Czy narodziła się właśnie nowa supergwiazda polskiego sportu? Anastazja Kuś, mistrzyni świata juniorek w biegu na 400 m, bije rekordy Polski w kolejnych kategoriach wiekowych, jeszcze szybsza jest w budowaniu zasięgów w social mediach, nie gryzie się w język, gdy uważa, że coś jej się należy, nawet jeśli nie zawsze ma rację, jak w przypadku sporu o brak zaproszenia na Memoriał Kamili Skolimowskiej.

Polskiej lekkiej atletyce brakowało takiego fenomenu może nawet bardziej niż złotego medalu wielkich imprez: a złota, przypomnijmy, nie było ani na ostatnich igrzyskach, ani na mistrzostwach świata, ani na mistrzostwach Europy. Ale jeszcze bardziej niż to złoto potrzebna była lekkoatletyce kolejna Ewa Swoboda. Nowa bohaterka, której popularność zacznie wykraczać daleko poza sport. I jeszcze wniesie trochę fermentu.

Anastazja Kuś to, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, córka piłkarza Marcina Kusia, mistrza Polski z Polonią Warszawa i kilkukrotnego reprezentanta Polski. Choć akurat Anastazję częściej można zobaczyć z mamą, Alicją, która kiedyś uprawiała taniec towarzyski, a dziś jest zaangażowana w karierę córki do tego stopnia, że zrobiła kurs instruktorki lekkoatletyki, by o bieganiu wiedzieć jak najwięcej. Do rodziców jeszcze wrócimy, bo często się pojawiają w centrum dyskusji o Anastazji.

Wyniki sportowe są bezdyskusyjne: Anastazja od niedawna jest mistrzynią świata juniorek, tylko sześć Polek w historii biegało 400 m szybciej od niej, a ona jest dopiero na początku drogi. Na ostatnich mistrzostwach Europy szybciej od niej na jedno okrążenie biegała z Polek tylko Natalia Bukowiecka. Wcześniej Anastazja była mistrzynią Europy do lat 18. Już ma za sobą jedne igrzyska, pełny niedosytu Paryż 2024, gdzie pobiegła w sztafecie. Nie ukrywa, że marzy o złotym medalu olimpijskim, jej konto na Instagramie nazywa się Olympian, olimpijka.

Najkrócej mówiąc, w ostatnich tygodniach Anastazja Kuś zmieniła się z lekkoatletki, która jest w przedsionku wielkiej sławy w kogoś, kto już siedzi u nas w salonie i może tu pozostać na lata. Zbierając najlepsze kontrakty reklamowe w polskiej lekkoatletyce i – oby – kolejne rekordy oraz złota, tym razem już w seniorskich biegach. Reguły tu nie ma, wspomniana już Natalia Bukowiecka wśród juniorek nie wygrała nic, a tak wiele wśród seniorek. Ale punkt wyjścia do wielkiej kariery jest znakomity.

Kuś w kontraktach reklamowych już teraz przebiera i nie ma co ukrywać, podzieliła lekkoatletyczne środowisko. Po pierwsze dlatego, że jej kariera jest bardziej jak z tenisa niż z lekkoatletyki, a przynajmniej tego, do czego przywykliśmy w polskiej lekkoatletyce. Klan Kusiów trzyma się z daleka od innych lekkoatletów, nie integruje się ze środowiskiem i mocno walczy o swoje. Jak niektórzy mówią: wywyższa się. Po drugie: ważną częścią projektu Anastazja Kuś jest dbałość o social media, a w nich o wystylizowane i często dość odważne zdjęcia. Zdaniem niektórych zbyt odważne. I słychać głosy, że po pierwsze: nie tędy droga, nie w tym wieku, i że to jest ryzyko, gdy za popularnością nie pójdą wyniki. Wtedy tak prowadzone social media i taka dbałość o wizerunek i kontrakty staną się obciążeniem.

Oczywiście, jest takie ryzyko. Każdy ma prawo do swojego zdania. Zupełnie się nie zgadzam z tym, że każdy kto krytykuje takie podejście, jest hejterem. Dziennikarz TVP Aleksander Dzięciołowski, który za swoje uwagi na temat social mediów Anastazji zebrał najmocniej po głowie, nie był hejterem: po prostu miał swoje zdanie i miał odwagę powiedzieć je głośno. Rodzina Kusiów ma z kolei prawo odpowiedzieć swoim zdaniem na jego zdanie i naprawdę – świat będzie dalej stał. Brakuje nam trochę w polskim sporcie takiego zdrowego kłócenia się, bez poprzysięgania sobie od razu wrogości na całe życie. Zbigniew Boniek, czyli ten selekcjoner, u którego Marcin Kuś debiutował w reprezentacji, mawiał często, że futbol to polemika. I miał rację. Sport to polemika. Nie ma jednego słusznego zdania i jednej słusznej drogi. Mistrzami w tym są Norwegowie, których sport jest pełen „gównoburz”, gwiazd pewnych siebie aż na granicy arogancji i prowokacyjnych wypowiedzi, nad którymi wszyscy po czasie przechodzą do porządku dziennego. A że Norwegowie są dziś generalnie wzorem sportowego sukcesu, również w niektórych rejonach lekkoatletyki, więc może i to warto od nich pożyczyć: kłóćmy się, przechwalajmy, ale się nie nienawidźmy.

