Stało się to, co od dawna było nieuniknione. A jednak liczba jest tak wysoka, że trudno ją sobie wyobrazić. 40 bln 47 mld 425 mln 768 tys. 420 dol. (148 bln 18 mln 689 mln 671 tys. 270 zł). Tyle, według danych na środowy wieczór, wynosi amerykański dług publiczny.
Pięć miesięcy temu przekroczył on próg 39 bln dol. (144 bln zł), a w październiku poprzedniego roku — 38 bln dol. (140 bln zł). Tempo wzrostu amerykańskiego zadłużenia staje się coraz szybsze. To zły znak dla Trumpa, który obiecał uporządkować budżet.
Sytuacja ta budzi niepokój nie tylko w perspektywie krótkoterminowej.
Kiedy w 2016 r. Donald Trump po raz pierwszy ubiegał się o fotel w Białym Domu, oświadczył, że w ciągu ośmiu lat zlikwiduje dług publiczny poprzez zawarcie nowych umów handlowych i pobudzenie wzrostu gospodarczego. Tak się faktycznie stało — tylko że od tego czasu dług publiczny się podwoił.
To wstyd dla Białego Domu: przekroczenie granicy 40 bln dol. (148 bln zł) nastąpiło kilka miesięcy wcześniej, niż jeszcze niedawno przewidywali analitycy. Główną tego przyczyną są miliardy dolarów, które państwo straciło. Od miesięcy trwa bowiem zwrot nadpłaconych ceł — proces ten zaczął się po tym, jak Sąd Najwyższy USA uznał podstawę prawną ceł Trumpa ogłoszonych w ramach Dnia Wyzwolenia za niezgodną z prawem.
Do tego dochodzi fakt, że tylko w bieżącym roku budżetowym Waszyngton prawdopodobnie zaciągnie ponad 2 bln dol. (7,4 bln zł) nowego długu. Znaczna część tej kwoty trafia obecnie po prostu na spłatę odsetek od już istniejącego zadłużenia — według obliczeń think tanku Komitet na rzecz Odpowiedzialnego Budżetu Federalnego (Committee for a Responsible Federal Budget, CRFB) stanowi to około połowy tegorocznego deficytu. — Najbardziej przerażające jest to, że na własne oczy można obserwować, jak zaczyna się spirala zadłużenia — powiedział dyrektor ds. polityki CRFB, Marc Goldwein, w rozmowie z CNN.
Zadłużenie USA wynosi obecnie 123 proc. PKB. To o 4 pkt proc. więcej niż w momencie objęcia urzędu przez Trumpa. Niemniej jednak wartość procentowa jest niższa niż sześć lat temu. Wtedy, pod wpływem szoku związanego z pandemią COVID-19, wskaźnik ten gwałtownie wzrósł do 133 proc. PKB. Nawet to 123 proc. to jednak wartość zdecydowanie zbyt wysoka — ostrzegają ekonomiści. W długoterminowej perspektywie wzrost ten jest bowiem znaczny.
Dla porównania — niecałe 10 lat temu dług ten po raz pierwszy przekroczył próg 100 proc. W 2007 r., tuż przed kryzysem finansowym, wskaźnik ten wynosił 62 proc., czyli nieco mniej niż połowa obecnego poziomu. A na początku pierwszej dekady XXI w. oscylował on wokół poziomu 55 proc.
Pęd ku zadłużeniu
Eksperci mają jednoznaczne wyjaśnienie, jak doszło do ostatniego wzrostu zadłużenia. Niemal jednocześnie zbiegły się ze sobą trzy czynniki. Po pierwsze: wojna z Iranem. Już w pierwszym jej tygodniu przedstawiciele Pentagonu mówili o kosztach przekraczających 11 mld dol. (40,7 mld zł), a ekonomista Kent Smetters z Penn Wharton Budget Model szacował, że dziennie wynoszą one około 800 mln dol. (ok. 3 mld zł).
