Prezentujemy fragment książki „Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB”. Po raz pierwszy tekst został opublikowany w Onecie w marcu

Był rok 1958. Po dekadach wysuwania przez Polskę roszczeń wobec części Zaolzia, Orawy i Spisza władze ludowe podpisują traktat o przebiegu granicy z Czechosłowacją. Linia dzieląca oba kraje ma być możliwie krótka i prosta. W ramach tego prostowania granicy Czesi uzyskują od Polski 1205 hektarów terenu, a Polacy od Czechów 837 hektarów. Tak powstaje 368-hektarowy dług, którego spłaty od dziesiątek lat Polska nie może się u południowego sąsiada doprosić.

Czeskie władze jako potencjalną rekompensatę wskazały tereny przygraniczne leżące w kraju libereckim, hradeckim, pardubickim, ołomunieckim i morawsko-śląskim. Polski MSZ planuje wznowić negocjacje z południowymi sąsiadami.

[Reklama] Tekst pochodzi z książki „Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB”. To okazja, by poprzez fascynujące reportaże spojrzeć na nasz kraj z nieznanej wcześniej, intrygującej perspektywy. Wewnątrz czeka też niespodzianka od Onet Premium. Książkę możesz zamówić tutaj!Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB

Onet

Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB

„Dogadujemy się z ludźmi z Polski czasem z pomocą rąk, czasem nóg, ale nie ma problemu”

[…]

Radio o pełnej godzinie podaje najnowsze wiadomości. Z potoku słów wyłapuję pojedyncze hasła: hranice, Thajsko, Kambodža, smrtelné oběti. Między azjatyckimi państwami odżył trwający od ponad pół wieku konflikt o granicę. Tajlandia nie uznaje wyznaczonych na początku XX w. linii granicznych, wszczynając co rusz zbrojne akcje przeciwko sąsiadowi. Tym razem w starciach zginęło ponad 30 osób.

— Słyszała pani? — pyta Jana, kończąc układać bukiet z gerberów i goździków. — Kłócą się o granicę… Przecież ta ziemia nie jest warta życia tych wszystkich ludzi. — Czeszka kiwa głową i na moment znika na zapleczu, gdzie radio gra już amerykański przebój. Miley Cyrus zachęca, by poudawać, że to jeszcze nie koniec świata.

Jana wraca z wazonem i wkłada kwiaty do wody. Dba, żeby ich koniec też nie nastąpił szybko.

— Kwiaty uczą cierpliwości. Jak chcesz czegoś za bardzo i za szybko, to zwiędnie — rzuca do mnie i szeroko się uśmiecha.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Zapach kwiatów miesza się z aromatem kawy. Jana wystawiła przed piętrowy budynek swojej kwiaciarni dwa stoliki i krzesła. Można przysiąść i napić się americano albo cappuccino. Stoliki stoją tuż przy szosie biegnącej przez Píšť. Jest głośno. Trasą przez wieś od czeskiej Chuchelnej w stronę polskich Krzyżanowic mkną osobówki i wypełnione towarem ciężarówki. Albo traktory z przyczepami zboża. Huczy kosiarka, którą sąsiad Jany goli trawnik. Co jakiś czas odezwie się też syrena z remizy strażackiej stojącej naprzeciwko kwiaciarni. Albo goście wracający ze spotkania w pobliskiej hospodzie.

Obok dwóch córek, które zbliżają się do czterdziestki, kwiaciarnia to największa stała rzecz w życiu Jany. Urodziła się w Opawie. Jeszcze przed rozwodem mieszkała z mężem w Porubie pod Ostrawą. Trzy dekady temu założyła swój biznes w Píšcie, gdzie żyli jej rodzice. Od sześciu lat mieszka na ojcowiźnie.

— Czujesz się związana z tym miejscem? — pytam.

— Dobrze mi tu, ale cieszę się też, kiedy mogę zamknąć biznes i gdzieś wyjechać — odpowiada.

Kwiaciarnia Jany

Monika Waluś / Onet

Kwiaciarnia Jany

Píšť leży na samej granicy polsko-czeskiej, przyklejony do powiatu raciborskiego. Jana w Polsce ma przyjaciółkę, którą chętnie odwiedza. Nie mówi po polsku, ale sporo rozumie.

— Dogadujemy się z ludźmi z Polski czasem z pomocą rąk, czasem nóg, ale nie ma problemu — Czeszka się uśmiecha.

Do Polski zdarza jej się jeździć też po paliwo. Mówi, że jej auto woli polską benzynę, nawet teraz, gdy jest droższa niż na czeskiej stacji.

