Justyna Leszczuk, anestezjolożka: Tam jest wojna. Żołnierze ze strasznymi obrażeniami, np. głowy, bez nóg, bez rąk, bez oczu, potrzebują pomocy. A ja umiem uśmierzać ból.

Jeżdżę wolontariacko.

Tak, autobusem albo pociągiem.

Nie tuż, ale niedaleko. Co do pieniędzy, to w Warszawie pracuję w dwóch szpitalach na oddziałach anestezjologii. Do Ukrainy jeżdżę prawie od początku dużej wojny, od 2022 r. Pracowałam trochę w zachodniej i centralnej Ukrainie oraz na Donbasie. Jeżdżę tam z wewnętrznej potrzeby, żeby pomóc i żeby było lepiej tym, którzy mają gorzej. Jeżdżę tam także po to, żeby za kilkanaście lat nie mieć wrażenia, że pozostałam obojętna wobec wydarzeń.

Jako wolontariusz można pracować w Polsce, w hospicjum i w domu seniora.

Kiedy był kryzys na granicy polsko-białoruskiej, też tam byłam. To właśnie wtedy, jeszcze w lesie, tuż przy granicy, wiosną 2022 r., tuż po tym, jak Rosja napadła na Ukrainę, zadzwonił do mnie kolega medyk, którego znam jeszcze ze Stadionu Narodowego i powiedział, że będą transportować pociągiem ewakuacyjnym dzieci z Ukrainy do Polski na kontynuację leczenia onkologicznego i zapytał, czy chcę dołączyć do ekipy. Chciałam. Moi pacjenci w polskich szpitalach to dzieci.

Na Stadionie Narodowym był szpital covidowy.

Tak, koordynowałam tam pracę OIOM-u w pierwszym sezonie działalności.

Mogłaby pani przecież, jak lekarz Dawid Kacprzyk w Szpitalu Południowym, zarabiać półtora miliona złotych rocznie.

Nie mogłabym. Śmieję się, że jestem chyba najgorzej zarabiającym anestezjologiem w tym kraju, bo kilkanaście tygodni w roku pracuję wolontariacko na szkoleniach, w transportach i w punktach stabilizacji rannych. Poza tym wydaje mi się, że akurat Dawid Kacprzyk jest bardziej politykiem niż lekarzem, a na pewno jest dłużej politykiem niż lekarzem, bo on przecież jest dopiero co po dyplomie.

Jak prosektor Szpitala Południowego handlował zwłokami. Ujawniamy kulisyHandlował zwłokami w Szpitalu Południowym. Nowe informacje

W młodzieżówce Platformy Obywatelskiej był od 17. roku życia.

Dobry moment na kształtowanie głowy. Kora przedczołowa ponoć się rozwija do 26. roku życia…

No, dobrze, ale pani jest anestezjolożką z dużym doświadczeniem i mogłaby pani po prostu zarabiać kasę. Są przecież możliwości.

Oczywiście, że są. Tylko że ja lubię być wśród ludzi ze specyficzną energią i konkretnym systemem wartości, którym chce się dobrze pracować i ratować innych. Wiem, że z takimi lekarzami, którzy tylko gonią za pieniędzmi, nie mogłabym non stop przebywać. Nie chciałoby mi się codziennie wstawać do takiej pracy.

Justyna Leszczuk podczas pomocy rannym w Ukrainie

archiwum prytwane

Justyna Leszczuk podczas pomocy rannym w Ukrainie

Jak pani się czuła ze swoim pozytywistycznym podejściem do zawodu, kiedy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy pojawiały się informacje o kolosalnych zarobkach lekarzy?

Czułam się rozczarowana, ale chyba nie byłam zaskoczona. Martwię się tym, że wielu ludzi uważa, że wszyscy lekarze to krętacze. Hejt się rozszerzył na cały kraj i na nas wszystkich.

