W boksie Igi Świątek nadal bywa jak na bazarze w dzień targowy, z zupełnie innym jednak efektem. Polka nie przewraca już oczami po radach głównego trenera, nie wchodzi w pełne emocji dyskusje z psycholożką, tylko realnie korzysta z podpowiedzi.
Także dlatego, że podział ról wygląda znacznie rozsądniej niż w czasach Wima Fissette’a, gdy ewidentnie każdy próbował być liderem, bo realnie nie był nim nikt. Daria Abramowicz poprawiała więc forhend, Maciej Ryszczuk ustawienie na korcie, a wycofany Belg coś tam mruczał, bez większej nadziei na przebicie się z przekazem.
Popatrzmy za to na mecz z Pegulą w Cincinnati. Kryzysików tenisowych i mentalnych miała w jego trakcie Iga mnóstwo. Takich, które jeszcze rok temu zablokowałyby ją pewnie do końca seta. Teraz się wściekała, odwracała się do boksu i po chwili nerwy lądowały po drugiej stronie siatki, razem z udanym forhendem.
To nie jest typ tenisistki, dla której boks w trakcie meczu mógłby nie istnieć (Coco Gauff) albo która potrzebuje go głównie po to, by wyładować emocje (Aryna Sabalenka). Iga spogląda na trenerów, bo potrzebuje przypomnień, upewnienia, wsparcia. I ostatnio je otrzymuje.
— Raz, dwa, raz, dwa. Troszkę więcej spokoju w tym poruszaniu. Rwiesz ten ruch, spokojnie. Jeden, dwa, trzymaj rytm — to Maciej Ryszczuk, gdy Polka była nadaktywna przy uderzeniach.
— Świetne kierunki, Iga. Graj tak dalej! — to Francisco Roig, gdy rozrzucała Pegulę po korcie.
— I nie machaj rękami, Iga, tylko kolejna akcja, tylko kolejna piłka, come on. Wszystko jest okej, walczymy — to już Daria Abramowicz, uspokajająca emocje po dalekim aucie.
Efekt jest taki, że nawet po bardzo nieudanych zagraniach — jak prosty atak w siatkę na zamknięcie pierwszego seta z Pegulą — Świątek obecnie nie wpada w czarne dziury, kończące się deklasacją w ciągu kolejnych kilkunastu minut. Setów przegranych bez wiary i walki, do 1 czy nawet 0 miała w ostatnich 12 miesiącach więcej niż w jakimkolwiek okresie swojej kariery.
2. Francisco Roig posprzątał przed remontem
Punkt zwrotny w karierze Igi Świątek zaznaczamy najczęściej 1 sierpnia 2024 r., kiedy Polka przegrała półfinał igrzysk olimpijskich w Paryżu z Qinwen Zheng. Potem wszystko zaczęło się sypać.
Przyczyn mogło być wiele: zmęczenie latami na szczycie, bo przecież nikt nie grał i nie wygrywał tyle co Iga; brak spełnienia olimpijskiego marzenia, które w tamtym momencie życia było dla niej najważniejsze; wyczerpująca się formuła współpracy z trenerem Tomaszem Wiktorowskim czy wreszcie trauma związana z wykryciem w organizmie Polki zakazanej substancji, walka o uniewinnienie, a potem o powrót na szczyt rankingu.

Andrzej Iwanczuk/NurPhoto / Getty Images
Iga Świątek na IO w Paryżu
Moim zdaniem, wszystkiego było po trochu, ale na korcie przejawiało się to przede wszystkim niecierpliwością, strzelającym po oknach forhendem i sypiącym się z turnieju na turniej serwisem, w czym nic dziwnego, bo to uderzenie wymagające luzu i zaufania do własnych umiejętności, których Świątek za grosz nie miała.
Wim Fissette próbował te elementy naprawić i punktowo mu wychodziło, jak w czerwcu 2025 r. na Majorce, gdy na chwilę ustabilizował serwis oraz forhend Igi, co pozwoliło wygrać Wimbledon. W długim okresie ponosił jednak porażki, a w wywiadach przemycał, że najlepsi tenisiści na świecie niechętnie decydują się na zmiany, bo… no właśnie, uważają, że są najlepsi nie bez przyczyny.

Robert Prange / Eurosport / Getty Images
Francisco Roig i Iga Świątek
Francisco Roig — a pewnie kiedyś się dowiemy, że w pierwszej kolejności nawet nie on, a Rafael Nadal, który odegrał niebagatelną rolę po rozstaniu z Wimem Fissettem — podszedł do sprawy zupełnie inaczej. Jak dobry majster, który wie, że nie da się zrobić dobrego remontu bez posprzątania pokoi. Można co najwyżej na chwilę odmalować ściany, ale bałagan pozostanie.
