Kiedy rodzice młodszych milenialsów mieli tyle lat, co oni dziś, łatwiej było stwierdzić, czy komuś „układa się w życiu”. Obowiązywał bowiem niepisany, a jednak powszechny, scenariusz dorosłości. Przewidywał kolejno: zakończenie edukacji, pierwszą stałą pracę, wyprowadzkę z domu i założenie rodziny. Obecnie coraz mniej osób żyje według tego czy innego wspólnego wzorca. Podobne doświadczenia najczęściej kończą się na szkole średniej. Dalej zaczynają się wyzwania. I możliwości, jakich 20 czy 30 lat temu nie było.

— Gdy nasze ścieżki się rozchodzą, znika wspólna miara sukcesu. Każdy sam musi wtedy zdefiniować kryteria oceny własnego życia, a to jest znacznie trudniejsze niż podążanie za gotowym schematem — tłumaczy w rozmowie z Onetem dr hab. Magdalena Szpunar z Uniwersytetu Śląskiego. — Żyjemy w „społeczeństwie ryzyka”, w którym każdy sam pisze własną biografię. Daje to większą wolność, ale też zmusza do nieustannego podejmowania i rewidowania decyzji, co z kolei sprzyja chronicznemu niepokojowi.

Dzisiejszy trzydziestolatek wybiera nie tylko zawód czy partnera, lecz także miasto, kraj, model związku, sposób pracy czy styl życia. Każdy wybór wiąże się jednak z rezygnacją z innych możliwości.

Gdzie ten dobrostan?Ramy społeczne mogą niektórym przypominać ograniczenia, ale jak zauważa prof. Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, jednocześnie „zapewniają stabilność i poczucie sensu”. — To zwykle sprzyja poczuciu zadowolenia z życia — mówi mi. — Dziś u trzydziestolatków coraz rzadziej pojawiają się dzieci, a dwa kluczowe etapy budowania dorosłego życia, czyli usamodzielnienie mieszkaniowe i wejście w związek, przestały następować po sobie. Można być w trwałej relacji i nadal mieszkać z rodzicami, można też mieć własne mieszkanie, ale nie tworzyć stałego związku.

PRZECZYTAJ WIĘCEJ O ROZTERKACH MILENIALSÓW

Miałyśmy żyć jak Carrie Bradshaw. Jesteśmy przepracowane i spłacamy kredyty

Amerykańskie seriale sprzedały nam scenariusz na życie pełne sukcesów (zdj. ilustracyjne)

Polskie badania nie pokazują jeszcze tego zjawiska tak jednoznacznie, jednak międzynarodowe analizy coraz częściej wskazują, że młodzi dorośli przestają być grupą o najwyższym poziomie dobrostanu. Do niedawna uznawano, że krzywa szczęścia przypomina literę U: najwyższy dobrostan przypada na młodość, spada w wieku średnim, a następnie ponownie rośnie. Tymczasem dane z ostatnich lat sugerują, że w wielu krajach zachodnich ten wzorzec nie jest już aktualny.

World Happiness Report 2024 wskazuje, że w Ameryce Północnej i części Europy Zachodniej to właśnie młodzi ludzie deklarują dziś niższe zadowolenie z życia niż osoby starsze. Podobne wnioski płyną z analizy psycholożki Jean Twenge i ekonomisty Davida Blanchflowera, którzy na podstawie jedenastu dużych badań i zbiorów danych z USA, Wielkiej Brytanii, Kanady oraz innych krajów anglojęzycznych opisują narastający kryzys dobrostanu młodych dorosłych.

Zainteresowało mnie to nie tylko zawodowo. Sam jestem po trzydziestce i coraz częściej słyszę rozmowy rówieśników nie tyle o braku pracy, pieniędzy czy perspektyw, ile o poczuciu niedosytu i tego czegoś, co trudno dookreślić.

Dlaczego szanse, jakich nie mieli nasi rodzice, nie mówiąc o dziadkach, nie dały nam szczęścia i spełnienia? Gdzie ich szukać? Rozmawiam o tym z socjologami, psychologiem i oczywiście z młodymi Polakami.

W poszukiwaniu „pracy idealnej”

31-letnia Paulina wprost mówi mi, że tymczasowość zaczyna ją męczyć. Zanim ukończyła studia z zarządzania w kulturze, przez cztery lata mieszkała w Austrii. W dzień sprzątała pensjonaty, wieczorami pracowała jako kelnerka. — To była lekcja życia i samodyscypliny. Mogłam też opanować niemiecki na poziomie biegłym, choć dziś używam go sporadycznie — opowiada.

