Pięć meczów, pięć punktów, siedem strzelonych i osiem straconych bramek. Na pierwszy rzut oka bilans Śląska Wrocław po powrocie do Ekstraklasy nie wygląda ani szczególnie źle, ani szczególnie dobrze. Problem w tym, że same liczby nie pokazują wszystkich czerwonych flag. Wrocławianie mają w tej drużynie kilka naprawdę ciekawych elementów, potrafią fragmentami grać dobrą piłkę i już udowodnili, że nie pękają w trudnych momentach. Jednocześnie po pięciu kolejkach trudno pozbyć się wrażenia, że obecna kadra jest po prostu zbyt krótka jakościowo, a największy problem znajduje się tam, gdzie przed sezonem miał być fundament… w defensywie.
W tym artykule przeczytasz:
Co po pięciu kolejkach jest największą siłą Śląska Wrocław.Dlaczego defensywa pozostaje największym problemem zespołu.Jakich wzmocnień potrzebuje Śląsk, by spokojnie rywalizować w Ekstraklasie.
Śląsk rozpoczął sezon od porażki 1:2 w Zabrzu, choć prowadził od siódmej minuty po bramce Przemysława Banaszaka i wcale nie wyglądał na zespół gorszy. Co więcej, według danych FotMob wrocławianie wygenerowali w tym spotkaniu 1,29 xG przy zaledwie 0,70 Górnika. Problem pojawił się po przerwie. Najpierw samobójcze trafienie Jehora Macenki, później gol Yvana Ikia Dimiego i dobrze rozpoczęty mecz zakończył się bez punktów.
Tydzień później wydarzyło się coś dokładnie odwrotnego. Raków prowadził we Wrocławiu do 86. minuty, a mimo to przegrał 1:2 po trafieniach Luki Marjanaca i Piotra Samca-Talara. Było w tym dużo charakteru i trochę boiskowego szaleństwa. Dane pokazują zresztą, że to częstochowianie stworzyli sytuacje o znacznie większej łącznej wartości. 3,25 xG przy 1,63 Śląska. Wrocławianie zatem oddali Górnikowi mecz, w którym statystycznie zasługiwali na więcej, a kilka dni później zabrali Rakowowi spotkanie, w którym wynik był lepszy od jakości stworzonych okazji.
Po niezłym starcie zaczęło robić się pod górkę
Remis 0:0 z Cracovią pozostawił już przede wszystkim niedosyt. Krakowianie byli do ogrania, a Śląsk zamiast wykorzystać mecz u siebie, był bardzo niechlujny w rozegraniu i momentami niepewny bez piłki. Cracovia stworzyła więcej zagrożenia, a Karol Niemczycki kilka razy musiał ratować gospodarzy, między innymi w sytuacji sam na sam z Martinem Minchevem.
Jeszcze bardziej bolesny był wyjazd do Lubina. Zagłębie przez znaczną część pierwszej połowy mocno naciskało, ale Śląsk przetrwał i po bardzo dobrej współpracy Dembélé z Samcem-Talarem wyszedł na prowadzenie. Po przerwie wrocławianie stracili jednak dwa gole i ponownie przegrali 1:2. Tym razem o wyniku zdecydowały detale, a raczej błędy, których na tym poziomie popełniać po prostu nie wolno. Przy zwycięskiej bramce Levente Szabó z dziecinną wręcz łatwością uwolnił się spod opieki Macenki.
Piąty mecz był natomiast najbardziej niepokojący ze wszystkich. Widzew od siódmej minuty grał w dziesięciu, a mimo to do przerwy prowadził na Tarczyński Arena 2:0. Co więcej, nie było w tym przypadku. Łodzianie byli lepiej zorganizowani, szybciej operowali piłką i bez większego problemu przedostawali się pod bramkę Śląska. Dopiero po przerwie Wrocławianie zaczęli wykorzystywać przewagę jednego zawodnika i ostatecznie uratowali remis 3:3.