Z drugiej strony wstyd, że w mojej grupie zawodowej są ludzie, którzy tak bardzo nie mają skrupułów. Wstyd, że wśród lekarzy są osoby, które reprezentują takie podejście do pracy i do zarabiania, że już gdzieś straciły zdrowy rozsądek i przyzwoitość. Jasne, że każdy chce zarabiać, ale naprawdę można to robić etycznie. Proszę mi wierzyć — większość lekarzy to ludzie o podobnym podejściu. I wszyscy bardzo ciężko pracowaliśmy, począwszy od liceum, przez kilkanaście lat, żeby móc wykonywać zawód o tak olbrzymiej odpowiedzialności.

A od kilku tygodni mam poczucie, że jesteśmy znienawidzoną grupą zawodową.

Spotykają panią nieprzyjemności?

Mnie jeszcze nie, ale wiem od znajomej, że pewien lekarz usłyszał od pacjenta: „A pan to jest milionerem czy frajerem?” A koleżance ojciec pacjenta powiedział: „A która to już godzina dyżuru?” Głupio słuchać takich rzeczy, kiedy starasz się po prostu robić swoją robotę. Zresztą czuję się momentami podwójnie nielubiana, bo nie dość, że jestem lekarką, to jeszcze jeżdżę do Ukrainy pomagać tym, do których niechęć czuje coraz więcej Polaków.

Jakie są reakcje w pani środowisku na to, że ratuje pani ukraińskich żołnierzy? Pytają: „Po co im pomagasz, Justyna?”

Ci, którzy tak myślą, nie rozmawiają ze mną o tym. Jak ktoś już komentuje, to gdzieś poza mną. Widzę niestety czasem przewracanie oczami u pielęgniarek czy lekarzy, kiedy pacjentem jest ukraińskie dziecko, które trzeba przyjąć do szpitala. Wtedy jest mi i głupio, i przykro, bo przecież to izba przyjęć dziecięcego szpitala…

W jednym ze szpitali, w których pracuję, przyjmowaliśmy ukraińskie dziecko. Ktoś od nas mówi, że rodzice nie mówią po polsku. Ja na to, że nie ma problemu, bo znam ukraiński. I wtedy słyszę: „Dobrze znać język wroga”. Najpierw mnie zatkało, po chwili dopiero powiedziałam: „Z tego, co wiem, to naszym wrogiem jest Rosja”. Ale może się coś pozmieniało?

Pani doktor…

Jeszcze jedną rzecz chcę powiedzieć. Do oddziału trafiło w nocy kilkumiesięczne dziecko w dość ciężkim stanie, z podejrzeniem urosepsy, czyli uogólnionego zakażenia. Maleńkie niemowlę. Przyszłam rano do szpitala i się o tym dowiedziałam. Ktoś powiedział, że to Ukrainiec, jakby to miało jakieś znaczenie.

Rozmawiamy o tym pacjencie i nagle ktoś z personelu mówi coś w stylu: „Dobrze, uczy się, że w Polsce nigdy mu nie będzie łatwo…” Usłyszałam to ja i moja koleżanka, lekarka, która od początku wojny organizuje pomoc dla Ukraińców.

Mam nadzieję, że zrobiłyście awanturę i zgłosiłyście to przełożonym.

Nie zgłosiłyśmy. Awantura się zrobiła. Powiedziałam, że jak ktoś jest ksenofobem, to nie powinien pracować z ludźmi. A koleżanka powiedziała, że takie koncepcje sądzenia ludzi za pochodzenie już były, są dobrze udokumentowane i że z tego się wzięły obozy koncentracyjne…

Prof. Norman Davies o kulcie UPA: ta afera będzie kosztować Polskę w przyszłościNorman Davies (2025 r.)Ewakuacja zabija wielu

W Ukrainie pracuje pani w szpitalu?

Nie, to punkt stabilizacji rannych. To pierwsze miejsce, gdzie żołnierz spotyka profesjonalnych medyków, lekarzy i pielęgniarki. Wcześniej, gdy zostaje ranny, jest zaopiekowany przez combat medyków. To są ludzie zazwyczaj po kilkutygodniowym szkoleniu, z doświadczeniem.