Idze był potrzebny powrót do stanu surowego i wyeksponowanie naturalnych atutów — odbudowanie defensywnej ściany i mądrej, cierpliwej, frustrującej rywalki zabawy kątami. To nie był — nie jest — łatwy proces, dość powiedzieć, że z Fissettem Świątek wygrywała 82 proc. Meczów, a z Rogiem na razie zaledwie 68 proc. I teraz z tych liczb Hiszpan zacznie być powoli rozliczany.
Fundament zdaje się jednak stabilniejszy — Iga nie znika w drugich setach, Iga nie pęka przy decydujących wymianach, Iga zaczęła wreszcie wygrywać z rywalkami z czołowej dziesiątki rankingu WTA. W Toronto pokonała kolejno Kostiuk, Switolinę, Rybakinę — a przecież wcześniej takie mecze seryjnie przegrywała.
3. Maciej Ryszczuk najlepszy jest i basta
Także dlatego, że ma po swojej stronie Macieja Ryszczuka. Trener przygotowania fizycznego w Kanadzie znów wyciągnął narzędzia tortur, a filmy z ich zajęć obiegły świat. To taki moment sezonu — zwłaszcza jeśli Wimbledon pójdzie bez szału — że po chwili odpoczynku można solidnie podładować akumulator na resztę roku.
To w Kanadzie Ryszczuk zaklejał Idze usta, pracując nad oddechem przy wysokim tętnie. To tu w tym roku założył jej na plecy ogromny plecak z przelewającą się na boki wodą i kazał biegać w nim po korcie.
Ten trening zdradza, nad czym w ostatnich tygodniach mocno pracowali. Stabilna pozycja przy uderzeniach, niskie osadzenie ciała — coś, czego, również z powodu porywającego piłkę wiatru, bardzo brakowało przez większą część przegranego meczu z Pegulą.
Generalnie efekty są jednak widoczne gołym okiem. Grany bez szarpania forhend przestał przypominać rozregulowaną bazukę. Teraz to broń o mniejszym zasięgu, ale o dużo większej precyzji.
Ryszczuk to nie tylko te treningowe „błyskotki”, przyciągające uwagę mediów i kibiców. To codzienna robota, która od lat trzyma Igę bez większych kontuzji. I kiedy przed ostatnim szlemem roku rywalki padają jak muchy, Świątek może dokręcić śrubę. Niebagatelne znaczenie ma też fakt, że w ostatnich miesiącach szybciej odpadała z turniejów, jest więc znacznie świeższa niż w latach sukcesów. Tak czy owak, Macieja nie bez powodu zazdrości Polce pół tenisowego świata.
Mecz z Pegulą był swoistym wyjątkiem od reguły, bo i Amerykanka słynie z ogromnej nieustępliwości, ale generalnie wracamy do czasów, w których im spotkanie dłuższe, tym lepiej dla Igi Świątek, właśnie ze względu na fizyczną dominację. Przed zderzeniem z Jessicą wygrała trzy kolejne mecze, które przeciągnęły się na trzy sety (Kostiuk, Switolina, Sakkari). Zabiegać Polkę może w tej chwili chyba tylko jedna tenisistka na świecie. I to ona powinna być największym zagrożeniem w drabince US Open.
4. Aryna Sabalenka straciła „efekt Świątek”
Mowa o Coco Gauff, która z ulubionej rywalki Świątek (w pewnej chwili Polka miała bilans 11 zwycięstw — 1 porażka), stała się jej zmorą, wygrywając cztery kolejne mecze, w tym trzy na nawierzchni hard, czyli tej, na której odbędzie się cała reszta sezonu. Iga nie pokonała Amerykanki od półfinału Roland Garros 2024.
By wygrywać ze Świątek, Gauff zmieniła się w jej lustrzane odbicie. Niezwykły atletyzm, walka w defensywie o każdą piłkę, fantastyczny bekhend. Nawet problemy od lat ma w zasadzie te same, co Iga — zawodzący seriami serwis i chwiejny forhend.
Dynamika sezonu przypomina nieco rok 2023, gdy po zmianach trenerskich Gauff rozpędziła się na amerykańskich kortach. Najpierw wygrała w Cincinnati, pokonując w półfinale Igę Świątek, a potem sięgnęła po triumf w US Open.
Największy od czterech lat kryzys przeżywa za to Aryna Sabalenka. Białorusinki skreślać nie wolno nigdy, ale — jak zauważa w podcaście „Love All” była jedynka światowego rankingu Kim Clijsters — Aryna zdaje się być w podobnym punkcie krytycznym jak Świątek po igrzyskach w Paryżu. Zmęczona latami dominacji, taktycznie nadgryziona przez rywalki, pod presją opinii publicznej.