Myślę, że ten właśnie mecz najlepiej podsumowuje obecny Śląsk. Jest charakter, są przebłyski jakości, jest piłkarz zdolny własnymi umiejętnościami odwrócić spotkanie. Z drugiej strony jest zdecydowanie za dużo chaosu i zbyt wielu zawodników, którzy na razie nie gwarantują poziomu potrzebnego do spokojnego funkcjonowania w Ekstraklasie.
Piotr Samiec-Talar, czyli najlepszy argument Śląska
Gdyby po tych pięciu kolejkach trzeba było wskazać jeden największy pozytyw, nie ma tutaj właściwie żadnej dyskusji. Piotr Samiec-Talar rozpoczął sezon znakomicie. Dwa gole i trzy asysty oznaczają, że miał bezpośredni udział przy pięciu z siedmiu ligowych bramek Śląska. W Zabrzu stworzył gola Banaszakowi, przeciwko Rakowowi sam zapewnił trzy punkty, w Lubinie zdobył bramkę po kontrze, a z Widzewem zaliczył dwie asysty. Same liczby nie pokazują jednak wszystkiego.
Samiec-Talar jest praktycznie cały czas pod grą. Potrafi zejść niżej po piłkę, odwrócić się z przeciwnikiem na plecach, wejść w drybling, przyspieszyć akcję i pojawić się w polu karnym. Potrafi też wymyślić podanie, na które nikt inny w danej chwili by nie wpadł. W drużynie, w której momentami dramatycznie brakuje kreatywności, to właśnie on najczęściej bierze odpowiedzialność za wymyślenie czegoś z niczego. Nie jest przypadkiem, że prowadzi również w Śląsku pod względem stworzonych okazji. Już po wcześniejszych kolejkach miał ich osiem, wyraźnie więcej od większości kolegów.
Mecz z Widzewem tylko podkreślił skalę jego znaczenia. Nawet gdy przez długie fragmenty niemal cała ofensywa gospodarzy wyglądała bezradnie, Samiec-Talar próbował. Po przerwie zaczął dostarczać kolegom podania, po których wystarczyło już właściwie dokończyć akcję. Mógł skończyć nawet z trzema asystami, gdyby gol Marjanaca nie został anulowany z powodu mocno wątpliwego spalonego.
To oczywiście świetna wiadomość dla Śląska. Jednocześnie również ostrzeżenie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dzisiaj Wrocławianie są od Samca-Talara uzależnieni zdecydowanie za mocno.
Warto również podkreślić, że od kilku miesięcy trwają rozmowy na temat przedłużenia wygasającej w czerwcu 2027 roku umowy zawodnika ze Śląskiem Wrocław.
Fot. Śląsk Wrocław
Defensywa miała dawać spokój. Na razie daje przede wszystkim nerwy
Największy problem Śląska znajduje się jednak po drugiej stronie boiska. Osiem straconych goli w pięciu spotkaniach. To nie wygląda jeszcze jak jakaś ogromna katastrofa. Gorzej bronią ekipy Wisły Kraków, Piasta Gliwice, Wieczystej czy Radomiaka. Problem pojawia się, kiedy zobaczymy, w jaki sposób te bramki padają.
Aż sześć z ośmiu goli Śląsk stracił po przerwie. W Zabrzu prowadzenie zamieniło się w porażkę. W Lubinie było dokładnie tak samo. Z Rakowem nieporozumienie w defensywie pozwoliło Emrelemu otworzyć wynik. W meczu z Widzewem drużyna grająca przez ponad 80 minut w osłabieniu była w stanie strzelić Wrocławianom trzy gole. Można dyskutować o ustawieniu z trójką środkowych obrońców, przechodzącym bez piłki w piątkę. To nie system jest jednak problemem, ale sposób jego wykonywania. Za często pojawiają się spóźnienia, zagubieni zawodnicy i brak właściwej reakcji po zmianie strony gry. Zbyt łatwo rywale wbiegają pomiędzy wahadłowego i skrajnego stopera. Za często ktoś gubi krycie przy dośrodkowaniu albo nie kontroluje zawodnika wbiegającego za plecy.