Pierwsza pomoc?

Zaawansowana. Są w stanie nawet przez kilka dni zaopiekować się takim pacjentem.

Zbierają rannych?

Mają swoje zespoły ewakuacyjne. Ale często jest im trudno podjechać na miejsce. Ranny musi „wyjść” z pozycji, a to zajmuje czasem nawet tydzień. W zimie taki ranny często ginie z hipotermii albo ma głębokie odmrożenia. Mieliśmy też takiego chłopaka ze złamaną nogą — kość piszczelowa była złamana w dwóch miejscach.

Otwarte złamanie?

Tak. On się z tą nogą czołgał, szedł. Nie było innego wyjścia. Gdyby zespół ewakuacyjny podjechał, to pewnie by wszyscy zginęli. Udało mu się dojść.

Amputowaliście nogę?

Nie, chirurg zrobił fasciotomię, żeby zmniejszyć niedokrwienie spowodowane obrzękiem. Znieczulałam go. Cieszył się, że żyje i że noga przeżyła. Mieliśmy też takiego chłopaka, rannego w stopę, który przez sześć tygodni wychodził. Tak naprawdę to miał pół stopy. Przemieszczał się, czekał, chował się. Tam jest teraz tyle ruskich dronów, że… Są też drony ewakuacyjne. To takie płaskie pojazdy na kółkach, na które, jak ktoś ma siłę się wspiąć albo ma kogoś, kto go wrzuci, może zostać wywieziony. To jest potencjalnie bezpieczniejsze z punktu widzenia osób towarzyszących, bo wtedy ranny być może zginie, ale nie zginą dwie osoby, które będą go wynosić.

Do punktu stabilizacyjnego trafiają żołnierze przewiezieni takimi dronami ewakuacyjnymi?

Tak. Ale jest też tak, że pracy w punkcie stabilizacyjnym jest mniej niż w poprzednich latach.

Jest mniej rannych?

Nie, ewakuacji jest mniej ze względu na zagrożenie życia ewakuujących. Jest ich mniej także dlatego, że ranni giną po drodze, próbując dotrzeć do miejsca, z którego mogliby zostać ewakuowani. Albo giną na miejscu, bo nikt nie podejmuje ryzyka ewakuacji…

W tej chwili medycyna pola walki jest w Ukrainie na bardzo wysokim poziomie. Na początku było w tym więcej chaosu, takiego łatania dziur systemowych, szukania leków, sprzętu po organizacjach wolontariackich. Na początku nie było też krwi do toczenia. Teraz te możliwości są naprawdę duże. Jedynym wąskim gardłem jest ewakuacja, podczas której ginie wiele osób.

Justyna Leszczuk w Ukrainie

archiwum prytwane

Justyna Leszczuk w Ukrainie

„Ukraińcy nacjonalizm rozumieją tak jak my patriotyzm”

Tu niedaleko w czasie Powstania Warszawskiego był szpital polowy. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, teraz prawie stulatka, była w nim sanitariuszką. Mówiła mi o ewakuowaniu rannych, o braku leków, o gnijących, śmierdzących ranach, które muchy objadały z martwych tkanek. Pamięta to — jest to w niej do dziś.

Mówi pani teraz o traumie. Myślę, że i medycy, którzy pracują w Ukrainie, i żołnierze, którzy tam walczą, już są w traumie.

A pani?

Ja mam ten komfort, że mogę wyjechać do Polski i to naprawdę daje poczucie bezpieczeństwa. Poza tym nie mam dzieci, nikt ode mnie nie zależy. Zdarzają się ludzie, którzy jadą do Ukrainy w poszukiwaniu przygody. Mają małe dzieci i ważniejsza jest dla nich ta adrenalina. Dla mnie to jest jednak trochę głupota.

Zaraz na początku wojny rozmawiałam z ukraińskim żołnierzem, który stracił nogę, leżał w szpitalu w Kijowie, mówił, że widział, jak Rosjanie dobijali swoich rannych.

