Tomasz Awłasewicz: Od lat zawodowo zajmuje się pan badaniem rosyjskich operacji wpływu, a znaczna część pańskich wysiłków koncentruje się na polskojęzycznym internecie. Dlaczego wybrał pan akurat Polskę?

Givi Gigitashvili: Polskie społeczeństwo jest bardzo odporne, a jednocześnie bardzo podatne na takie zagrożenia.

Na Słowacji i na Węgrzech Rosjanie mogą liczyć na to, że treści otwarcie prokremlowskie do pewnego stopnia się sprawdzą. A w Polsce? Właściwie nie ma takiej możliwości, bo niemal w całym spektrum politycznym Rosja uważana jest za zagrożenie. Z drugiej strony, Polacy są bardzo narażeni, przede wszystkim ze względu na dwa czynniki aktywnie wykorzystywane przez Rosjan: głęboką polaryzację społeczeństwa oraz konflikt o pamięć historyczną pomiędzy Warszawą a Kijowem.

Polaków nie ma sensu zalewać prorosyjskimi treściami, ale już antyukraińskimi, antybrukselskimi oraz po prostu antyrządowymi — jak najbardziej.

Polska jest więc dla Rosjan idealnym poligonem doświadczalnym dla operacji wpływu, w których cel osiągany jest w sposób niebezpośredni. Dla ludzi takich jak ja śledzenie wydarzeń nad Wisłą pozwala na wyciągnięcie bardzo ważnych wniosków.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Obserwowanie tego, co dzieje się na poligonie, pozwala przewidzieć, jaka broń będzie w niedalekiej przyszłości szerzej wykorzystywana?

Tak, to jeden z istotnych elementów tych badań. Techniki stosowane przez Rosjan nad Wisłą w późniejszym okresie często pojawiają się w innych częściach Europy, a to pozwala tworzyć pewne prognozy.

To również oznacza, że Polska ma mniejsze możliwości przygotowania się na nowe techniki stosowane w ramach operacji wpływu.

Niestety. Polska jest państwem frontowym i jednym z głównych celów skoordynowanych działań polegających na manipulowaniu środowiskiem informacyjnym lub ingerowaniu w nie, czyli tzw. operacji FIMI (ang. Foreign Information Manipulation and Interference). Działania te organizują podmioty zagraniczne lub pośrednicy, ażeby wpływać na opinię publiczną i zakłócać funkcjonowanie demokracji w danych państwach.

Jak więc internauci w Polsce mogą zwiększyć swoje szanse na rozpoznanie treści celowo podsuwanych im przez Rosję tudzież inne państwa prowadzące operacje FIMI?

Przede wszystkim zachęcam do tego, by dwa razy się zastanowić, nim udostępnimy, polubimy lub podamy dalej treści, które wywołały w nas gniew. Gra na emocjach to ważny element tego typu operacji. Nie przez przypadek wasz przeciwnik będzie wyławiał takie gorące tematy, a następnie jeszcze je podgrzewał.

„Jest zbyt wiele tematów, które rozgrzewają polski internet”

W grę wchodzi również podsuwanie nam treści opartych od początku do końca na zmyślonych informacjach?

Tu dotykamy ważnej kwestii, bo wbrew pozorom wrogie Polsce podmioty zagraniczne rzadko decydują się na kreowanie nowych problemów i puszczanie do obiegu zupełnie nowych narracji.

Po pierwsze, jakkolwiek smutno by to brzmiało, jest zbyt wiele tematów, które rozgrzewają polski internet, by marnować czas na wymyślanie nowych. Po co coś tworzyć, skoro można sięgnąć po temat Ukraińców, Wołynia, kryzysu na granicy z Białorusią, imigracji albo po prostu polskiej polityki?

Po drugie, zmyślone historie, mimo wszystko, wymagają lepszych lub gorszych dowodów, które należy sfabrykować i podsunąć w odpowiednie miejsce. Tymczasem autentyczny, istniejący już problem sam się obroni. Oczywiście, podmioty zagraniczne tworzą własne teksty, podsuwają Polakom spreparowane artykuły. Ale owe artykuły zazwyczaj bazują na problemach i narracjach istniejących już w świadomości Polaków. W takim scenariuszu nie ma potrzeby walczyć o to, by przekonać odbiorcę, że jakaś informacja jest prawdziwa, bo odbiorca już od samego początku w nią mniej lub bardziej wierzy. W ramach operacji FIMI temat jest tylko umiejętnie „podgrzewany”.

