Okazuje się, że odpowiedź na nurtujące nas obecnie pytania — m.in. dlaczego tak gwałtownie wzrosło poparcie dla Grzegorza Brauna albo skąd ta nagła niechęć do Ukraińców w Polsce — można znaleźć w strukturze społecznej.
Najciekawsze i najbardziej dynamiczne zjawiska zachodzą właśnie w klasie średniej, która wewnętrznie jest ogromnie zróżnicowana.
Diana Wawrzusiszyn-Michnicz: Chciałabym zacząć od tezy, że klasa średnia utknęła w ślepym zaułku: jest za bogata na realne wsparcie państwa, a jednocześnie za biedna, by korzystać z mechanizmów dostępnych najzamożniejszym. Zgadza się pan z tym?
Tomasz Warczok, socjolog z Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji UW: Zacząłbym od zdefiniowania tego, o czym mówimy, czyli od samej klasy. Po pierwsze, klasa średnia czerpie swoje właściwości z położenia dokładnie pomiędzy klasą wyższą i klasą niższą. Nie ma żadnych uniwersalnych właściwości. Jej niemalże całe funkcjonowanie wynika właśnie z tej pośredniej pozycji.
Druga rzecz jest jeszcze ważniejsza: klasa średnia jest przestrzenią wewnętrznie zróżnicowaną. Po jednej stronie mamy więc tych, których potocznie utożsamia się z zachodnią wyobrażoną middle class, czyli posiadaczy średniego zasobu kapitału ekonomicznego — pieniędzy. To pracownicy korporacji, właściciele małych i średnich biznesów, menedżerowie średniego szczebla.
Po drugiej stronie tej przestrzeni mamy także pozycje średnie, które z kolei nazywamy frakcją kulturową. Ci ludzie mają w swoim portfelu więcej kapitału kulturowego — wykształcenia i obycia w kulturze — niż osoby ze wspomnianej frakcji ekonomicznej. To na przykład nauczycielki, bibliotekarki czy pracownicy sektora kultury. Zwykle nie utożsamiamy ich z klasą średnią, ale oni także do niej należą.
Tyle musisz zarabiać, by należeć do klasy średniej. Policzyliśmy według nowej definicji niemieckich naukowców [KWOTY]
To rozróżnienie jest o tyle istotne, że obie frakcje mają zwykle różne interesy i poglądy polityczne. Oprócz podziału frakcyjnego rozróżniamy także wyższą i niższą część klasy średniej. Przykładem wyższej klasy średniej mogą być dziś pielęgniarki: bardzo dobrze wykształcone i całkiem dobrze zarabiające. Niższa klasa średnia to z kolei pracownicy call center czy taksówkarze, którzy sytuują się na granicy klasy ludowej i średniej. Już tu widzimy, że „klasa średnia” to bardzo zróżnicowana grupa, mająca różne orientacje i doświadczenia życiowe.
Samo miejsce w strukturze to jedno, czyli większe znaczenie ma kierunek, z którego na tę pozycję trafiliśmy?
Jeżeli jestem w klasie średniej, ale pochodzę z klasy niższej, ludowej, czyli „idę w górę”, doświadczam awansu, będę patrzył na rzeczywistość inaczej niż ktoś, kto „idzie w dół”. Przykładem tych ostatnich są mali przedsiębiorcy, sklepikarze czy taksówkarze, którzy doświadczają deklasacji albo znajdują się na jej granicy. Mówię o taksówkarzach, bo politycy mają skłonność do opowiadania: „Dzisiaj, jadąc do studia, rozmawiałem z taksówkarzem i powiedział mi to i to”. Traktują to jako głos Polaków, podczas gdy jest to specyficzny głos klasy średniej — i to schyłkowej.
Schyłkowa klasa średnia ma tendencję do bardzo konserwatywnego spojrzenia na rzeczywistość. Konserwatywnego — dlatego, że chce zachować przeszłość, w której było dobrze, podczas gdy teraz jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Ci, którzy „idą w górę”, mają natomiast pozytywne widzenie rzeczywistości.
Co ważne, analizując całościowo przestrzeń klasy średniej — frakcję kulturową i ekonomiczną, trajektorię „wznoszącą” i „opadającą”, pozycję wyższą i niższą — można wyjaśnić ludzkie zachowania i interesy, to, co ludzie przeżywają, czego się obawiają i w czym pokładają nadzieję.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoŻycie pomiędzy aspiracją a niepewnością
Powiedział pan w jednym z wywiadów, że klasę średnią od deklasacji mogą dzielić dwie pensje. Czy niepewność jest wpisana w jej pozycję?