— A moja babička była z Krzanowic — przypomina sobie, gdy rozmawiamy o polsko-czeskim pograniczu.

Rodzina dziadka nie chciała babci zaakceptować, bo była Polką

Ona Polka, on Czech. Zakochali się w sobie, gdy jeszcze świata nie opętała wojenna zawierucha. U niej dom pełny, dużo gęb do wykarmienia, dobrze, że pójdzie za Czecha. Tak myśleli rodzice babički. U niego wielkie gospodarstwo, przyda się dodatkowa para rąk do pracy, myślał zakochany w polskiej dziewczynie mężczyzna.

— Długo to trwało, nim się pobrali. Wiem, że były problemy, rodzina dziadka nie chciała babci zaakceptować, bo była Polką. Nie chcieli jej — wspomina Jana.

Miłość okazała się silniejsza. Dzieci były jeszcze małe, gdy dziadek Czech poszedł na wojnę, a babička z Krzanowic została z gospodarstwem sama.

— Była tu obca, ale sobie poradziła.

Jana opowiada historię dziadków i podkreśla, że dzisiaj jest jej bez różnicy, czy ktoś jest Czechem, Polakiem czy Egipcjaninem. I jaki ma kolor skóry. Wskazuje, że może to życie przy pasie granicznym nauczyło ją, że różnice między ludźmi nie biorą się z tego, gdzie się ktoś urodził. Że rodzą się w głowie.

— Dzięki Bogu za otwarte granice. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Po co to wszystko zamykać i załatwiać z jakimiś papierami? — pyta.

I dodaje, że nim jej ojczyznę i Polskę zbliżył do siebie traktat z Schengen, trzeba było się nakombinować. W firanki zawijała paczki, żeby przemycać je z Polski do Czech albo na odwrót. Na to wspomnienie zanosi się śmiechem.

Jana mówi, że nie zmieniłaby niczego w życiu, ale wieś, w której mieszka i pracuje, bardzo się zmieniła. Starzy poumierali, młodzi powyjeżdżali za pracą albo miłością. Do Opawy i Ostrawy albo za granicę. Obcy wybrali Píšť jako nowe miejsce na ziemi, by stać się „swoimi”. Bo tutaj — mówią mieszkańcy — mają wszystko, co trzeba: kościół, urząd, szkołę, klub sportowy i hospody. Zabawę na festynie, kino letnie za budynkiem urzędu, sąsiedztwo przyrody. Spokój.

— Dotąd nie słyszałam, żeby ktoś się tu nie odnalazł — twierdzi Jana.

Podkreśla, że czasem ci nowi są bardziej skorzy do pomocy niż żyjący tu od pokoleń.

— Nie wszczynają kłótni o byle kurę. Starają się żyć w zgodzie — zaznacza kwiaciarka.

— A gdyby ktoś powiedział, że te ziemie trzeba oddać Polsce? — pytam, a zaskoczona Jana robi wielkie oczy.

Przyznaje, że nie wiedziała, iż Czesi mają u Polaków jakiś dług. I że teraz mielibyśmy się targować na przykład o Píšť. Kobieta podkreśla, że dziś nie widzi różnicy między Czechami a Polską. Mówi, że nawet domy i teren wokół nich mamy tak samo zadbane. Ale nie potrafi sobie wyobrazić, żeby nagle miała załatwiać sprawy w polskim, a nie w czeskim urzędzie. A starzy ludzie? Jak oni mieliby się teraz przenieść do nowej rzeczywistości? Jana nie wie.

— Pro mě je to tak, jak to je ideální stav — zaznacza.

Sięga po małą białą karteczkę i długopis. Rysuje trzy kreski. Jej dom przyklejony do dwóch kresek, czyli domu sąsiada. Gruba kreska — mur pomiędzy nimi.

— Jego garaż wchodzi w moją działkę dokładnie na 70 centymetrów.

Jana przyciska mocniej długopis do kartki. Ale nie ma w niej złości. Mówi, że sąsiad stary, schorowany, to nie będzie mu prawnikami zaprzątać głowy. Nie wszczyna kłótni, bo na co jej, mówi, konflikt o kawałek muru z cegieł.

— Na papierze to jest moje, ale fizycznie stoi tam ściana sąsiada. Musiałby zburzyć garaż, żebym odzyskała ten kawałek. Nie jest to tego warte.

I dodaje, że chciałaby, żeby nikt o granice się już nie wadził. Ani jej sąsiedzi, ani Polska z Czechami, ani tajskie bojówki z tymi z Kambodży.

Czytaj więcej w książce „Z widokiem na Polskę. Sąsiedzi, kciuk Stalina, czeski dług i KGB”