Do Polski wróciła, bo nie chciała spędzić całego życia na dorywczych zajęciach za granicą. Marzyła o pracy przy projektach kulturalnych i współpracy z artystami. Zderzyła się jednak z realiami rynku.

— W kulturze nie ma pieniędzy. A ja, mimo szczerych chęci, cały czas jestem singielką, więc muszę zarabiać więcej, jeśli chcę, żeby po opłaceniu wynajmu mieszkania coś mi jeszcze zostało na koncie — tłumaczy mi przez telefon w przerwie między jedną a drugą pracą. W tym roku, po serii internetowych kursów, udało jej się przebranżowić na księgową, ale zapowiada, że to nie koniec poszukiwań „pracy idealnej”.

Teoretycznie nie ma nic złego w tym, że młodzi ludzie chcą się realizować zawodowo i poszerzać kompetencje. Dr Magdalena Szpunar ostrzega jednak, że kultura ciągłego doskonalenia, w jakiej żyjemy, może być zwodnicza.

— Taka postawa wyrasta z neoliberalnej etyki, w której człowiek postrzegany jest przede wszystkim jako projekt wymagający nieustannej optymalizacji. Jej motywująca funkcja zanika w momencie, gdy rozwój przestaje być odpowiedzią na autentyczną potrzebę, a staje się imperatywem zewnętrznym, wobec którego jednostka czuje się stale niewystarczająca — wyjaśnia badaczka.

Paulina kilkakrotnie powtarza, że nie zarabia jeszcze tyle, ile by chciała. Nie wyobraża też sobie, żeby miała spędzić resztę życia w wynajmowanej „klitce” na Targówku. Z zazdrością patrzy na rówieśników, którym „już się udało”.

Nasza codzienność a cudza autoprezentacja

Kiedy rozmawiam z dr. Konradem Majem z Uniwersytetu SWPS o porównaniach wśród milenialsów, od razu zwraca uwagę na kluczową zmianę, jaka zaszła w ostatnich latach. Jeszcze do niedawna grupą odniesienia byli dla nas przede wszystkim ludzie z najbliższego otoczenia, za to dziś jest nią właściwie cały internet.

— Polak mieszkający w 30-metrowym mieszkaniu w Warszawie może rano zobaczyć kolegę budującego dom pod miastem, chwilę później znajomą podróżującą po Azji, a potem rówieśnika informującego o kolejnym awansie — podaje przykłady psycholog. — Porównujemy więc pełną wersję własnego życia, z jego nudą, niepewnością i kosztami, z najlepszymi fragmentami życia wielu różnych osób. To dobry przepis na poczucie, że choć obiektywnie radzimy sobie nieźle, inni żyją lepiej i pełniej.

Ale czy trawa rzeczywiście jest bardziej zielona u sąsiada? To zależy, jak ją fotografuje.

Dr Maj przypomina o badaniu CBOS z 2025 r., z którego wynika, że blisko co piąta osoba między 18 a 44 rokiem życia przynajmniej czasami publikuje treści niezgodne ze swoim aktualnym samopoczuciem, na przykład uśmiechnięte zdjęcie mimo złego nastroju. — To dobrze pokazuje problem. Porównujemy swoją codzienność z cudzą autoprezentacją — podkreśla.

Nie wszystko, co widzimy w social mediach, jest prawdziwe (zdj. ilustracyjne)

MAYA LAB / Shutterstock

Nie wszystko, co widzimy w social mediach, jest prawdziwe (zdj. ilustracyjne)

Mówię Mariuszowi (30 l.) o Paulinie, a on nie ocenia jej ani nie przykleja łatki osoby „niezdecydowanej” czy „pogubionej”.

— Super, że nie wkopała się jeszcze w kredyt i ma odwagę szukać nowych pomysłów na siebie. Dla mnie już chyba za późno na większe zmiany w pracy — mówi.

Czego wciąż mi brak?

Mariusz od niedawna prowadzi jednoosobową działalność gospodarczą jako social media manager. Sam spłaca kredyt na dwupokojowe mieszkanie w Warszawie. Zanim urządził się na swoim, siedem razy zmieniał adres. Tłumaczy, że będąc studentem, rodzice opłacali mu stancję tylko w trakcie roku akademickiego. Na wakacje wracał więc do rodzinnego domu. Dopiero po znalezieniu pierwszej pracy w zawodzie na pół etatu został w stolicy na stałe. Nie był to jednak koniec jego przeprowadzek. — Wiesz, jak to jest przy rozstaniach — uśmiecha się lekko speszony.

Obecnie jest singlem, ale zapewnia, że nie czuje się samotny. Wraca do sportowych pasji i testuje nowe aktywności.