Po drugie: unieważnione cła. W lutym Sąd Najwyższy uchylił znaczną część „ceł nadzwyczajnych”, które nałożył Trump. W rezultacie państwo amerykańskie musiało w pierwszym etapie zwrócić przedsiębiorstwom 160 mld dol. (591 mld zł) — były to pieniądze uwzględnione już w budżecie. CRFB szacuje, że utrata tych dochodów może spowodować wzrost wskaźnika zadłużenia USA do 2036 r. do 125 zamiast prognozowanych 120 proc. PKB.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Po trzecie: obniżki podatków z 2025 r. Sekretarz skarbu USA Scott Bessent zamierzał zmniejszyć deficyt z ponad 6 do 3 proc. PKB. Obecnie zmierza jednak w przeciwnym kierunku. Amerykańskie przedsiębiorstwa mogą od razu w całości odliczyć koszty nowych fabryk, zamiast rozkładać je na lata, co również przyczynia się do wzrostu zadłużenia.
Do tego dochodzi fakt, że Wielka piękna ustawa Trumpa pochłania ogromne kwoty — są one wydawane na programy dotacyjne i udziały państwowe, zwłaszcza w sektorach technologicznym, energetycznym, górniczym i wojskowym. Godne uwagi jest również to, jak nie powiodły się obietnice Elona Muska z ubiegłego roku. Założony przez niego Departament Efektywności Rządu (DOGE) miał zaoszczędzić co najmniej bilion dolarów (3,7 bln zł), co znacznie odciążyłoby budżet USA. Według własnych danych udało mu się jednak zaoszczędzić tylko nieco ponad 200 mld dol. (740 mld zł) — a i tę liczbę badacze z Government Accountability Office, instytucji kontrolnej Kongresu Stanów Zjednoczonych, uważają za niewiarygodną.Eksperci podzieleni
Opinie ekspertów co do tego, w jakim stopniu zadłużenie staje się konkretnym zagrożeniem dla USA, są podzielone. — Wysokość długu nie jest nie do udźwignięcia. Ale kierunek, w którym on zmierza, już tak — powiedział wiosną były szef Fed Jerome Powell. Decydujące znaczenie ma nie tyle sama góra długu, ile tempo, w jakim rośnie ona w stosunku do wyników gospodarczych. Stosunek ten, zdaniem Powella, zmierza tylko w jednym kierunku. — Jeśli wkrótce nie podejmiemy działań, nie skończy się to dobrze — stwierdził.
Właśnie ten argument — że samo wysokie zadłużenie nie jest jeszcze katastrofą — przedstawia również laureat Nobla w dziedzinie ekonomii Paul Krugman. Jego główny argument brzmi: Stany Zjednoczone zadłużają się w swojej własnej walucie, dolarze, i tym samym nie można ich porównać z krajami, które zaciągają kredyty w walucie obcej i mogą zbankrutować. Wskaźnik zadłużenia w stosunku do PKB utrzymuje się mniej więcej na poziomie z końca II wojny światowej — i nadal jest wyraźnie niższy niż w Japonii, w której nie wybuchł żaden kryzys zadłużenia.
Znacznie bardziej zaniepokojona wydaje się natomiast Maya MacGuineas, prezeska CRFB. Dostrzega ona ryzyko kryzysu finansowego, inflacyjnego lub walutowego, jeśli nie nastąpi korekta kursu. Podobne głosy dochodzą również z Wall Street. Szef BlackRock Larry Fink, szef JPMorgan Jamie Dimon oraz szef Bank of America Brian Moynihan nieraz niezależnie od siebie ostrzegali przed wzrostem zadłużenia. Z kolei założyciel Citadel Ken Griffin sposób, w jaki Stany Zjednoczone radzą sobie ze swoim zadłużeniem, nazwał „nieodpowiedzialnym”.
Jeden dzień może zmienić przyszłość Trumpa. Co prezydent USA ma do stracenia [WYJAŚNIAMY]
Obawy narastają również w Niemczech. Stany Zjednoczone nie są bowiem jedynym krajem borykającym się z rosnącym zadłużeniem, wzrostem stóp procentowych oraz potencjalnym ryzykiem obniżenia ratingu kredytowego i wzrostu cen niemieckich obligacji skarbowych. — Należy martwić się o stabilność globalnych rynków obligacji — powiedział ekonomista Gabriel Felbermayr w rozmowie z Handelsblatt. — Ryzyko poważnego globalnego kryzysu zadłużenia publicznego jest obecnie bardzo wysokie.