To jest pozycja niepewna, usytuowana w strukturalnym napięciu. Możemy przedstawić to w ten sposób: klasa wyższa „przyciąga”, narzucając wzorce konsumpcji, sposoby spędzania wolnego czasu, oglądania filmów czy odwiedzania takich, a nie innych restauracji. Z drugiej strony klasa ludowa „ściąga”, zwłaszcza tych, którzy się z niej wywodzą.
Polska klasa średnia spęczniała i to w bardzo krótkim czasie — w ciągu jednego pokolenia. Trafili do niej w dużej mierze ludzie z klasy ludowej. Rodzice byli robotnikami, dzieci zajmują dziś średnią pozycję w korporacji. Mogą patrzeć w przyszłość z optymizmem, ale także z obawą, czy niespłacona rata kredytu nie sprawi, że będą musieli wrócić do rodziców. Taki powrót jest odczuwany jako degradacja, niemalże jako koniec życia, o którym się marzyło i do którego z ogromnym trudem się dążyło.
Jak działa ten nacisk z góry? W jaki sposób klasa wyższa wyznacza standardy, do których klasa średnia próbuje doskoczyć?
Gdy mówię o klasie wyższej, wolę używać określenia „klasa dominująca”, ponieważ dominuje ona nad tymi, którzy są niżej. W pracy kontroluje działania: kierownik wysokiego szczebla kontroluje funkcjonowanie menedżera średniego szczebla, specjalistów tego poziomu, kadrę zajmującą się obsługą klientów itd. Klasę średnią charakteryzuje więc to, że jest nieustannie oceniana i ewaluowana. Dotyczy to zarówno sektora publicznego, jak i prywatnego.
Ponadto klasa dominująca narzuca wzory dobrego życia, ale klasa średnia nie ma odpowiednich zasobów, by je do końca spełnić. Żyje zatem w stanie ciągłych, trudno osiągalnych aspiracji, które dodatkowo nieustannie się zmieniają. Kilkanaście lat temu wyjazd all inclusive do Bułgarii uchodził za świetne wakacje. Dziś — jak słyszę w przeprowadzonych w ramach naszego badania wywiadach jakościowych — wyjazd do Bułgarii, jeżeli jest jedynym wyjazdem w roku, może być stygmatem, a nie czymś, czym można się pochwalić.
Co robi klasa średnia, kiedy nie jest w stanie spełnić materialnych wzorców dobrego życia?
Pojawia się eksponowanie moralności i cnoty, pokazywanie: „Zasługuję na tę pozycję”. Zasługuję, bo ciężko pracuję, także nad sobą, czego wyrazem jest mój wizerunek, zwłaszcza cielesny. Jeżeli nie mogę spełnić wszystkich wzorców dobrego życia, posiadać wartościowych rzeczy i ciekawych doświadczeń, to przynajmniej pokazuję, że mam wysokie standardy moralne, spełniam normy porządku społecznego, nie jestem leniwy, mam kontrolę nad własnym ciałem. To jest dość powszechne wśród klas średnich.
Dzisiejszy szał na diety i rozmaite ćwiczenia fizyczne jest tego czytelnym wyrazem. Eksponowanie cnoty samokontroli i indywidualnego wysiłku staje się sposobem kompensowania braków kapitału ekonomicznego i kulturowego, którego ludzie ci po prostu nie posiadają w wystarczającym zakresie.
A to z kolei rodzi potrzebę niezależności.
Tak. Klasa średnia jest zależna i podporządkowana, a kredyt hipoteczny jest tego wyraźnym, choć niejedynym, przykładem. Dlatego ludzie z tej klasy oddają się różnym fantazjom o niezależności, oferowanym przez rynek kultury i polityki.
Z jednej strony część czytelniczek z klasy średniej zaczytuje się w prozie Remigiusza Mroza, gdzie pojawia się postać Chyłki. Akurat bardzo lubię ten cykl. Chyłka jest modelową figurą dla klasy średniej, spełniającą wszystkie kryteria niezależności. Potrafi odszczekać się szefowi, wyraża wprost swoje zdanie. Czytelniczka, która obiektywnie pozostaje w sytuacji zależności, chce widzieć w niej siebie — traktuje ją jak fantazmat. Wyjazd w Bieszczady i porzucenie korporacji — to kolejna fantazja niezależności, która wynika z obiektywnej pozycji tej klasy.