W Lubinie wystarczył prosty ruch Szabó, aby Macenko stracił go kompletnie z pola widzenia. Z Widzewem Mariusz Malec wyglądał momentami tak, jakby każda choć trochę dynamiczna akcja rywala odbywała się o pół sekundy za szybko. Marc Llinares spóźniał się zarówno z przodu, jak i przy powrotach. Tutaj liczba obrońców na boisku zaczyna być trochę złudna. Śląsk może ustawić pięciu zawodników w ostatniej linii, ale pięciu przeciętnie zsynchronizowanych defensorów nie daje automatycznie dobrej defensywy.
Problem lewego wahadła jest już bardzo wyraźny
W systemie Ante Simundzy wahadła są jednym z jego najważniejszych elementów. To one mają dawać szerokość, zmuszać przeciwnika do rozsuwania defensywy, zapewniać opcję przy wyprowadzaniu piłki i jednocześnie szybko wracać do piątki po jej stracie. Llinares ma momenty, w których dobrze prowadzi piłkę i potrafi wejść wyżej – statystycznie znajduje się nawet w czołówce Śląska pod względem udanych dryblingów – ale na razie zdecydowanie brakuje mu regularności. To z kolei sprawia, że sytuacja na lewym wahadle staje się coraz bardziej problematyczna.
Przeciwko Widzewowi jego problemy były wręcz podręcznikowo widoczne. Kiedy trzeba było dać drużynie szerokość przeciwko rywalowi grającemu w dziesięciu, wkład ofensywny był niewystarczający. Kiedy Łodzianie wychodzili do kontry, Llinares regularnie znajdował się krok za akcją. Jeżeli Śląsk chce konsekwentnie grać tym ustawieniem, nie może sobie pozwolić na pozycję, na której brakuje odpowiedniej dynamiki i jakości w obu kierunkach.
Lewy wahadłowy powinien być jednym z absolutnych priorytetów końcówki okna transferowego.
Uraz Mokrzyckiego zmienił środek pola
Do problemów kadrowych doszedł jeszcze cios, którego nikt nie mógł przewidzieć. Michał Mokrzycki zerwał więzadło krzyżowe w kolanie i czeka go długa przerwa. To bardzo poważna strata, bo Śląsk traci zawodnika, który miał dawać środkowi pola agresję, odpowiedzialność w rozegraniu i możliwość grania pod presją. Miał też przede wszystkim wspierać Piotra Samca – Talara w konstruowaniu akcji ofensywnych.
Przed derbami Ante Simundza sam przyznawał, że klub rozpoczął rozmowy o potrzebie uzupełnienia tej pozycji. Po spotkaniu z Widzewem pojawiło się jednak przynajmniej trochę optymizmu. Eniss Shabani wszedł po przerwie i był jednym z ludzi, którzy kompletnie zmienili temperaturę tego meczu. Nie tylko strzelił gola na 3:3. Był aktywny, szukał progresywnych podań, potrafił dostarczyć piłkę między liniami i wyglądał na zawodnika, który chce wziąć na siebie odpowiedzialność. Ma na razie zaledwie 82 ligowe minuty, więc ogłaszanie go już teraz pełnoprawnym następcą Mokrzyckiego byłoby zdecydowanie przedwczesne. Myślę jednak, że pierwszy poważniejszy sygnał wysłał pozytywny.