Givi Gigitashvili

archiwum prywatne / archiwum prytwane

Givi Gigitashvili

Dodatkowo, używając autentycznych informacji, podmioty zagraniczne minimalizują prawdopodobieństwo, że ktoś udowodni ich ingerencję. Rosjanie i Białorusini w większości przypadków stoją jedynie za umiejętną i wprowadzającą odbiorców w błąd dystrybucją danej informacji, a nie za informacją samą w sobie — a to ogromna różnica.

Jaki jest więc modus operandi Rosjan i Białorusinów zaangażowanych w operacje FIMI?

Przykładowo, w ramach operacji „Doppelganger” (ang. sobowtór) Rosjanie tworzą strony imitujące autentyczne polskie witryny, a następnie publikują na nich teksty, które są dystrybuowane z pomocą płatnych reklam na platformie Facebook. W tym przypadku sygnałami ostrzegawczymi są: nieodległa data rejestracji domeny, ukryty właściciel oraz parokrotnie zmieniająca się nazwa podmiotu, który wykupił reklamę.

Innym przykładem jest operacja „Portal Kombat”, czasem nazywana też siecią „Prawda”. To setki zautomatyzowanych stron, które repostują kremlowskie treści w dziesiątkach języków, w tym po polsku. Ciekawe jest to, że odbiorcą tych treści często wcale nie ma być człowiek. W operacji „Portal Kombat” chodzi o „zainfekowanie” dużych modeli językowych i, w konsekwencji, wpływanie na to, w jaki sposób chatboty oparte na sztucznej inteligencji odpowiedzą na pytania, które będą zadawać użytkownicy.

Ofiarami FIMI mają paść także fact-checkerzy i dziennikarze. W ramach operacji „Matrioszka” Rosjanie produkują nagrania z logo tak znanych podmiotów jak BBC czy Deutsche Welle, a także renomowanych uczelni. Te mylące odbiorcę materiały wysyłane są do newsroomów i nawet jeśli adresat zorientuje się, że coś jest nie tak — strona rosyjska zdołała już wprowadzić chaos i zmarnować wszystkim czas.

„Najsilniejsza etyka pracy na kontynencie”. „The Telegraph”: teraz to Brytyjczycy przenoszą się do Polski

Przeczytaj cały tekst „The Telegraph”

Defilada z okazji Święta Wojska Polskiego, 15 sierpnia 2026 r. (zdj. ilustracyjne)

Sposób działania Białorusinów jest inny. W ramach kampanii „Ghostwriter” włamują się przykładowo na konta polskich polityków, dziennikarzy i innych interesujących osób, by pod ich nazwiskiem publikować konkretne treści. Białorusini mają na koncie również włamania do systemów mniejszych, lokalnych portali informacyjnych w Polsce, by tam zamieścić spreparowane artykuły. Tekst pojawia się na autentycznej, zaufanej stronie, a nie na portalu, który jedynie taką stronę udaje. Przez to jeszcze trudniej zauważyć fortel.

„Strony z memami zaczynają służyć do popularyzowania wrogiej narracji”

Jak bardzo niewinnie mogą wyglądać treści będące elementem operacji FIMI?

Spójrzmy na polską kulturę tworzenia memów. Ja absolutnie uwielbiam te obrazki. Polacy mają wspaniałe poczucie humoru i to niesamowite, w jakim tempie po danym wydarzeniu są w stanie wprowadzić do obiegu bardzo trafne żarty. Ale niestety Rosjanie postępowaliby nielogicznie, rezygnując z zaangażowania się w polską kulturę memów. Tu istnieje pewien paradoks — z jednej strony memy stanowią naturalny mechanizm obronny Polaków, bo nad Wisłą prędzej wyśmiewa się propagandę, aniżeli się w nią wierzy. Jednak z drugiej strony żarty stają się wiralami o wiele łatwiej niż logiczne argumenty.

Najczęściej nie da się sprawdzić, kto jest autorem dowcipu, fact-checking memów właściwie nie istnieje, a moderatorzy prędzej przymykają oko na fałszywe informacje w memach, bo w naturalny sposób towarzyszy im myśl: to tylko takie żarty. Gdybym był Rosjaninem i planował wrogie działania wobec Polski, to na pewno zainwestowałbym więcej w takie żarty, aniżeli w spreparowane artykuły. I, uwaga, są już pierwsze sygnały świadczące o tym, że tak się dzieje — strony z memami zaczynają służyć zagranicznym podmiotom do popularyzowania wrogiej narracji.

Czy można założyć, że nawet w dobie pomocnych człowiekowi narzędzi opartych na AI tworzenie memów i innych treści po polsku jest dla Rosjan i Białorusinów mimo wszystko językowym wyzwaniem?