mat. prasowe
Magdalena Cielecka jako Chyłka
Są też fantazje niezależności ekonomicznej, które szczególnie chętnie sprzedawane są przez demagogów politycznych i ekonomicznych: jeżeli dobrze zainwestujesz w kryptowaluty albo inny ryzykowny instrument finansowy, za jakiś czas będziesz niezależny, nie będziesz musiał pracować i będziesz żył z dochodu pasywnego. To wszystko są dobra adresowane do klasy średniej i wynikające z jej niepewnej, zależnej, podporządkowanej pozycji.
Nieco upraszczając, powiedzieć można, że wszystkie frakcje klasy średniej łączy doświadczenie podporządkowania, nieustannej ewaluacji i zależności, zwłaszcza od dwóch instytucji: szkoły i banku. Dzięki szkole, przede wszystkim studiom, klasa średnia doświadcza awansu, a bank umożliwia sfinansowanie związanych z nim aspiracji. Obie instytucje dominują nad klasą średnią i wymuszają pewną uległość, bo tylko w ten sposób można doświadczyć wymarzonego „pójścia w górę”.
Wzrost nierówny i lęk przed upadkiem
Czyli charakterystyczne dla klasy średniej są niepewność i kompleksy?
Trochę tak. Ale mówiąc o kompleksach, psychologizujemy, a chciałbym tego uniknąć. To, co odczytujemy jako cechę indywidualną, w rzeczywistości ma źródło społeczne i wynika z obiektywnie mniej lub bardziej niepewnej sytuacji.
Tyle że ludzie przeżywają to ściśle indywidualnie. Mówili nam o tym w wywiadach podczas badań i widać to również w badaniach ilościowych: doświadczenie niepewności i lęku przejawia się między innymi bezsennością. Nie jest to atrybut wyłącznie klasy średniej — jeszcze częściej narzekają na to ludzie z klasy ludowej, poddani większej presji. Częściej jednak ludzie, a szczególnie kobiety z klasy średniej, wspominali w naszych badaniach o nastrojach depresyjnych i niemożności pokonania trudności życiowych. Klasa ludowa, zwłaszcza męska, broni się przed wyrażaniem takich emocji.
Większa lub mniejsza niepewność w klasie średniej jest więc powszechna. Zdobyłem już jakąś pozycję, ale zawsze gdzieś w świadomości, a może nieświadomości, majaczy lęk przed deklasacją. Wynika on po części z ogromnego rozwarstwienia. Trzeba zaznaczyć, że Polska jest krajem charakteryzującym się jednymi z najwyższych nierówności w Europie, czyli dużą różnicą między najbogatszymi a najuboższymi. W konsekwencji klasa wyższa, która narzuca wzorce życiowe, „odjechała” tym, którzy sytuują się niżej.
Przedstawiciele klasy średniej, nawet bez zmiany własnego dochodu, obiektywnie wobec nich tracą. Kiedyś można było pójść na pizzę. Teraz to już nie wystarczy — trzeba iść na ramen albo na concept food. Jasne, mogę powiedzieć: „Nie muszę chodzić na ramen”. No tak, ale pójdą twoi znajomi. Jeżeli nie pójdziesz, wykluczasz się z kręgów towarzyskich.
Jak klasa średnia bawi się na korpowigiliach. „Nie wiedzieliśmy o limicie alkoholu na ten wieczór”
Deprywacja względna jest tu równie istotna jak bezwzględna, ale rzadko się ją zauważa. Ktoś może powiedzieć: „Przecież żyję całkiem dobrze, zarabiam tyle samo, a nawet więcej niż w przeszłości”. Jednak ludzie, z którymi się porównuję — a porównujemy się nieustannie — jeżdżą lepszymi samochodami, byli w Tajlandii, a nie tylko w Grecji. Odczuwam to jako degradację. Zaczynam pytać: Czy jestem niewystarczający? Czy zapewnię swojej rodzinie odpowiedni byt? To są lęki i troski klasy średniej wynikające właśnie z pozycji „pomiędzy”.
Czy to znak czasu? Polska w ostatnich dekadach szybko się rozwijała. Na ile te napięcia są skutkiem tempa i nierównego podziału korzyści ze wzrostu?