Dobrze rozpoczął sezon Jorge Yriarte. Szczególnie w Zabrzu rozegrał chyba najlepsze spotkanie od momentu przyjścia do Śląska. Wciąż jednak oczekiwałbym od niego większej regularności. W obecnym ustawieniu środek musi dużo biegać, asekurować wahadła, przyspieszać rozegranie i jednocześnie zabezpieczać zespół po stracie. To wyjątkowo wymagająca rola, a po wypadnięciu Mokrzyckiego margines błędu stał się jeszcze mniejszy.
Nieźle też na początku sezonu prezentował się Grzegorz Tomasiewicz. Spełniał się w roli faceta od czarnej roboty, którą mało kto dostrzega, a która jest szalenie istotna. Wczoraj jednak zabrakło koncentracji. Jego najlepszą akcją była rozmowa w przerwie udzielona stacji Canal+ podczas której w brutalnie szczery sposób wziął na siebie odpowiedzialność za jedną ze straconych bramek.
Fot. Śląsk Wrocław
Niemczycki daje coś więcej niż interwencje
Jednym z cichszych pozytywów początku sezonu jest Karol Niemczycki. Nie chodzi wyłącznie o obronione strzały. Już przeciwko Cracovii kilka jego interwencji pozwoliło Śląskowi zachować czyste konto. Równie istotne jest jednak to, co daje przy rozpoczynaniu akcji. W porównaniu z Michałem Szromnikiem widać większą swobodę przy wprowadzaniu piłki i większą gotowość do grania krócej pod pressingiem. Przy zespole, który chce rozpoczynać akcje od własnej bramki i wyciągać przeciwnika wyżej, ma to duże znaczenie.
Oczywiście Niemczycki nie rozwiąże problemów ludzi stojących przed nim co z kolei powoduje, że te krótkie wprowadzenia piłki czasem mocno podnoszą ciśnienie kibicom Śląska. Jednak po pięciu kolejkach trudno wskazywać pozycję bramkarza jako miejsce wymagające interwencji.
Takich miejsc jest gdzie indziej wystarczająco dużo.
Charakter jest. Nie można jednak całego sezonu grać na adrenalinie
Raków i Widzew pokazały coś, czego Śląskowi odbierać absolutnie nie można. Ta drużyna potrafi reagować. Z Rakowem odwróciła 0:1 w ostatnich minutach. Przeciwko Widzewowi podniosła się z 0:2, później z 1:3 i doprowadziła do remisu. To ważna cecha dla beniaminka, bo w Ekstraklasie wielokrotnie będą pojawiały się momenty, w których trzeba będzie przetrwać kryzys i wyszarpać punkt mimo nieudanego meczu. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy heroiczny pościg zaczyna być sposobem funkcjonowania.
Nie da się przez cały sezon ratować spotkań w 87. czy 89. minucie. Nie można też co tydzień liczyć na to, że Samiec-Talar wymyśli jeszcze jedno genialne podanie. Oczekiwanie, że przeciwnicy będą regularnie marnować okazje po błędach wrocławskiej defensywy też jest mocno ryzykowne i naiwne.
Śląsk potrzebuje więcej kontroli.
Liczby mówią, że pięć punktów to mniej więcej to, na co Śląsk zasłużył
Ciekawe jest zestawienie oczekiwanych goli z pierwszych pięciu spotkań. Według danych FotMob Śląsk stworzył łącznie sytuacje warte około 6,84 xG, a dopuścił przeciwników do około 7,98 xG. Rzeczywisty bilans wynosi 7:8. To niemal idealna zgodność. Oczywiście pięć spotkań to bardzo mała próba, a pojedyncze mecze potrafią mocno zaburzać taki obraz. Raków wygenerował przeciwko Śląskowi aż 3,25 xG, podczas gdy Górnik – mimo zwycięstwa – tylko 0,70. W szerszym ujęciu trudno jednak mówić, że Śląsk ma po pięciu kolejkach pecha albo że tabela brutalnie go krzywdzi. Jedno zwycięstwo, dwa remisy i dwie porażki są mniej więcej zgodne z tym, jak ta drużyna dotychczas grała.
