jerzemu Mazgajowi; 80 tys. zł zadośćuczynienia dla Katarzyny Roehrich-Tomczykiewicz (wdowa po Tomaszu Tomczykiewiczu); 75 tys. zł dla ks. Kazimierza Sowy.

Krzysztof S. został skazany na sześć miesięcy więzienia z warunkowym w zawieszeniu na dwa lata. Dodatkowo detektyw ma wypłacić zadośćuczynienie: 50 tys. zł dla Dominiki Kulczyk i 45 tys. zł dla Roehrich-Tomczykiewicz. Pokrzywdzeni to osoby, które znalazły się na taśmach udostępnianych przez Krzysztofa S. lub ich spadkobiercy.

Sąd uznał za winnych także kelnera Łukasza N. i Katarzynę W. Odstąpił jednak od wymierzenia im kary. Oboje muszą zapłacić zadośćuczynienia oraz pokryć koszty sądowe.

Kelner Łukasz N. chroniony przez uzbrojonych antyterrorystów i w kamizelce kuloodpornej, zasiada na ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Warszawie w 2016 r.

PAP/Tomasz Gzell / PAP

Kelner Łukasz N. chroniony przez uzbrojonych antyterrorystów i w kamizelce kuloodpornej, zasiada na ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Warszawie w 2016 r.

Sąd dał wiarę zeznaniom Pawła K., Norberta P. i Marcina M. Uznał, że ich relacje były spójne i szczegółowo opisywały współpracę z S. oraz próby sprzedaży nagrań. Częściowo odrzucono natomiast zeznania Katarzyny W., zwłaszcza tam, gdzie zaprzeczała swojemu udziałowi w przekazywaniu taśm.

Od wyroku odwołali się Falenta, Krzysztof S. i Łukasz N. Falenta zarzuca m.in., że sąd pominął część zeznań Cezarego Gmyza i nie przesłuchał kluczowych — jego zdaniem — świadków. Twierdzi też, że nie wyjaśniono roli służb w całej sprawie.

Próbowaliśmy skontaktować się z Pawłem K., Katarzyną W., Norbertem P. i Marcinem M. Bezskutecznie.

Krzysztof S. w rozmowie z Onetem: nie wybaczam nikomu

Z Krzysztofem S. spotykaliśmy się kilkakrotnie. W rozmowie z Onetem detektyw niechętnie wraca do swojego udziału w tzw. aferze podsłuchowej. Twierdzi, że jego rola ograniczała się wyłącznie do przekazania nagrań służbom — a dokładnie Norbertowi P., którego uważa za współpracownika ABW. Sugeruje przy tym, że woli nie rozgrzebywać tego wątku, gdyż mogłoby to być „niewygodne dla wielu osób”.

Potwierdza, że taśmy, którymi dysponował, otrzymał od Marka Falenty, lecz zaprzecza, jakoby posiadał ich aż kilkadziesiąt. Pytany o kwestię handlu nagraniami, S. przyznaje, że skoro zgłaszali się do niego chętni, miał możliwość ich sprzedaży. Zapewnia jednak, że ostatecznie ani jednego nagrania nie sprzedał.

Spotkanie z Rosjanami w Wiedniu nazywa „wymysłem” i podkreśla, że wokół tej sprawy narosło mnóstwo teorii, z których większość to zwykłe legendy.

Według niego świadek Marcin M. poszedł na współpracę z prokuraturą jako mały świadek koronny i teraz opowiada historie, które nie zawsze są zgodne z prawdą. Z kolei Pawła K. uważa za „osobę uzależnioną od alkoholu”, która wielokrotnie podejmowała próby wyjścia z nałogu. Przekonuje również, że taśmy z Donaldem Tuskiem nigdy nie istniały.

Detektyw wyraża nadzieję, że przygotowywany przez nas materiał powstanie „z klasą”, przypominając, że „żyjemy w jednym mieście, więc pewnych rzeczy się nie robi” [w autoryzacji Krzysztof S. uznał te sformułowania za dwuznaczne i domagał się ich usunięcia. Z uwagi na to, że dokładnie cytujemy jego słowa, zdecydowaliśmy się pozostawić je w materiale].

Nie wyklucza, że wejdzie jeszcze na drogę sądową, by walczyć o swoje dobre imię. Być może po upływie pewnego czasu wytoczy procesy świadkom oraz dziennikarzom, którzy źle o nim mówili i pisali.

— W tej sprawie jestem niewinny. Kiedy przyjdzie odpowiedni czas, zacznę udowadniać swoją niewinność. Będzie na to czas. Nie rusza mnie ten cały szum, mimo, że dostałem zarzuty i zostałem skazany w pierwszej instancji, bo ja sobie poradzę. Całe życie żyję na wojnie, z dnia na dzień. Nie wybaczam nikomu, będę występował z roszczeniami na drodze cywilnej wobec osób, które mnie pomówiły — mówi Onetowi Krzysztof S.

I dodaje: — To było zlecenie polityczne. Wydał je ktoś z otoczenia Platformy Obywatelskiej. Czemu sprawa nie ruszyła za PiS-u? Nie jestem ani „pisowy”, ani „platformowy”. Sprawa taśmowa leżała nieruszona 10 lat. Proces ruszył po wyborach, sędzia wyznaczyła 11 rozpraw w ciągu dwóch tygodni. Kto tak robi?

Krzysztofowi S. upłynął już kilkuletni okres zawieszenia licencji detektywistycznej. Obecnie czeka na wpis do rejestru MSWiA, aby móc wrócić do wykonywania zawodu.