Mam film od kolegi, który walczył w Bachmucie. W okopach obsługiwał karabin MK 19, a później robił ładunki wybuchowe do dronów. Mówił, że Ruscy potrafili puścić pojazdy w miejsce, gdzie szła ich piechota i przejechać po niedobitkach. Zostawiali te ciała, które się rozkładały i gniły. Mówił, że smród był taki… Mówił, że gdy schodził z pozycji po kilku dniach, tak śmierdział trupem, że sam ze sobą nie mógł wytrzymać. Walczył w „nullu”, prawie twarzą w twarz z przeciwnikiem. Miał na imię Stefan. Już nie żyje. Pochodził z pogranicza obwodu lwowskiego i wołyńskiego, mówił dość dobrze po polsku.

„Może to dusze pomordowanych?” Pani Szura dba o pamięć ofiar rzezi wołyńskiejPani Szura i Magdalena Rigamonti

Rozmawialiście o polityce, o Wołyniu, o relacjach polsko-ukraińskich?

Oczywiście. I nie tylko ostatnio, kiedy prezydent Zełenski nadał nazwę UPA jednostce ukraińskiej, a prezydent Nawrocki odebrał mu order. Wielu żołnierzy nie rozumiało tego gestu naszego prezydenta, bo dla nich Bandera jest bojownikiem o niepodległość Ukrainy. Wydaje mi się, że to jest efekt wybiórczego nauczania historii, a może propagandy. Tam brakuje jakiegoś szerszego spojrzenia. Zresztą u nas też. Pamiętam, że nawet sprawdzaliśmy razem w polskiej i ukraińskiej Wikipedii, jak jest opisana rzeź wołyńska.

W polskiej narracji jest to ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów przy pomocy ludności cywilnej, w ukraińskiej nie ma słowa „rzeź”, tylko jest „tragedia wołyńska”, i był to dwustronny konflikt etniczny, wzajemne czystki etniczne, element polsko-ukraińskiej wojny domowej w trakcie II wojny światowej…

Mam poczucie, że rozmawialiśmy o tym kiedyś przy kawie i Ukraińcy rozumieją nacjonalizm tak jak my patriotyzm. To słowo nie ma tam negatywnego wydźwięku, czyli już na poziomie lingwistycznym powstaje różnica.

Po odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu, zauważyła pani jakąś zmianę stosunku Ukraińców do Polaków?

Słyszałam teksty w rodzaju: „Polska nam nie będzie wybierać bohaterów”. Po tych latach wojny wiem, że Ukraińcy to buńczuczny, uparty naród. To ma dobre strony, jeśli chodzi o wojnę i złe, jeśli chodzi o dyplomację. Oni potrzebują teraz tego swojego nacjonalizmu, tej dumy narodowej, żeby stawiać opór Rosji.

Czasem w dyskusjach trochę się przepychamy. Jak zaczyna się coś o UPA, to oni mówią o akcji „Wisła”. Mówię im, że nikt w Polsce nie zaprzecza zorganizowanej przez komunistów akcji „Wisła”, że dość dobrze znam Beskid Niski, gdzie jest pełno tabliczek o Łemkach i Ukraińcach, którzy tam mieszkali, że odbywa się Festiwal Kultury Łemkowskiej i że ludzie celebrują pamięć. To są jednak spokojne rozmowy. Osobiście nie miałam żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Może ktoś coś pomyślał, ale nikt mi tego nie powiedział. Ten chłopak, który już nie żyje, zapytał mnie kiedyś, skąd pochodzę.

Mówię, że ze wschodniej Polski, w zasadzie z Wołynia. Nawet mu powiedziałam, że mój dziadek walczył z UPA. I jeszcze, że potem w latach 90. Ukraińcy mieszkali u moich dziadków w domu. Byli to lekarze: Larysa i Walery. Kiedyś siedzieli pod blokiem, bo ktoś, z kim byli umówieni na nocleg, ich wystawił i nie mieli gdzie spać. Babcia z dziadkiem zaprosili ich do siebie. Potem przez wiele lat przyjeżdżali handlować na bazarze. Tłumaczyłam, że dziadek potrafił oddzielić lata 40. od lat 90. i historię od współczesności.

