Pierwsze półtorej godziny otwierające tegoroczny festiwal Top of the Top w Sopocie zafundowały tak wiele wzruszeń, jak ostatnio żaden z telewizyjnych koncertów. Przyczyną był Stanisław Soyka. Jego ciepły, matowy, emocjonalny głos towarzyszył wielu sopockim (i nie tylko) festiwalom.Na chwilę przed wejściem na scenę podczas zeszłorocznej edycji artysta niespodziewanie zmarł. Jego charyzma i duch zatrzymany w tych ponadczasowych piosenkach unosiły się nad Operą Leśną od pierwszych chwil.Przeczytaj relację z pierwszego dnia Top of The Top Sopot Festival 2026 minuta po minucie.Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo”Staszek, Staszek”. Tak Sopot pożegnał swojego mistrza
Nie było zbędnego patosu, ale były pogoda ducha i humor, z których wokalista przecież słynął. Od samego początku wydarzenia prowadzonego przez Dorotę Wellman i Marcina Prokopa artystom towarzyszyła Grott Orkiestra, z którą występował przez ostatnie lata. Na scenie wspominali go przyjaciele i rodzina. To był wieczór zatrzymania się, wspomnień i anegdot, przerywany wypowiedziami artystów, ale też samego Soyki.
Najbardziej znienawidzony gwiazdor lat 80. Dziś świat go przeprasza
— Nie musisz być świetny, żeby odnieść sukces. Spójrz na Phila Collinsa — mówił Noel Gallagher. Pod koniec lat 80. mało brakowało, by Collins zaczął wyskakiwać z lodówki. Zrzucając ciężką, przykurzoną prog-rockową skórę noszoną w Genesis, włożył szaty króla melodyjnego syntezatorowego popu. Był dosłownie wszędzie. Jego triumfy i nieznikające z playlist radia hity stały się dla wielu udręką. Niektórzy wręcz go nienawidzili. Dziś świat oddaje Collinsowi to, co odebrał mu lata temu.
„Soyka Absolutnie” zaczął się od „Ty druha we mnie masz” z niezapomnianego „Toy Story”. To ważna informacja dla młodszego pokolenia, które być może nie jest tego świadome — to właśnie głos Soyki słychać we wstępie do kultowej produkcji. Tym razem w beztroskiej wersji Czesława Mozila i Kasi Sienkiewicz. Łagodnej, z estymą wobec oryginału, przyjacielsko wprowadzającej do koncertu. Piosenki, która jest z nami od ponad trzech dekad — od najmłodszych lat i pozostanie w nas na zawsze — jak uczucie do animacji Pixara i muzyki Soyki.
— Staszku, ty druhów w nas masz… — rzucił ze sceny Mozil.
Brakuje nam ciebie, druhu
— dodała Wellman od siebie.

PAP/Andrzej Jackowski
Czesław Mozil i Kasia Sienkiewicz podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.
Hołd oddała mu też Kayah funkowo-jazzową wersją „Fa Na Na Na” i wspomniała ubiegłoroczny festiwal w Sopocie, gdy rozmawiała z nim za kulisami. Wzruszyła się, wspominając, że prawdopodobnie była to „jedna z jego ostatnich rozmów”. Obecność w tej części Macieja Stuhra, który wielokrotnie parodiował Soykę w kabarecie (co sam artysta przyjmował z dystansem i humorem), przypominała tę radość życia, którą nosił w sobie Soyka. Aktor zaśpiewał z Kubą Badachem optymistyczną wersję „Absolutnie nic” i przy okazji przypomniał, jak wielkie znaczenie w jego życiu miała postać artysty.
Stanisław Soyka od zawsze był jego prawdziwym idolem.
Były lata 90., ja byłem nastolatkiem i miałem jednego wielkiego mistrza i idola. Był nim Staszek Soyka. Wystawałem w kolejkach po autografy, miałem dyskografię, zbierałem nagrania […]
— wspominał.

