W „Stanie Wyjątkowym” Kamil Dziubka i Jacek Gądek przypomnieli wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego przy okazji miesięcznicy smoleńskiej. Prezes PiS wówczas po raz pierwszy tak otwarcie potwierdził, że chce jednej listy całej prawicy w wyborach do Sejmu. Przyznał, że bardzo mocno prosił prezydenta Karola Nawrockiego, aby energicznie zaangażował się w budowę takiego porozumienia.

— Podkreślam, chodzi o jedną listę do Sejmu, a nie tylko do Senatu. Całego obozu prawicy — od Prawa i Sprawiedliwości, przez Konfederację, aż po braunistów, choć bez samego Grzegorza Brauna — mówi Jacek Gądek.

— Jarosław Kaczyński zafiksował się na projekcie jednej listy całej prawicy. To wyjątkowo ryzykowne przedsięwzięcie dla prezydenta. Karol Nawrocki jeszcze się na nie nie zgodził, ale prace trwają — podkreśla Gądek i przypomina o tym, że Tusk też w przeszłości dążył do jednej listy opozycji.

— Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego jest całkowicie logiczne. Im słabsze jest Prawo i Sprawiedliwość, tym bardziej Kaczyński potrzebuje wspólnego startu — mówi Kamil Dziubka. Podkreśla, że w wyborach do Sejmu działa bowiem brutalna arytmetyka metody d’Hondta: największe ugrupowanie otrzymuje premię w podziale mandatów, natomiast rozdrobnienie oznacza ryzyko, że część głosów zostanie zmarnowana, bo któraś z mniejszych formacji nie przekroczy progu.

— Im słabsze Prawo i Sprawiedliwość, tym większa chęć Jarosława Kaczyńskiego, żeby taka lista powstała — tłumaczy Kamil Dziubka.

Przez lata politycy PiS wierzyli, że są w stanie samodzielnie zdobywać ponad 40 proc. poparcia. W 2019 r., u szczytu popularności, partia Kaczyńskiego otrzymała ponad 43 proc. głosów i 235 mandatów. Ale to już historia.

— W 2026 r. Prawo i Sprawiedliwość absolutnie nie ma szans na powtórzenie tamtego wyniku. Kaczyński zdaje sobie sprawę, że jeżeli prawica pójdzie do wyborów poszatkowana i rozdrobniona, Donald Tusk może przedłużyć swoje rządy — mówi Dziubka.

Projekt nie narodził się w głowie prezesa PiS w ostatnich tygodniach. Kaczyński rozważał go już wiele miesięcy temu, kiedy partia zaczęła mierzyć się z problemami sondażowymi. Teraz plan nabrał szczególnego znaczenia, ponieważ wybory prezydenckie pokazały, że prawicowy elektorat może zapewnić zwycięstwo. Karol Nawrocki przekroczył 50 proc. poparcia, choć jego przewaga nie była przygniatająca.

— W Polsce jest nieco więcej wyborców prawicowych. Wystarczy mądrze zebrać do kupy wszystkie formacje prawicowe i wtedy wygrana powinna być w kieszeni. To racjonalny projekt, choć jego realizacja może się okazać „mission impossible” — ocenia Gądek.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoWspólna lista zagrożeniem dla Tuska?

Wspólna lista mogłaby przynieść znacznie większą przewagę w mandatach. Jak zauważa Dziubka, dawałaby „ogromny handicap” temu, kto zdołałby ją stworzyć. Sęk w tym, że rozwiązanie korzystne dla Kaczyńskiego nie musi odpowiadać jego potencjalnym partnerom. Mniejsze ugrupowania musiałyby negocjować miejsca na listach, wspólny szyld i późniejszy podział wpływów. PiS chciałoby pozostać siłą dominującą, natomiast Konfederacja nie ma interesu w tym, aby stać się jego przystawką.

Kalkulacje prezesa PiS uważnie obserwuje Donald Tusk. Premier wie, że jedna lista prawicy byłaby dla obecnej koalicji poważnym zagrożeniem. Do polskiej polityki wraca zatem dyskusja, którą pamiętamy sprzed wyborów w 2023 r. Wtedy Tusk przekonywał, że cała demokratyczna opozycja powinna zebrać się na jednej liście.

— To jest powtórka z rozrywki. Po powrocie do polskiej polityki Donald Tusk wielokrotnie mówił, że najbardziej racjonalne z punktu widzenia ówczesnej opozycji byłoby zebranie wszystkich partii pod jednym namiotem — przypomina Dziubka.

Tusk zapewne wiedział, że porozumienie od Lewicy po PSL jest praktycznie niewykonalne. Partie łączył wspólny cel — odsunięcie PiS od władzy — ale dzieliły programy, interesy i ambicje liderów. Szefowi KO zależało jednak również na pokazaniu własnym wyborcom, że zrobił wszystko, aby doprowadzić do porozumienia.

To on miał zdradzić Tuska. „Dziś premierem byłby kto inny”

PRZECZYTAJ ARCHIWALNY TEKST

(od lewej) Władysław Kosiniak-Kamysz, Andrzej Duda i Donald Tusk w trakcie posiedzenia Rady Gabinetowej w Pałacu Prezydenckim. Warszawa, 13.02.2025 r.

— Donald Tusk chciał pokazać swoim wyborcom, że zrobił wszystko, żeby na jednej liście znalazło się jak najwięcej ludzi i partii. Ostatecznie znalazła się na niej tylko Koalicja Obywatelska — mówi Dziubka.

— W 2023 r. pomysł jednej listy Donalda Tuska nie do końca był racjonalny, bo narodziła się Trzecia Droga i wykręciła świetny wynik. Tylko że czasy się zmieniły. Trzeciej Drogi już nie ma. I to jest fundamentalna zmiana — podkreśla Gądek.

Pomysł jednej listy może wrócić również po stronie Tuska, choć dla mniejszych partnerów będzie trudny do zaakceptowania.

Na razie oba projekty pozostają w fazie kalkulacji. Kaczyński potrzebuje Nawrockiego, aby zebrać prawicę pod jednym dachem. Tusk musi zdecydować, czy ponownie będzie naciskał na wspólną listę obecnego obozu rządzącego. Arytmetyka wyborcza podpowiada liderom to samo. Ambicje ich potencjalnych partnerów podpowiadają coś zupełnie przeciwnego.