Natomiast dość często w tych dyskusjach umyka druga strona projektu Anastazja Kuś: mowa o zawodniczce, która oprócz obsesji wizerunku ma też obsesję sportowej doskonałości. Od najmłodszych lat w sporcie dba o najmniejsze szczegóły i nowinki regeneracji, treningu czy odżywiania z zawziętością godną Roberta Lewandowskiego. Swoją drogą, wszedłem na Instagrama Roberta Lewandowskiego i na ostatnich 50 zdjęć są tam cztery z gołą klatą i nisko opuszczonymi spodenkami. Czyli mniej więcej tyle, ile naprawdę odważnych zdjęć miała w tym czasie Anastazja Kuś. Na okładkę autoryzowanej biografii Robert też wybrał zdjęcie z gołą klatą. Powiem wam też, że te zdjęcia, na których jest dużo podwiniętego i opuszczonego, lajkują mu się lepiej niż te ubrane. Czy Robertowi zdjęcia gołej klaty hamowały karierę? Dyskutowałbym.

Prawda jest taka, że jak ktoś się ma czym pochwalić, to raczej się pochwali. Ciało sportowca jest dla niego narzędziem pracy. A duma z tego ciała jest wielkim filarem pewności siebie. I bez tej pewności siebie na lekkoatletycznej bieżni czy rozbiegu nie ma czego szukać. Przecież my mówimy o sporcie, w którym sprinterki wychodzą na start w makijażu scenicznym i brokatach. Wielkie diwy biegów miały paznokcie dłuższe niż dłonie, jedna skoczkini w dal zawsze startowała w kabaretkach, i to na igrzyskach, a rekordzistka wszech czasów na 100 m Florence Griffith Joyner ubierała się na bieżnię jak na plan teledysku Michaela Jacksona. Po co? Żeby karmić miłość własną, bo ona karmi pewność siebie, a ta z kolei – wyniki.

A mężczyźni, lekkoatleci? Przecież start stumetrowców to jest bardzo często fanfaronada, w której każdy chce pokazać rywalom obok, że ma więcej pewności siebie niż oni. Usain Bolt podczas swoich drugich złotych igrzysk, w Londynie, mówił: jestem największy w historii, grzejcie się w moim blasku. Nie tędy droga Usain? Nie, właśnie tędy. Chcemy spektaklu. Czy ktokolwiek w środowisku sprinterów szczerze lubił Carla Lewisa, chorobliwie dbającego o swoje przywileje i zakochanego w sobie do szaleństwa? Kiedyś Lewis na spotkaniu z Ronaldem Reaganem miał zagadnąć: „Bardzo panu dziękuję panie prezydencie, za wszystko, co pan dla nas zrobił”. „Dla was – dla czarnoskórych?” – pyta Reagan. „Nie, dla nas bogatych”. Czy to głównie arogancją Lewis zdobył dziewięć mistrzostw olimpijskich? Nie. Ale bez wielkiej pewności siebie, by ich nie zdobył.

Dlatego nie róbmy na siłę ze sportowców grzecznych dziewczynek i grzecznych chłopców. Dajmy im być sobą i być czasem przeciw wszystkim. Inaczej świata nie podbiją. A to jest przecież w dużej mierze spór pokoleniowy i to, co robi Anastazja Kuś, jest lustrem jej pokolenia w sporcie: social media, obecność rodziców na każdym kroku i przekonanie, że mi się należy. Przecież my już taki głośny spór pokoleniowy mieliśmy w polskiej lekkoatletyce: to pokolenie Roberta Korzeniowskiego walczyło z pokoleniem Ireny Szewińskiej. I przecież Robert też jako zawodnik słyszał zarzuty, że zbyt mocno zabiega o swoje, że się za bardzo promuje, że zbyt wiele rzeczy robi pod sponsorów. Dziś to brzmi absurdalnie, zwłaszcza gdy Robert położy na stole swoje olimpijskie złota.

Bardzo by się w przydał oprócz Anastazji jeszcze taki drugi Robert Korzeniowski, ale z tego, co mówił po mistrzostwach Europy wiceprezes PZLA Tomasz Majewski, będzie o takiego bohatera trudno, bo najbardziej utalentowanych polskich chłopaków zgarniają szkółki piłkarskie i już nie oddają do innych sportów. Dlatego olimpijski sport w Polsce stoi siłą kobiet i, zdaniem Majewskiego, tak jeszcze przez jakiś czas pozostanie. Więc tym bardziej pozwólmy tym gwiazdom błyszczeć. A chłopaków też oczywiście zachęcamy: garnijcie się do lekkoatletyki, wypinajcie klaty jak Robert Lewandowski na Instagramie. Wygrywajcie i wypinajcie. Najlepiej oczywiście w tej właśnie kolejności.

Paweł Wilkowicz, WP SportoweFakty