PAP/Andrzej Jackowski
Maciej Stuhr i Kuba Badach podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.
Stuhr ze swojej miłości do twórczości Soyki nauczył się grać większość jego piosenek i je śpiewać. W ten sposób, z uwielbienia, a nie złośliwości, powstał słynny skecz, gdzie wciela się w Soykę na scenie. — Stachu, wiem, że słuch miałeś świetny, więc słyszysz tych, którzy tu przyszli, bo cię kochają — powiedział, a publika zareagowała owacjami.
Później na scenie zjawili się jeszcze Ralph Kaminski z podopiecznymi fundacji Anny Dymnej „Mimo wszystko”, sceną zawładnęła dziecięca radość, a także pojawił się Zbigniew Zamachowski, który opowiadał o wielkiej życzliwości Soyki wobec innych ludzi. Zaśpiewał „Tak, jak w kinie”.
PAP/Andrzej Jackowski
Ralph Kaminski podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.
Utwory artystów, których kochał Soyka, wyśpiewali artyści o podobnej wrażliwości jak on.
„Uciekaj moje serce”, czyli nieśmiertelna piosenka duetu Osiecka/Krajewski w wykonaniu Steczkowskiej w klimacie bosanovy, była pokazem, dlaczego artystka, mimo kilku nietrafionych projektów ostatnich miesięcy, jak ten ze Skolimem, wciąż jest wokalnym szczytem polskiej sceny. Po niej wystąpił niesamowity, zdecydowanie zbyt rzadko obecny na wielkich deskach Janusz Radek z „Czas nas uczy pogody”.Popis wokalny dała też Aga Zaryan we „Fly Me to the Moon” Franka Sinatry, ale całą uwagę w tej części skradła Natalia Szroeder, gdy swym anielskim głosem wyśpiewała polską wersję „Into My Arms” Nicka Cave’a, którą wspólnie wykonywał z nim sam Soyka w latach 90.
PAP/Andrzej Jackowski
Justyna Steczkowska podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Natalia Szroeder podczas festiwalu w Sopocie w 2026 r.
Podczas ostatniej próby w zeszłym roku Soyka śpiewał z Natalią Grosiak „Cud niepamięci”. Nie zdołał go już wyśpiewać podczas koncertu — niedługo przed wejściem na scenę zmarł. Teraz przy fortepianie pozostawiono miejsce dla niego, a na scenę wyszła wokalistka i symbolicznie dokończyła to, czego ostatnio nie udało się zrobić.
Gdy w eterze pojawił się głos Soyki i utwór „Tolerancja”, wzruszona publika wstała i śpiewała refren tak, jakby artysta skrył się gdzieś na scenie. Miejsce za fortepianem zajął w końcu Maciej Stuhr, który niespodziewanie wywołał ogromną falę wzruszenia. Tego wieczoru pokazał się z rzadko eksplorowanej strony — nie jako aktor, lecz muzyk. Akompaniował sobie przy piosence „Tears in Heaven” i chyba publiczność w Sopocie była równie co widzowie przed telewizorami zaskoczona jego naprawdę przejmującym wykonaniem. To był hołd Stuhra — nie aktora, a zwykłego, ale niezwykle oddanego fana twórczości Soyki.
Sopot godnie upamiętnił Soykę. Maciej Stuhr skradł ten wieczór
Finałowa część była skupiona na najbliższej rodzinie artysty — na scenie w towarzystwie zaproszonych artystów pojawili się wnuczka artysty Nina Sojka, syn Kuba, a także bracia Leszek i Ryszard, którzy wykonali utwory „Zależy mi” oraz „Kiedy byłem małym chłopcem”. Tę ostatnią wyśpiewał głównie syn Stanisława — z podobną manierą, barwą głosu i dynamiką. To było coś naprawdę wyjątkowego i nietrudno było zgodzić się z Dorotą Wellman, że czuć było obecność artysty.
Żeby zakończyć koncert optymistyczną nutą, „Są na tym świecie rzeczy” z Niną Sojką zaśpiewała Kasia Sienkiewicz. Jazzowy feeling kilkunastoletniej wnuczki artysty już teraz daje do myślenia, że pewnie nieraz usłyszymy o niej na polskiej scenie i to już nie w kontekście jej wybitnego dziadka. Gdy kamery oddalały się, ukazując Operę Leśną z lotu ptaka, publiczność na pożegnanie krzyczała jeszcze: „Staszek, Staszek”. Pamięta, kocha, będzie pamiętać i wciąż będzie kochać, bo takich artystów jak Stanisław Soyka nie da się zapomnieć.
Chwała, że Stanisław Soyka został upamiętniony pełnoprawnym koncertem. Bez lokowania produktów, bez półśrodków. Choć często tak wiele mówi się o tym, że warto się zatrzymać i celebrować chwile, w przypadku telewizyjnych koncertów bolączką tego rodzaju hołdów jest czas, a raczej jego brak. Jubileusze czy koncerty poświęcone konkretnym artystom trwają zwykle kilkanaście/kilkadziesiąt minut.
Tym razem postać Soyki i jego twórczość naprawdę znalazły się w centrum i otrzymały odpowiednią oprawę oraz całkiem długi moment, który pozwolił jeszcze raz zagłębić się w jego autentyczność i niezapomniane kompozycje. Niepospiesznie, godnie, po prostu pięknie.