Bariera językowa to nadal problem dla zagranicznych operatorów wrogich kampanii. Zdarzają im się chociażby typowe „kalki językowe”, a więc wypowiedzi przetłumaczone słowo w słowo z ich języka. Nierzadko widzi się błędy gramatyczne, których nie zrobiłby Polak, brakujące znaki diakrytyczne, cyrylicę wplątaną pomiędzy wasze litery czy też pisownię nazw miejscowości, która przypomina bardziej tę właściwą dla Rosjan. Nowoczesne technologie zdecydowanie zmniejszyły liczbę takich błędów w generowanych przez podmioty zagraniczne treściach, ale problem nie zniknął całkowicie. Zresztą przykładów banalnych schematów jest więcej — jak wyjaśnić choćby to, że jakieś konto lub strona internetowa publikuje intensywnie, po czym zamiera w trakcie trwania rosyjskich świąt.

Bariera językowa to nadal problem dla zagranicznych operatorów wrogich kampanii

xtock / Shutterstock

Bariera językowa to nadal problem dla zagranicznych operatorów wrogich kampanii

W jaki sposób wielkie platformy społecznościowe angażują się w przeciwdziałanie operacjom FIMI?

Jeszcze siedem, może osiem lat temu wielkie firmy zachęcały zewnętrzne organizacje do nadsyłania informacji o zagrożeniach oraz naruszeniach regulaminu ich platform. To się jednak zmieniło, gdy temat moderacji treści został upolityczniony. Firmy stały się bardziej odporne na naciski z zewnątrz dotyczące usuwania problematycznych materiałów i zasobów. Dziś w takich korporacjach funkcjonują wewnętrzne zespoły specjalizujące się w wykrywaniu zagrożeń, dlatego tamtejsze firmy postrzegają zewnętrzne raporty jako mniej cenne.

Meta, do której należy Facebook, dzieli się informacjami na temat działań wymierzonych w sieci nieautentycznych kont i stron. Polska pojawiała się w jej raportach niejednokrotnie. Wynika z nich, że w rezultacie wewnętrznych śledztw Meta zneutralizowała szereg zagrożeń, które dotyczyły właśnie Polski. Badaniu tego typu niebezpieczeństw dużo uwagi poświęcają też Google i Microsoft. I podobnie jak Meta, dzielą się wynikami. Inaczej wygląda sytuacja z platformą X, która niedawno zaprzestała publikowania takich raportów. Głównym kanałem dla rosyjskiej i białoruskiej propagandy jest oczywiście Telegram, gdzie moderacja treści stoi na bardzo niskim poziomie.

Domyślam się, że organizacje badające zagrożenia liczą na dane od wielkich firm, a ograniczenie dostępu do nich stanowi dla ludzi takich jak pan realny problem. Czy w konsekwencji wolniej rozpoznajemy zagrożenia?

Platformy są nie tylko coraz bardziej niechętne do dzielenia się informacjami, ale nawet tam, gdzie dostęp jest możliwy, firmy zwiększyły koszty, z którymi muszą liczyć się badacze zainteresowani wglądem w dane. Powoduje to, że powstają luki informacyjne i martwe punkty w badaniach.

Sarah Wynn-Williams ujawnia kulisy Facebooka. „Chodziło tylko o pieniądze”

„Książka jest naprawdę wstrząsająca” — pisze Bartosz Węglarczyk

"Bezwzględni. O władzy, chciwości i upadku ideałów największego portalu społecznościowego"

Platformy mają dostęp do danych, o których my możemy zaledwie pomarzyć — dysponują chociażby technicznymi dowodami, takimi jak dane z rejestracji, numery IP, informacje o urządzeniach, dane dotyczące płatności. Są w stanie przypisać konkretne działania konkretnym państwom, podczas gdy my często dochodzimy tylko do wniosku, że „coś wygląda na skoordynowaną operację przeprowadzoną przez podmiot zagraniczny”. Atrybucja jest dla nas o wiele większym wyzwaniem.

„Wołyń to temat wręcz idealny dla Rosjan. Emocje są autentyczne”

Dotąd rozmawialiśmy o treściach, które pojawiają się na kontach będących pod całkowitą kontrolą podmiotów zagranicznych. Nie od dziś wiemy, że Rosjanie werbują ludzi do wykonywania prostych zadań, takich jak chociażby rysowanie graffiti. Czy Rosjanie płacą Polakom za publikowanie konkretnych treści lub za dostęp do ich kont?