— Chodziłem już na zajęcia ze sztangami, tabatę, a nawet jogę. Teraz staram się wrócić do regularnego pływania. Chcę wyrobić nawyk, póki jeszcze jest ciepło. Jesienią i zimą pewnie będzie mi się chciało mniej — mówi.

Kiedy pytam, jak mieszka się na swoim, Mariusz przez chwilę szuka odpowiedzi. — Zawsze lepiej spłacać swój kredyt niż cudzy, ale jeszcze nie czuję się tam jak u siebie. Czegoś brakuje. Tylko nie wiem czego — przyznaje. Mieszkanie kupił ponad dwa lata temu.

— Jesteśmy dziś raczej na etapie odczuwania bólu niż rozumienia jego przyczyn. Wielu ludzi ma poczucie, że coś jest nie tak, choć obiektywnie ich sytuacja życiowa jest dobra. Coraz częściej okazuje się, że tak naprawdę poszukują sensu — komentuje profesor Tomasz Szlendak.

Dlaczego coraz częściej młodzi dorośli są niezadowoleni z życia? (zdj. ilustracyjne)

New Africa / Shutterstock

Dlaczego coraz częściej młodzi dorośli są niezadowoleni z życia? (zdj. ilustracyjne)

Oprócz nadmiaru nowych możliwości do wyboru oraz iluzji mediów społecznościowych istotną rolę w spadku zadowolenia z życia wśród młodych może odgrywać również postępująca sekularyzacja.

— W pokoleniu milenialsów religia jest mniej ważna niż w przypadku poprzednich generacji. Niezależnie od osobistych przekonań warto jednak zauważyć, że badania od lat pokazują wyraźną korelację między religijnością a dobrostanem. Osoby, które organizują swoje życie wokół praktyk religijnych i wspólnoty wyznaniowej, przeciętnie deklarują wyższy poziom zadowolenia z życia. Ludzie najlepiej funkcjonują wtedy, gdy ich codzienność jest osadzona w przewidywalnym rytmie, a religie wraz z cyklicznymi świętami, taki oferują — wyjaśnia socjolog.

Kryzys na jaki nas stać

Historie Pauliny i Mariusza nie są wyjątkami. Większość młodych ludzi zmaga się dziś nie z niedostatkiem, a z nadmiarem możliwości i trudnością podjęcia ostatecznej decyzji. Do tego dochodzi lęk, że wybiorą źle.

— Mamy do czynienia z sytuacją pozornie paradoksalną. Polska osiągnęła bardzo wysoki poziom jakości życia, a jako społeczeństwo jesteśmy najzamożniejsi w swojej historii. Mimo to właśnie wśród trzydziestolatków i osób jeszcze młodszych obserwujemy najniższy poziom dobrostanu. Wystarczy spojrzeć na pokolenie Z, w którym notuje się bardzo wysoką liczbę prób samobójczych. Ten paradoks da się jednak wyjaśnić — mówi prof. Tomasz Szlendak.

Jak tłumaczy, wraz ze wzrostem zamożności słabnie znaczenie ostentacyjnej konsumpcji. Dobra i gadżety, które kiedyś były wyznacznikiem statusu, stają się dziś powszechne, dlatego coraz więcej osób przestaje pytać o to, co posiada, a zaczyna szukać odpowiedzi na inne pytania.

— Ludzie łatwiej i szybciej podejmują życiowe decyzje, gdy zmagają się z niedostatkiem albo kryzysem ekonomicznym. Dopiero kiedy podstawowe potrzeby są zabezpieczone, pojawia się przestrzeń na rozmyślania o celu i kierunku życia. Mówiąc brutalnie, możemy sobie pozwolić na taki kryzys, kiedy warunki materialne dają możliwość tego typu rozważań. Zwyczajnie nas na to stać. Kryzys sensu jest dziś pewnym wskaźnikiem dobrobytu — tłumaczy socjolog.

Brzmi to dość słodko-gorzko. Jak nieunikniona cena bycia częścią bogacącego się społeczeństwa. Czy mimo wszystko jesteśmy w stanie uniknąć (lub przynajmniej oswoić) poczucie niepewności i przeciążenia wyborami? Jak odnaleźć się w świecie nadmiaru możliwości? Pytam o to dr. Konrada Maja.

— Pomaga świadome określenie własnych kryteriów sukcesu: co naprawdę jest dla mnie ważne, a co tylko dobrze wygląda u innych. Dojrzałość polega również na zaakceptowaniu, że nie da się jednocześnie maksymalizować kariery, relacji, wolności, podróży i bezpieczeństwa. Satysfakcja wymaga nie perfekcyjnego wyboru, ale zaangażowania się w ten, którego dokonaliśmy — podsumowuje psycholog.