Wojtoń, który w momencie tragedii odpoczywał w specjalnej kabinie, zdecydował się przedstawić swoją wersję wydarzeń i odnieść się do narastających mitów. Jak podkreśla w rozmowie z „Super Expressem”, jego relacja opiera się na faktach, a nie domysłach, które pojawiły się w mediach po wypadku.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Kierowca prowadził autokar przez Chorwację i część Węgier, a następnie przekazał kierownicę swojemu koledze, Robertowi, gdy jego czas pracy dobiegł końca. Wojtoń zaznacza, że przed zmianą kierowców upewnił się, że Robert jest w pełni sił i gotowy do dalszej jazdy.

— Mówił, że się czuje bardzo dobrze. Ja pytałem się jak tam. On mówi: „Nie no, wszystko w porządku. Czuję się bardzo dobrze” — wskazał Wojtoń. Robert miał prowadzić pojazd przez cztery i pół godziny, jednak do wypadku doszło po około trzech i pół godziny jazdy, tuż przed planowanym postojem. Wojtoń podkreśla, że do miejsca odpoczynku brakowało zaledwie dwóch kilometrów.

Tragedii można było zapobiec? „W tym miejscu tych barierek nie było”

Jedną z najczęściej powielanych wersji wydarzeń była ta, według której autokar miał kilkukrotnie koziołkować. Grzegorz Wojtoń stanowczo zaprzecza tym doniesieniom. — Absolutnie nie. Proszę tego nie słuchać — apeluje Wojtoń.

Wypadek polskiego autokaru na Węgrzech. Najważniejsze fakty [WYJAŚNIAMY]Tragiczny wypadek autokaru na Węgrzech

Kierowca twierdzi, że autokar zsunął się z drogi i przewrócił na bok, po czym stoczył się po bardzo stromym i głębokim nasypie, co jego zdaniem miało kluczowe znaczenie dla przebiegu wypadku.

— Był bardzo stromy i bardzo głęboki nasyp, który moim zdaniem powinien być zabezpieczony barierkami ochronnymi. W tym miejscu tych barierek nie było i kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby tam były — mówi Wojtoń w rozmowie z „Super Expressem”.