Rozwój jest niewątpliwy i wszyscy skorzystali z jego owoców, ale w bardzo nierówny sposób. Klasa wyższa zyskała znacznie więcej niż ci, którzy sytuują się na dole albo pośrodku. Wyjątkowe dla Polski jest to, że nastąpiło to bardzo szybko, w ciągu jednego pokolenia. W zachodnich krajach kapitalistycznych proces ten trwa już kilkaset lat, więc struktury są trwalsze.
W Polsce bardzo szybko wytworzyły się oczekiwania i aspiracje, które nie zawsze mogą zostać spełnione. Wtedy pojawia się oferta polityków skierowana właśnie do wyborców.
„Tusk mnie rozczarował, teraz głosuję na Brauna”
Jak wewnętrzne podziały klasy średniej przekładają się na postawy polityczne?
Frakcja kulturowa klasy średniej, najczęściej związana z sektorem publicznym, na przykład nauczycielki, bibliotekarki i pracowniczki średniego szczebla administracji publicznej, to część klasy średniej, którą przejęło PiS. Wbrew temu, co się mówi, nie jest to wyłącznie partia klasy ludowej. Oczywiście w przeważającej mierze tak, ale znalazła wyborców również wśród niższej, biurowej części klasy średniej, szczególnie w mniejszych miejscowościach.
Po drugiej stronie dzieją się ciekawe rzeczy. Jak można przypuszczać, swoich wyborców znajduje tam głównie Platforma Obywatelska, ale także Konfederacja — szczególnie wśród osób niewierzących. To ciekawe, bo Konfederacja przedstawia się jako partia katolicka, a jej wyborcy niekoniecznie tacy są. Nawet jeśli identyfikują się jako katolicy, to często jedynie deklaratywnie i w większości nie są zaangażowani religijnie.
A ludzie zajmujący pozycje schyłkowe albo zagrożeni utratą statusu? Czy to oni zwracają się ku Grzegorzowi Braunowi?
To bardzo ciekawa grupa. Są w niej ludzie, którzy znajdują reprezentantów w takich ugrupowaniach jak partia Brauna. Pojawiła się nieoczekiwanie, zdobywając w sondażach prawie dziesięć procent poparcia. Podczas naszych wywiadów niektórzy rozmówcy wręcz mówili: „Tusk mnie rozczarował, teraz zaś głosuję na Brauna”. To dość zaskakujące. Mamy dane pokazujące, że wyborcy Brauna są pod każdym względem średni: są w średnim wieku, mają średnie wykształcenie i nieco ponadprzeciętne dochody, z których jednak pozostają niezadowoleni.

Art Service / PAP
Grzegorz Braun
Zestawiając te dane z odtworzonymi historiami życia naszych respondentów, powiedzieć mogę, że Braun skupia ludzi, którzy bądź obawiają się względnej deklasacji, bądź ją już doświadczają. Odnajdują się w postaci Brauna, bo on sam wyraża ich los. Grzegorz Braun pochodzi z tradycyjnej polskiej inteligencji. Jego ojciec był dyrektorem teatru, a później wyemigrował do Stanów Zjednoczonych.
Braun ma więc za sobą ten bagaż, a wraz z nim określone oczekiwania. Chciał robić filmy. Nie dostał się do szkoły filmowej, choć dostała się jego ówczesna dziewczyna. Później ukończył szkołę podyplomową i zaczął robić filmy, ale nie możemy powiedzieć, że odniósł sukces. Doświadczył wręcz względnej porażki.
Nieznana twarz Grzegorza Brauna. Ujawniamy skrywane fakty
W swych wypowiedziach wyraża resentyment i uraz wobec elit kulturowych, do których nie udało mu się dołączyć. W tym antyelitarnym języku połączonym z teoriami spiskowymi odnajdują się ludzie, którzy również doświadczyli porażki, względnej deklasacji albo są nią zagrożeni.
Z kolei w Donaldzie Tusku odnajdują się „idący w górę” lub też mający taką nadzieję. Sam Tusk to przykład niebywałego awansu: ktoś, kto wywodzi się z rodziny robotniczej, trafia na najwyższe pozycje polityczne w Europie. Jest to rzadko spotykany sukces. Odnajdują się w nim więc szczególnie ludzie aspirujący. Grzegorz Braun wyraża natomiast resentyment i uraz, w czym odnajdują się ci, którzy doświadczają deklasacji albo są nią zagrożeni. Z oczywistych względów takich ludzi jest sporo w klasie średniej, a po części także w klasie ludowej.