To też bardzo ciekawy medialny piwot. Jeszcze kilka miesięcy temu Polka słyszała, że aby się odrodzić, powinna wrzucić na luz jak Sabalenka. Dziś to Sabalenka coraz częściej dostaje uwagi, że nie zaszkodziłoby odłożyć imprezy i tiktoka, a nieco bardziej skupić się na tenisie. Jak dobrze wiemy, kto. Z perspektywy cały ten zgiełk wygląda nieco karykaturalnie, ale przecież sami — w tym wyżej podpisany — go miesiącami wokół Igi tworzyliśmy.

Phil Walter / Staff / Getty Images
Aryna Sabalenka
Wracając jednak do istoty tego punktu. Przełom sierpnia i września to w tenisie więcej rannych niż w pełni sprawnych. Sabalenka przegrała 5 z ostatnich 14 meczów, co jest jej najgorszą serią od miesięcy. Poza Berlinem nie widziała od Roland Garros nawet jednego ćwierćfinału! Na pewno straciła efekt psychologicznej przewagi, którym Świątek cieszyła się kiedyś przez długie miesiące. Taki, który sprawiał, że rywalki, już wchodząc na kort, marzyły przede wszystkim o tym, by nie odjechać z bajglem czy bagietką.
Idziemy dalej. Zdrowa Rybakina gra jak najlepsza tenisistka świata, ale to nie są z reguły długie chwile. Przed US Open wokół Kazaszki znów więcej pytań niż odpowiedzi, zwłaszcza po kreczu ze Świątek. Andriejewa, Kostiuk, Switolina też nie wyglądają tak dobrze, jak na przełomie wiosny i lata. A już na pewno nie mają tego samego spokoju w głowie. Już więcej oczekiwań, a oczekiwania to ciężki plecak.
5. Iga Świątek zakwita w cieniu
Iga też woli plecak Maćka Ryszczuka, z przelewającą się wodą, od tego z zapisanymi jej awansem pucharami. To jasne jak słońce. Zresztą, oba wielkie szlemy wygrane przez nią poza Paryżem przyszły trochę z zaskoczenia, z drugiego szeregu.
Jesienią 2022 r. w Cincinnati grała po prostu źle i odpadła w 1/8 finału po meczu z Madison Keys. W US Open też zaczęła przeciętnie, ale rosła z każdym kolejnym spotkaniem. Latem 2025 r. przed Wimbledonem nie stawiał na nią prawie nikt, choć w poprzedzającym turniej Bad Homburgu doszła do finału, przegrywając tam… z Jessicą Pegulą. Tą samą co teraz.
Jasne jest, że Iga w każdym turnieju gra o zwycięstwo, a jednocześnie robi wszystko, by nikt tego nie powiedział za głośno. Na konferencjach prasowych zasłania się nieco już wytartym zwrotem „low expectations, high standards” (niskie oczekiwania, wysokie standardy). W porządku, przed US Open chętnie znów zagramy w tę grę, mrugniemy okiem razem z Igą, zwłaszcza że okoliczności układają się idealnie. To nie ona wyjedzie z Cincinnati z trofeum, to nie ona jest numerem 1, to nie ona bryluje na salonach, to nie ją będą wypychać na pierwszy plan sponsorzy.

Robert Prange / Contributo / Getty Images
Maja Chwalińska i Iga Świątek
Taki spokój wokół Igi to zjawisko niezwykle rzadkie. Deficytowe. A ma go już od kilku miesięcy, pomijając może jeden niefortunny wywiad z panią psycholog. Gdy serca Polaków skradła w Paryżu Maja Chwalińska, nie przepychała się z koleżanką o atencję, nie wyszła do mediów, została sobie w cieniu.
Przy okazji, historia z życia wzięta. Wywiady, te poza konferencją prasową, z Igą i całym jej otoczeniem zamawia się w biurze prasowym teamu. Rzekomo byłem pierwszy na liście do Wima Fissette’a, gdy stracił robotę. Zapytałem więc rzeczniczki Igi, Darii Sulgostowskiej, czy da radę przepisać to miejsce w kolejce do nowego szkoleniowca, kiedy zostanie ogłoszony. „A może to będzie ktoś, kto nie będzie chciał obecności w mediach?” — odpisała, już pewnie wiedząc, kto się święci.
Pod tym względem Francisco Roig pasuje do tej ekipy jak ulał. Bez medialnego parcia, bez cytatów, którymi potem żyją media, bez dram i obietnic. Trochę jak Tomasz Wiktorowski, który również trzymał się z dala od tego świata. I działało.
Gdyby jeszcze znów działał serwis Świątek, gdyby zawsze można było na niego liczyć tak jak w wygranym turnieju w Toronto, to trzeba by głośno powiedzieć to, czego Polka absolutnie nie chce słyszeć. Iga znów znaczy faworytka.