Historia wróciła do współczesności.

Przez politykę i polityków. Myślę, że teraz gorzej mają Ukraińcy w Polsce niż Polacy w Ukrainie. Znajoma Ukrainka, która pracuje w Polsce w organizacji humanitarnej, mówiła mi, że jej córka nie chce z nią rozmawiać po ukraińsku na ulicy czy w autobusie, bo się boi. A sąsiadka mojej siostry, która pracuje w którymś z supermarketów w Warszawie, opowiadała, że kilka razy dziennie ktoś ją wyzywa, mówi, że ma wypier… do Ukrainy. Boję się tego, bo to pokazuje, że propaganda w Polsce działa świetnie.

W Ukrainie też.

Ale ona nie jest antypolska. Chociaż zdarzyła się jedna dziwna sytuacja. Kiedy ten chłopak z Wołynia umarł, to pojechaliśmy całą grupą na pogrzeb. Od niego można się było uczyć patriotyzmu, mogę nawet powiedzieć, że był propolski, rozumiał, że dobre relacje polsko-ukraińskie służą naszym narodom. Naprawdę super gość, uparty w walce z Rosją, walczył w Bachmucie, szkolił innych, świetnie strzelał, robił ładunki wybuchowe do dronów.

Na pogrzeb przywieźliśmy nasz wieniec z dwiema wstążkami, jedną w kolorach flagi Ukrainy, niebiesko-żółtą, drugą biało-czerwoną. Postawiliśmy go przy trumnie w cerkwi. Potem, już na cmentarzu, była tylko jedna wstążka, ukraińska. Ktoś obciął polską flagę. Przykro mi się zrobiło, niemiło.

„Ela mnie zapytała, czy umiera”. Szokująca sytuacja w szpitalu MSWiAela 2 (3)„Nie mam rąk, ale na nogach we wrześniu do ślubu pójdę”

Rozmawiałam z powstańcami warszawskimi o śmierci, o umieraniu wtedy, w sierpniu i wrześniu 1944 r. Mówili, że przywykali. Opowiadali, że w pewnym momencie już mieli tylko myśl: dobrze, że to nie ja.

To jest prawdziwe. Tam, w Ukrainie, kiedy coś się dzieje, to też jest myśl: dobrze, że to nie nasi.

Nie z waszej jednostki?

Tak. To naturalne, że myśli się o tych, z którymi jest się najbliżej, z którymi się współpracuje. Z drugiej strony to nie znaczy, że nie przeżywamy tego, że w innych jednostkach są ranni, ktoś zginął. Trzeba pamiętać, że w sytuacjach kryzysowych my, medycy, nie mamy czasu na refleksje, na płakanie. Wtedy przecież jest najwięcej pracy. Czasem to nawet może wyglądać, jakbyśmy byli szorstcy, nieprzyjemni, trochę jak roboty.

Kiedy żołnierka czy żołnierz są przytomni, prosimy: „wytrzymaj, zaraz przyjdzie ulga…” Dajemy im się też wygadać. Ostatnio chłopak, który stracił obie ręce, a nogę miał złamaną, mówi: „Nie mam rąk, ale na nogach we wrześniu do ślubu pójdę. Poza tym pierwszy raz w życiu mam coś złamane…”

Co rosyjska broń robi z ciałami ukraińskich żołnierzy?

Oni tracą kończyny, tracą oczy, są poparzeni, czasem mają mocno zdeformowane ciała. Drony są wszędzie i to takie, które latają za człowiekiem i strzelają precyzyjnie. Wbijają się. Potrafią lecieć za samochodem. Dlatego nad drogami porozciągane są siatki antydronowe. Niestety muszą mieć prześwity przy skrętach. I na tych skrętach jest najwięcej ataków. Wiele samochodów ma na dachach sprzęt zakłócający sygnał dronów. Ale to działa tylko na drony, które są na sygnały radiowe.