Albert Zawada / PAP
Donald Tusk
AI, migracja i nowe paliwo dla skrajności
Skoro zakładamy, że osoby doświadczające deklasacji bardziej pójdą na prawo, głosując na Brauna albo inne partie prawicowe, a aspirujący wyborcy zwrócą się bardziej ku KO czy lewicy, to jak pan przewiduje przyszłość w 2027 r., roku wyborczym?
To zależy od ruchów w strukturze społecznej. Widzimy dziś, że duża część klasy średniej, a nawet wyższej klasy średniej, która wydawała się stabilna — myślę o ludziach zatrudnionych w globalnych korporacjach — już bezpośrednio odczuwa zagrożenie zwolnieniem, między innymi z powodu AI. Czy jest to realny powód, czy tylko pretekst, trudno powiedzieć. Tak czy inaczej, w najbliższym czasie setki ludzi mogą stracić miejsca pracy, które wcześniej niosły obietnicę stabilnego i względnie dobrego wynagrodzenia.
Przez trzy lata wysłał 2 tys. CV, był na setkach rozmów. Teraz mówi wprost: HR jest niepotrzebny
Pytanie brzmi: na kogo zagłosują, jeżeli doświadczą deklasacji? Paradoksalnie mogą stać się elektoratem partii skrajnie prawicowych. Obserwujemy to w krajach zachodnich. Partie skrajne, takie jak AfD w Niemczech czy Marine Le Pen we Francji — nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych — łowią w grupach zagrożonych deklasacją albo takich, które już jej doświadczyły. Jest całkiem możliwe, że skrajne partie również zdobędą władzę w Polsce, choć trudno jeszcze powiedzieć, w jakim kierunku to pójdzie.
A do kogo mógłby trafić komunikat ewentualnej nowej partii Mateusza Morawieckiego?
Jego komunikat jest ewidentnie skierowany do aspirujących, do części „wznoszącej się” albo do tych, którzy mają nadzieję na awans. Takich ludzi jest całkiem sporo. Przynajmniej na razie w tym komunikacie jest stosunkowo mało resentymentu i niechęci wobec obcych — a w to celują partie zwracające się do zdeklasowanych albo zagrożonych deklasacją.

Paweł Supernak / PAP
Mateusz Morawiecki
Zmiana stosunku Polaków do Ukraińców również ma klasowy wymiar?
Zdecydowanie. Kiedy wybuchła wojna, Ukraińcy byli ofiarami, nad którymi można było się pochylić i którym należało pomóc. Oczywiście robiono to w pełni szczerze, ale wówczas znajdowali się oni niżej w hierarchii. Z czasem próbują osiedlić się w Polsce i stają się ludźmi jak wszyscy inni, pracującymi i starającymi się ustabilizować swoją pozycję.
W tej sytuacji klasa ludowa obawia się konkurencji w najniżej sytuowanych sektorach rynku pracy — może nie tyle utraty pracy, ile obniżenia stawek. Klasa średnia obawia się natomiast o własny status. Okazuje się, że Ukraińcy również jeżdżą czasem dobrymi samochodami i wyjeżdżają na wakacje za granicę. Do tych statusowych lęków swój przekaz kierują partie skrajne, mówiąc, że Ukraińcy są naszymi konkurentami i że należy się ich obawiać.
Gniew i niewidzialne zasoby
Czyli podziały klasowe są kluczem także do zrozumienia frustracji i agresji?
Tak. Jeżeli żyję w sytuacji napięcia — jestem ciągle kontrolowany, a moje oczekiwania pozostają niespełnione — rośnie we mnie gniew. Ten gniew jest indywidualną emocją, ale ma źródła społeczne. Jeżeli obiecywano mi, że dzięki wytężonej pracy osiągnę bezpieczną pozycję i szanowany status, a tak się nie stało, to zadaję sobie pytanie: kim jestem? Nie mogę zapewnić bytu ani przyszłości swoim dzieciom. Rośnie frustracja i gniew — nie dlatego, że zawsze gdzieś we mnie były, ale dlatego, że narodziły się z napięć strukturalnych. Cele, do których należy dążyć, ciągle się przesuwają, a szklany sufit okazuje się nie do przebicia.
Poza dochodem istnieją też mniej widoczne zasoby, które zwiększają bezpieczeństwo. Jaką rolę odgrywają znajomości i kontrola nad czasem?
W brytyjskich badaniach klas społecznych badacze pytają: „czy masz w kręgu przyjaciół arystokratę, prawnika albo lekarza?” W Polsce, o ile wiem, nie zadaje się takich pytań. Pyta się natomiast, czy masz wśród znajomych i przyjaciół kogoś, kto pomoże ci w trudnej sytuacji materialnej.