PAP/Andrzej Jackowski
Od lewej: Leszek Sojka, Nina Sojka, Natalia Grosiak, Janusz Radek podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Od lewej: Czesław Mozil, Kuba Sojka, Kasia Sienkiewicz, Ryszard Sojka podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.
Drugą część koncertu, prowadzoną przez Izabellę Krzan i Jana Pirowskiego, zdominowało to, co najlepsze w polskim popie w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Choć w kontekście wielu wykonywanych premier, zaskoczyła obecność Piotra Kupichy i przebojów grupy Feel sprzed dobrych parunastu lat, a także aktorów polskiej wersji musicalu „Wicked”.
Artystom towarzyszyła orkiestra pod dyrekcją Patryka Sikory i Szymona Sutora. Na otwarcie zagrała Kaśka Sochacka z zespołem — lekkie, gitarowe i refleksyjne brzmienie „Szumu” i „Madison” to dowód na to, że to artyści kolejnego muzycznego pokolenia, którzy potrafią poruszyć. To było płynne, łagodne wprowadzenie do tego tytułowego popowego uderzenia.
Nastrój mocno się zmienił, gdy na scenę wtargnął król radiowych hitów — Oskar Cyms. Opera Leśna rozbujała się w rytmie „Cały czas” i „Zabierz mnie”, a kolejnym sprawdzonym sposobem na zabawę była „Supermenka” w wykonaniu Kayah, a potem jeszcze „Po co”. Hołd uwielbianej w Polsce Bonnie Tyler, obecnej na sopockiej scenie przed siedmioma laty i zmarłej niedawno, oddała za to Natasza Urbańska, śpiewając „Holding out for a Hero”.

PAP/Andrzej Jackowski
Kaśka Sochacka podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Oskar Cyms podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Kayah podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Natasza Urbańska podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.
Bez wątpienia najmocniej błyszczącymi gwiazdami tej części koncertu było dwoje artystów — Dawid Kwiatkowski oraz Zalia. Wokalista jeszcze przed wejściem na scenę wywołał głośną falę entuzjazmu, a sama świadomość jego rychłego występu rodziła niecierpliwość i euforię w Operze Leśnej.
Zaśpiewał „Pali się niebo”, a potem wraz z Margaret po raz pierwszy na żywo w duecie wybrzmiało „Później ci opowiem”. Pod koniec na scenę niczym meteor wpadła Zalia. Przejęła ją, dzieląc się swoją nieposkromioną, rockową energią. Tegoroczna artystka roku z Fryderyków wykonała „znowu sam” z przełomowego albumu „Serce” oraz premierowe „Tylko kochaj mnie”. Zanim pierwszy dzień festiwalu zakończył się występem frontmana Feel, wiązankę „Miłego lata”, „Byle jak” i „Primybaleriny” wykonała Margaret.Drugiego dnia festiwalu, we wtorek, czeka nas m.in. walka o Bursztynowego Słowika, a po 18 latach wybiorą go nie tylko widzowie, ale też profesjonalne jury. Szykują się spore emocje!
PAP/Andrzej Jackowski
Dawid Kwiatkowski podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Zalia podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.

PAP/Andrzej Jackowski
Piotr Kupicha podczas festiwalu w Sopocie, 2026 r.