Wracając do rannych, trzeba podkreślić, że są w tym wszystkim strasznie dzielni. Żołnierze, którzy tracą nogi, niejednokrotnie wracają do służby, żeby zostać operatorami dronów. W Kijowie, w szpitalu, spotkałam żołnierza, który był świeżo po amputacji nogi i mówił, że po rehabilitacji wraca walczyć. W naszym punkcie stabilizacji mieliśmy gości, którzy byli mocno ranni i mówili, żeby ich tylko zaopatrzyć, bo oni wracają, bo nie mogą zostawić swoich.

I co pani im wtedy mówi?

Że się wyleczą i wrócą…

A wrócą?

Część wróci.

Są też żołnierki.

Trafiła kiedyś do punktu stabilizacji ranna dziewiętnastolatka. Dziecko jeszcze.

W wieku mojej córki.

To był wieczór przed moim wyjazdem. Przywieźli i ją, i chłopaka, któremu trzeba było robić drenaż klatki piersiowej. On się sobą nie przejmował, cały czas tylko dopytywał o tę dziewczynę.

Przeżyła?

Tak, miała złożone złamania podudzia.

Zakrwawiona kamizelka kuloodporna

archiwum prytwane

Zakrwawiona kamizelka kuloodporna

A jak pani żołnierz umiera na stole operacyjnym, to…?

To się czasem płacze. Zdarzyło się, że umarł w karetce, w której jechałam. Krwawił z wielu miejsc, a resuscytacja nic nie dawała. Jechaliśmy bardzo szybko. Masaż serca, leki, kilka razy zatrzymanie krążenia. Kiedy kolejny raz się zatrzymał, już wiedzieliśmy, że to koniec.

Dowiedzieliśmy się przez radio, że mamy go odwieźć do miejsca, gdzie są zwożone zwłoki. Było już ciemno. Kiedy weszliśmy do tego budynku, nasz kierowca zwymiotował. A ja ten smród zapamiętam na zawsze. Musieliśmy jednak jeszcze powyciągać rurki z ciała, obmyć je i zapiąć worek.

To była chłodnia?

Nie. Trzeba jeszcze wiedzieć, że to było lato. Następnego dnia ciała miały być stamtąd zabrane.

Jaki stosunek do prezydenta Zełenskiego mają ukraińscy żołnierze, których pani zna?

Wszyscy chcą już końca wojny. Przecież ta wojna trwa już prawie tyle, co II wojna światowa. Są tacy, którzy mówią, że Zełenski to nie ich prezydent, bo oni go nie wybrali, ale w sprawie wojny, w sprawach relacji międzynarodowych stają za nim murem.

A co z morale?

Na początku, kiedy ich poznałam, byli jeszcze w takiej fazie…

Euforii?

Nie, raczej oszczędnego optymizmu. Później kolejna zima i kolejna zima i kolejna zima. W zeszłym roku mieli poczucie rozczarowania. Teraz mam wrażenie, że są na etapie myślenia: mamy to, co mamy, trzeba się w tym jakoś zorganizować, walczyć. Są tacy, którzy zapisują się na studia zaoczne, żeby móc robić coś pożytecznego dla siebie w trakcie przepustek, a inni próbują rozkręcać jakiś biznes w swoich rodzinnych stronach.

Wszyscy starają się dostosowywać do rzeczywistości. Pamiętam opowieści mojej babci od strony taty o wojnie. Opowiadała, że raz okupantami byli Niemcy, raz Ruscy i że lepiej było mieć we wsi Niemca niż Ruskiego, bo Niemiec to się mył, a Ruski był brudny i jeszcze gwałcił. Nie sądziłam, że doczekam czasów, kiedy to się powtórzy ponad 80 lat po II wojnie.