Podczas lipcowego szczytu NATO w Ankarze Trump powtórzył, że Grenlandia „powinna znajdować się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, a nie Danii”. Deklaracje prezydenta USA wywołują popłoch na Islandii.

— Trump wypowiadał się dość otwarcie, nie tylko w zeszłym roku, ale wielokrotnie. To coś, o czym myślą ludzie na ulicach — mówi były burmistrz Reykjaviku, Dagur Eggertsson, czołowa postać proeuropejskiej kampanii.

W przypadku Islandii, jak podkreślił, oznacza to zacieśnienie więzi z Europą. — Sprawa ta jest teraz pilniejsza niż kiedykolwiek wcześniej — podkreśla. Wynik referendum wisi na włosku. Dla Europy oznacza to ogromną szansę.

Zwolennicy UE mają pod ręką wygodnego „straszaka”, dzięki któremu mogą przekonać islandzkich wyborców przed decydującym referendum w sobotę: Donalda Trumpa. Prezydent USA nie jest jedynym zagrożeniem dla bezpieczeństwa na Północnym Atlantyku.

W sytuacji, gdy zarówno Rosja, jak i Chiny dążą do zabezpieczenia zasobów arktycznych, kwestie dotyczące globalnych sojuszy stają się coraz ważniejsze dla 270 tys. islandzkich wyborców udających się do urn.

— Ta kwestia nie jest rozstrzygnięta — mówi Eggertsson o ambicjach USA dotyczących kontroli nad Grenlandią, której wybrzeże znajduje się niecałe 300 km od Islandii.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoW obliczu regionalnych napięć Eggertsson, który przewodniczy również islandzkiej delegacji do Zgromadzenia Parlamentarnego NATO, powtórzył słowa kanadyjskiego premiera Marka Carneya, podkreślając stawkę: „Małe i średnie mocarstwa muszą trzymać się razem”.Kwestia suwerennościKluczowym tematem wiszącym nad islandzkim referendum jest suwerenność. Jest to jednak kwestia o dwojakim znaczeniu, a sondaże wskazują, że wynik referendum wisi na włosku. Sondaż Gallupa przeprowadzony w połowie sierpnia dał obozowi zwolenników UE minimalną przewagę, z poparciem na poziomie 51,5 proc.Kolejne państwo może dołączyć do UE. Bogaty kraj podejmuje kluczowe decyzje. „Wynik będzie wyrównany”Reykjavik, stolica Islandii

Podczas gdy zwolennicy opcji „tak”, tacy jak Eggertsson, podkreślają regionalne konsekwencje zagrożeń dla suwerenności Grenlandii, obóz „nie” argumentuje, że UE mogłaby naruszyć suwerenność Islandii, szczególnie w kluczowych z politycznego punktu widzenia obszarach, takich jak rybołówstwo i rolnictwo.

To właśnie kwoty połowowe były głównym czynnikiem, który zniweczył poprzednią próbę przystąpienia Islandii do UE; proces ten został ostatecznie wstrzymany w 2015 r.

Eirikur Bergmann, profesor politologii na Uniwersytecie Bifrost, wyjaśnia, że suwerenność narodowa jest głównym tematem ożywiającym debatę polityczną w Islandii od czasu uzyskania niepodległości od Danii w 1944 r.

— Istnieją dwa obozy, z których oba czerpią z tego samego dziedzictwa — mówi Bergmann.

— Jedni twierdzą, że Islandia musi przystąpić do Unii Europejskiej, aby wzmocnić swoją suwerenność i chronić dziedzictwo walki o niepodległość. Drugi obóz, równie głośny, ostrzega przed członkostwem w UE dokładnie z tych samych powodów, argumentując, że zagraża ono suwerenności Islandii — twierdzi.

Te nastroje dotyczące niepodległości narodowej i tożsamości mają długą tradycję. Islandzki parlament, Althing, jest jednym z najstarszych zgromadzeń wyborczych na świecie. Jego historia sięga ponad tysiąca lat.

Ze strategicznego punktu widzenia wyspa jest członkiem NATO i ma dwustronne porozumienie obronne ze Stanami Zjednoczonymi, którego początki sięgają 1951 r

Jednocześnie Islandia jest członkiem Europejskiego Obszaru Gospodarczego i szacuje się, że dzięki temu stosuje już ok. trzech czwartych przepisów UE. Należy również do strefy Schengen, co umożliwia podróżowanie bez paszportu do większości krajów UE.

Kluczową kwestią w kontekście referendum jest zatem to, czy warto wyjść poza dotychczasowe relacje w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG).