Istniejące od dawna konta to dla Rosjan nie lada gratka, bo mają swoją historię, więc nie wzbudzają podejrzeń. Dodatkowo mają grono obserwatorów uznających te konta za wiarygodne. Rosjanie czasem je przejmują wbrew woli właściciela, a czasem po prostu kupują. W tym drugim wariancie w grę wchodzi wynagrodzenie, ale niektórzy sprzedający nie wiedzą, w czyje ręce przekazują klucze do konta — czasem dlatego, że nie zdołali się zorientować, a czasem dlatego, że po prostu nie interesuje ich, kim jest osoba oferująca im w sieci pieniądze. Zdarza się też, że właściciele kont tylko publikują nadesłane przez Rosjan treści, dostają za to pieniądze i nigdy nie przekazują im hasła do swojego profilu.

Z punktu widzenia regulaminu platform, a nawet prawa, najtrudniejszy jest wariant, w którym właściciel profilu co prawda otrzymuje pieniądze, ale wszystkie publikowane treści są jego autorstwa, a nawet są zgodne z jego opiniami. Wówczas jedyny „obcy” element to wspomniane pieniądze, które mają tylko motywować twórcę treści do publikowania więcej, częściej.

Niedawne napięcia na linii Warszawa — Kijów, związane z decyzją o nadaniu jednostce wojskowej imienia bohaterów UPA, musiały być ogromnym ułatwieniem dla Rosjan zaangażowanych w operacje FIMI.

Wołyń to temat wręcz idealny dla Rosjan. Emocje są autentyczne, Rosjanie upewniają się tylko, że rany nie będą się goić. Nie muszą nawet wymyślać sposobów na wywołanie napięć. Po prostu koordynują działania wzmagające te napięcia i robią wszystko, by wytyczyć prostą linię łączącą wydarzenia z 1943 r. z dzisiejszą polityką. Każdy ruch, który doprowadza do zmniejszenia wsparcia dla Ukrainy, jest z punktu widzenia Rosjan ruchem właściwym.

Rosja może wzmagać napięcia, nie tylko zwiększając niechęci Polaków do Ukraińców, ale również poprzez zniechęcanie Ukraińców do Polaków. Czy chętnie korzysta z tej drugiej strategii?

To element działań, o których cały czas rozmawiamy. Dla Polaków jest mniej zauważalny, bo treści są w języku ukraińskim i rosyjskim, a odbiorcami mają być oczywiście Ukraińcy. Rosjanie podsuwają im bardzo zdywersyfikowane treści — jedna z dominujących narracji głosi, że Polacy mają ambicje terytorialne i tylko czekają na właściwy moment. Nie tak dawno forsowane były treści, że Polska zabija ukraińską gospodarkę, blokując granice. Najnowsze ustalenia jednoznacznie wskazują na to, że Rosja dystrybuuje fałszywe klipy, na których widać polskich żołnierzy wypowiadających się negatywnie o Ukrainie, a jednocześnie Polacy mogą zobaczyć na swoich ekranach nieprawdziwe nagrania, na których obrażają ich ukraińscy wojskowi.

Jakie są praktyczne, proste metody wykrywania treści, które zostały nam celowo podsunięte?

W miarę możliwości sprawdzajmy, kto jako pierwszy udostępnił daną wiadomość i kiedy. Przyglądajmy się kontom, a nie tylko postom. Zawsze warto sprawdzić, kiedy profil powstał i co było na nim zamieszczane wcześniej. Zastanówmy się, czy treści wyglądają, jak gdyby stojący za nimi człowiek miał jakiekolwiek życie poza polityką.

Zachęcam też do dywersyfikowania źródeł informacji. Warto zaglądać na strony, które niekoniecznie publikują treści stuprocentowo zgodne z naszymi przekonaniami, ale cieszą się renomą i są wiarygodne.

A na koniec chciałbym dodać, byśmy nie zapominali o rozmowach z ludźmi, którym ufamy, których kochamy. Nasi bliscy, osoby mądre, osoby starsze warte są posłuchania. Wbrew pozorom często to oni, siedząc przy kuchennym stole, obalają mity o wiele szybciej aniżeli instytucje za to odpowiedzialne.

Givi Gigitashvili — badacz rezydent w DFRLab (Digital Forensic Research Lab — Laboratorium Badań Kryminalistyki Cyfrowej), działającym w ramach amerykańskiego think tanku Atlantic Council, w którym bada operacje wpływu, manipulacje w mediach społecznościowych oraz kampanie FIMI wymierzone w Europę Wschodnią oraz Kaukaz Południowy.