W związku ze wzrostem kosztów odsetkowych Stanom Zjednoczonym, Japonii, ale także wielu państwom europejskim grozi wpadnięcie w błędne koło coraz wyższego zadłużenia i rosnącej obsługi długu. Również Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) w swojej analizie ostrzega przed ryzykiem „eksplozji zadłużenia”.
Wiele ojców kryzysu
W perspektywie krótkoterminowej USA pozostają jednak najbezpieczniejszą przystanią na świecie: żaden inny rynek obligacji nie jest nawet w przybliżeniu tak głęboki, tak płynny ani tak kluczowy dla globalnego systemu finansowego. Ekonomiści nieustannie podkreślają ponadto, że nie ma prawdziwych zamienników dla dolara jako waluty rezerwowej. Właśnie dlatego inwestorzy nadal kupują amerykańskie obligacje skarbowe, pomimo wszystkich ostrzeżeń. Czy zatem Stany Zjednoczone są „zbyt duże, by upaść”?
Często pojawiają się informacje o niebezpieczeństwie reakcji łańcuchowej. Im mniej inwestorzy ufają państwu, tym wyższych odsetek wymagają. Wydaje się, że właśnie to wkrótce nastąpi zarówno w USA, jak i w Europie. Rentowność 30-letnich obligacji skarbowych USA osiągnęła najwyższy poziom od prawie 20 lat.
Ponieważ stanowi ona punkt odniesienia dla niemal wszystkich innych kredytów, rosną również oprocentowania kredytów hipotecznych i kredytów dla przedsiębiorstw. Oprocentowanie 30-letnich kredytów hipotecznych wynosi obecnie prawie 6,7 proc. Ostatecznie zapłaci za to każdy, kto chce sfinansować zakup domu lub firmy. Do tego dochodzi fakt, że wyższe stopy procentowe powodują wzrost kosztów obsługi istniejącego długu publicznego, deficyt nadal rośnie, konieczne staje się zaciąganie nowych długów — to błędne koło. — Państwo trwale wydaje więcej, niż zarabia — twierdzi Margaret Spellings z Bipartisan Policy Center.
Wielokrotnie przewidywany „krach systemu” najwyraźniej nie jest jednak jeszcze bliski. Powodem tego jest solidny rozwój gospodarczy. Dopóki PKB rośnie, Stany Zjednoczone są w stanie spłacać swoje długi. Dopiero w przypadku spowolnienia gospodarczego sytuacja stanie się krytyczna. Na razie jednak nic na to nie wskazuje.
W 2025 r., w pierwszym roku rządów administracji „Trump 2.0”, wzrost wyniósł 2,1 proc. To mniej niż w ostatnim roku kadencji Joego Bidena, ale i tak jest to przyzwoity wzrost. Również na rok 2026 ekonomiści przewidują pozytywny rozwój sytuacji. MFW spodziewa się 2,4 proc., a Bank Światowy 2,2 proc. — mimo że prognozy na bieżący rok zostały skorygowane w dół z powodu wojny z Iranem.
W obliczu rekordowego zadłużenia alarmistyczne głosy dochodzą również ze strony Demokratów. Nie jest to pozbawione ironii: nie tylko administracja Trumpa przyczyniła się bowiem do wzrostu długu. Zrobiły to również ekipy Baracka Obamy i Joego Bidena — czy to przez kontrowersyjne pakiety stymulacyjne, programy zdrowotne, zbrojenia, czy też przez walkę z pandemią COVID-19.
Nie ma więc w tym nic dziwnego: obie strony najgłośniej domagają się oszczędności właśnie wtedy, gdy nie sprawują władzy. Wydaje się, że w Waszyngtonie nie ma żadnego konkretnego planu spłaty tej góry długów.