To powinno być największym sygnałem ostrzegawczym.
Fot. Śląsk Wrocław
Co trzeba zrobić? Transfery są potrzebne, ale nie załatwią wszystkiego
Pierwszy wniosek jest oczywisty. Śląsk musi jeszcze wejść na rynek transferowy. Najpilniejszym ruchem powinno być wzmocnienie lewego wahadła. Przy tym systemie potrzebny jest tam zawodnik szybki, dynamiczny i zdolny nie tylko do dośrodkowania, ale także do wygrywania pojedynków jeden na jednego.
Drugi priorytet to środkowy obrońca. Najlepiej mobilny, dobrze czujący przestrzeń za plecami i potrafiący bronić agresywnie kilka metrów przed własnym polem karnym. Śląsk nie potrzebuje kolejnego stopera, którego największą zaletą jest stanie we własnej szesnastce. Potrzebuje zawodnika pozwalającego całej linii grać wyżej i odważniej.
Trzecim tematem pozostaje środek pola po kontuzji Mokrzyckiego. Shabani przeciwko Widzewowi dał bardzo ciekawy argument, żeby dostać większą rolę. Jedno dobre wejście nie powinno jednak sprawić, że klub przestanie rozglądać się za zabezpieczeniem tej pozycji. Mimo wszystko same transfery jednak nie wystarczą.
Sztab musi uporządkować zachowanie zespołu po stracie. Musi poprawić komunikację w trójce stoperów i zasady przekazywania zawodników pomiędzy środkowym obrońcą a wahadłowym. Śląsk musi też nauczyć się grać cierpliwiej przeciwko nisko ustawionemu przeciwnikowi. Mecz z Widzewem boleśnie pokazał, że samo posiadanie przewagi liczebnej nie oznacza jeszcze umiejętności jej wykorzystania.
Koniecznie trzeba też znaleźć sposób, by większą część ciężaru ofensywnego zdjąć z barków Samca-Talara. Dembélé ma jakość i już pokazał ją w kilku akcjach. Banaszak potrafi być skuteczny w polu karnym. Shabani może zwiększyć kreatywność drugiej linii. Marjanac ma dobre momenty, choć nadal za często przegrywa z własnym pierwszym kontaktem z piłką. Potencjał z przodu jest. Trzeba tylko sprawić, by przestał być zbiorem indywidualnych przebłysków, a zaczął funkcjonować jako system.
Na razie bez paniki. Ale czerwona lampka już się świeci
Pięć kolejek to zdecydowanie za mało, żeby wydawać ostateczne wyroki. Śląsk nie wygląda jak drużyna całkowicie bezradna. Potrafił być równorzędnym rywalem dla mocnych przeciwników, pokonał Raków, ma jednego z najlepszych piłkarzy początku sezonu w osobie Samca-Talara, solidnego bramkarza i kilku zawodników, po których można oczekiwać dalszego rozwoju. Nie wygląda jednak również jak zespół, któremu wystarczy już tylko czas.
Mecz z Widzewem powinien być dla władz klubu gigantyczną czerwoną flagą. Jeżeli rywal gra przez ponad 80 minut w dziesięciu, a mimo to strzela trzy gole. Do tego przez większą część spotkania wygląda lepiej piłkarsko, to mamy tu problem, którego nie można zamknąć stwierdzeniem o słabszym dniu. Śląsk Wrocław rozpaczliwie potrzebuje więcej jakości. Szczególnie w defensywie. Pięć punktów po pięciu kolejkach nie jest jeszcze powodem do alarmu. Sposób, w jaki Śląsk te pięć punktów zdobył albo powód, przez który nie zdobył ich więcej jest już mocno niepokojący.
Piotr Samiec-Talar może przez jakiś czas dźwigać tę drużynę na swoich plecach. Dobrze byłoby jednak nie sprawdzać, ile jego plecy są w stanie wytrzymać.