Pierwsze ujęcie sprowadza historię ostatnich 40 lat do arkusza kalkulacyjnego. Z komórki B20 umieszczonej w arkuszu 1 w skoroszycie „Polska.xls” wynika, że Polska jest szóstą gospodarką Unii Europejskiej, a z komórki C19 — że właśnie dołączyła do grona 20 największych gospodarek na świecie. I to wszystko prawda. Gospodarczy sukces Polski jest mierzalny i bezdyskusyjny.

Drugi punkt widzenia kładzie nacisk na koszty dojścia do tego sukcesu, pominięcia całych grup społecznych i połaci naszego kraju. W tej opowieści mieszczą się zarówno wykluczenie komunikacyjne, jak i skrajne ubóstwo (według ostatnich danych 435 tys. polskich dzieci żyje poniżej minimum egzystencji), dostęp do toalet (800 tys. osób nie ma do niej dostępu w mieszkaniu) czy koszty gigantycznego bezrobocia z przełomu wieków.

Oba te akapity mówią o tym samym kraju i tych samych procesach. Oba się uzupełniają, podane oddzielnie pokazują tylko część rzeczywistości. Fotografią polskiej transformacji nie są ani warszawskie Złote Tarasy w sobotnie popołudnie, ani leżąca pod złamanym i zagrzybionym płotem w opuszczonym PGR butelka po winie Arizona (ktoś jeszcze pamięta?).

Połączenie tych dwóch perspektyw jest niezbędne. Dopiero gdy ustalimy, co się nie udało, co można było zrobić lepiej, będziemy w stanie zająć się wyrównywaniem szans. Nawiasem mówiąc: czy istnieje jakaś polityka zajmująca się choćby wymienionymi wyżej zjawiskami? Władze coś robią, żeby zwiększyć dostęp do toalet? Jest jakiś pomysł na zmniejszenie liczby żyjących w skrajnej biedzie dzieci?

Ważną, może nawet najważniejszą, częścią tej pozycji byłaby też odpowiedź na pytanie, czy w tamtych uwarunkowaniach geopolitycznych można było zrobić coś inaczej. Jak do transformacji podchodzili inni, startujący razem z nami. I czy jakikolwiek kraj osiągnął lepsze efekty.

Być może to największa polska tajemnica ostatnich dekad. Przecież nie my jedni uwalnialiśmy się od przymusowej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, nie my jedni korzystaliśmy z pomocy Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nie my jedni dostaliśmy później szansę dołączenia do NATO i Unii Europejskiej.

Ale to my dziś jesteśmy traktowani przez obywateli byłych krajów demokracji ludowej jako początek Zachodu, zbudowaliśmy wizerunek miejsca dobrego do życia, do którego częściej się wraca, niż z niego wyjeżdża. O tym też opowiadają setki liczb. W Rumunii co czwarty człowiek do 24. roku życia nie ma pracy (w Polsce bezrobocie w tej grupie wynosi 12,2 proc.), rumuńska diaspora urosła tak bardzo, że stała się realną siłą w ostatnich wyborach prezydenckich (głosy z zagranicy stanowiły około 15 proc.). Bułgarię Ośrodek Studiów Wschodnich nazywa „narodem w fazie topnienia”. Węgry w rankingu mierzącym korupcję zajmują 84. miejsce (im niżej, tym gorzej; Polska jest 52.), na równi z Kubą. Są kategorie, w których prześcignęliśmy nawet kraje „starej” Unii, choć zaczynaliśmy ze znacznie niższego pułapu.

Dla jasności: tak, Polska również ma nierozwiązane problemy demograficzne, ledwie zipiącą ochronę zdrowia, skazany na katastrofę system emerytalny i setki innych kłopotów, o których piszemy w „Newsweeku” regularnie, a ja w tym miejscu — niemal co tydzień. „Państwo z kartonu” i szósta gospodarka Unii Europejskiej to to samo miejsce, rzecz w tym, że ten nasz karton w porównaniu z innymi kartonami prezentuje się całkiem okazale. I dobrze byłoby wiedzieć, dlaczego tak jest.

*Jestem niemal pewny, że nikt takiej pozycji nie stworzył, ale jeśli uważacie, że jest inaczej, to zapraszam do kontaktu: michal.szadkowski@newsweek.pl