Na podstawie wywiadów, które przeprowadzaliśmy, zestawionych z danymi ilościowymi, możemy sądzić, że im wyżej ktoś jest w hierarchii społecznej, tym częściej ma w telefonie numer znajomego lekarza. To kluczowy zasób. Nawet jeżeli sam nie znam lekarza, znam kogoś, kto go zna.
Klasa średnia żyje w iluzji bezpieczeństwa zdrowotnego, jeżeli ma podstawowy pakiet medyczny w popularnej sieci. Jednak prawdziwym zasobem, który daje przewagę, tutaj wręcz w kwestii życia lub śmierci, jest telefon do lekarza, który zna innego lekarza i dzięki któremu można przeskoczyć kolejkę — nie czekać. Czas jest więc ważnym wymiarem władzy, ściśle związanym z kapitałem społecznym, czyli cennymi znajomościami, którymi dysponuje właśnie klasa wyższa. To ją odróżnia od klasy średniej.
Przyszłość: kurczenie się klasy średniej
Jak widzi pan przyszłość polskiej klasy średniej w perspektywie dziesięciu czy piętnastu lat? Czy nadal będzie się powiększać, czy częściej będziemy doświadczać deklasacji?
Będzie się rozgrywać — jak to w życiu społecznym — walka. Kanałem, który w ostatnich trzech dekadach zapewnił awans dużej części ludzi z klasy ludowej, była edukacja wyższa. Wraz z jej upowszechnieniem „pieniądz” w postaci kapitału edukacyjnego zaczął tracić wartość. Teraz mamy do czynienia z klasyczną inflacją dyplomów.

Gorgev / Shutterstock
studenci, uczelnia
Ludzie podejmują w tej sytuacji dwie strategie. Z jednej strony coraz bardziej zażarta staje się walka o dyplomy najrzadsze i najcenniejsze. Widzimy to dziś podczas rekrutacji na studia medyczne i zapewne będzie się to utrzymywać. Z drugiej strony pojawia się rezygnacja z tej gry.
Część aspirujących z klasy ludowej lub dolnej części klasy średniej — zwłaszcza mężczyzn — widzi, że zdewaluowany dyplom nie zapewni im już oczekiwanego awansu. Myślą: „Może od razu pójdę do pracy”. Pytanie brzmi: co stanie się z tymi, którzy rezygnują z gry? Jeżeli nie pójdę na studia i będę pracować na przykład w Żabce, zostanę w klasie ludowej. Może się nawet zdarzyć, że znaczny segment tej niedoszłej klasy średniej przesunie się ostatecznie do klasy ludowej, ale będzie z tego powodu przeżywać frustrację.
Podkreśla pan, że z edukacji częściej rezygnują mężczyźni. Jakie konsekwencje społeczne i polityczne może to mieć?
To może mieć ogromne konsekwencje. Będą to niezadowoleni mężczyźni, którzy nie znajdą partnerek, bo dziewczyny idące na studia i zdobywające wyższą pozycję nie zwiążą się z tymi chłopakami. Wśród tych mężczyzn będzie rosła frustracja, także seksualna, która zostanie politycznie zagospodarowana — i już to widzimy. Nie twierdzę, że wszyscy, którzy zatrzymali się w awansie albo doświadczyli deklasacji, są incelami nienawidzącymi kobiet. Jest to jednak pewien potencjał, który cyniczni politycy partii skrajnych mogą wykorzystać.
Już dziś mówią: „Nie musisz iść na studia, zaryzykuj, zainwestuj w krypto”. To fantazja, która się nie spełni i jeszcze pogłębi frustrację. Kolejny komunikat będzie brzmiał: „Jakieś złe siły zabrały ci szansa na satysfakcjonujące życie — na przykład Ukraińcy”.
Jaki scenariusz wydaje się panu najbardziej prawdopodobny?
Jest całkiem możliwe, że klasa średnia będzie się po prostu zmniejszać i jeszcze mocniej podzieli się na część wyższą i niższą.
We wtorek rano zapraszamy na stronę główną Onetu — będą Państwo mogli zobaczyć przygotowaną przez Business Insider specjalną mapę, na której można sprawdzić, jakie zarobki na rękę pozwalają zaliczać się do klasy średniej singlowi, a jakie sześcioosobowej rodzinie. I to w każdej gminie naszego kraju.