Tumi Arnason, 35-letni muzyk mieszkający w stolicy, mówi, że zamierza głosować za rozpoczęciem negocjacji w sprawie członkostwa w UE.

— Chciałbym zobaczyć, jaką umowę uda nam się wynegocjować — uważa Arnason, wskazując gospodarkę jako swoją główną troskę.

Martwi go jednak sytuacja międzynarodowa: — Myślę, że w obecnym klimacie politycznym opowiedzenie się po stronie UE byłoby lepszym rozwiązaniem. Z jednej strony mamy Stany Zjednoczone, a z drugiej Rosję. To dość niepewna sytuacja.

Hannah Sigurdardottir, 68-letnia pracowniczka islandzkiej agencji do spraw leków, również wyraża obawy co do wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako sojusznika.

— Nie możemy liczyć na Stany Zjednoczone tak, jak to robiliśmy przez długi czas. Myślę, że powinniśmy [nawiązać] lepsze stosunki z naszymi przyjaciółmi i sojusznikami w Europie. Łączy nas podobna historia i kultura — uważa.

„Naprzód, Islandio”

Nie wszyscy zgadzają się z potrzebą zbliżania się do Brukseli.

Gudlaugur Þor Þordarson, poseł z konserwatywnej i popierającej opcję „nie” Partii Niepodległości, uważał, że członkostwo w EOG jest wystarczające, a jakiekolwiek zbliżanie się do UE byłoby błędem.

Nosząc na klapie swojej szarej marynarki przypinkę z napisem „Afram Island” („Naprzód, Islandio”) — hasło kampanii na „nie” — Þordarson potępia komentarze prezydenta USA na temat Grenlandii.

— Uważam oczywiście, że to, co Trump mówi o Grenlandii, jest oburzające — mówi Þordarson, który pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych Islandii podczas pierwszej kadencji Trumpa.

Zastrzega jednak, że administracje amerykańskie przychodzą i odchodzą.

— Jeśli chodzi o obronność i bezpieczeństwo, kluczowe znaczenie mają dwustronna umowa obronna ze Stanami Zjednoczonymi, a także członkostwo w NATO — uważa.

Były burmistrz Reykjaviku, Eggertsson, reprezentujący prounijną kampanię, podkreślił, że obawy dotyczące bezpieczeństwa w Arktyce nie dotyczą wyłącznie Trumpa.

— Arktyka była tradycyjnie postrzegana jako obszar o niskim napięciu w kontekście obronności. Sytuacja ta ulega zmianie ze względu na zmiany klimatyczne i topnienie czap lodowych, a także możliwość otwarcia nowych szlaków żeglugowych — mówi.

Chociaż ta nowa świadomość, że Islandia może być bardziej narażona, niż wcześniej sądzono, przebiła się do świadomości społecznej, to w debacie nadal dominują bardziej prozaiczne obawy.

Poza obszarem Reykjaviku, gdzie mieszka ok. dwóch trzecich ludności kraju, wyborcy częściej zaznaczają na kartach do głosowania opcję „nie”, jeśli chodzi o integrację z UE.

Selfoss to miasto liczące 10 tys. mieszkańców, położone ok. godziny jazdy samochodem na południowy wschód od Reykjaviku. Rolnicy uprawiający czarną glebę wulkaniczną wzdłuż drogi prowadzącej do miasta ozdabiają swoje bele siana hasłem kampanii przeciwko UE — „Afram Island”.

Ari Hrafn Eliasson, 18-letni budowniczy z Selfoss, mówi, że zagłosuje przeciwko rozmowom akcesyjnym.

— Zamierzam zagłosować na „nie”, ponieważ rolnicy chcą zagłosować na „nie”. Moim zdaniem to właśnie rolnicy i rybacy stanowią kręgosłup tego kraju. Zamierzam ich posłuchać — mówi.

Inna mieszkanka Selfoss, 19-letnia pracownica restauracji typu fast food, Dagmar Isabella, popiera rozmowy z UE, ale podkreśla, że polityka zagraniczna nie jest jej głównym zmartwieniem.

Twierdzi, że martwi ją koszt życia, zwłaszcza czynsze i raty kredytów hipotecznych. Uważa, że przystąpienie do strefy euro mogłoby pomóc w opanowaniu galopującej inflacji. W lipcu inflacja w Islandii wynosiła 5,6 proc. w skali roku, czyli prawie dwukrotnie więcej niż w strefie euro.

O euro mówi: — To znacznie stabilniejsza waluta niż korona islandzka.