Złe wieści dla przemysłu w Niemczech nie ustają. Każdego miesiąca znika 12 tys. miejsc pracy, a tylko w ubiegłym roku zamknęło działalność około 11 tys. przedsiębiorstw. Eksport do Chin stale maleje, podczas gdy import gwałtownie rośnie.
Obecnie w polityce i gospodarce panuje przekonanie, że tego upadku nie da się wyjaśnić wyłącznie złymi warunkami panującymi w kraju, ale wynika on także z drugiego „szoku chińskiego”, przed którym ekonomiści ostrzegają od miesięcy.
Podczas pierwszego „szoku chińskiego” sprzed 20 lat w USA zlikwidowano miliony miejsc pracy w przemyśle, ponieważ producenci tekstyliów, mebli czy zabawek nie byli już w stanie konkurować z tanimi chińskimi producentami. W tamtym czasie Niemcy dostarczały do Chin maszyny do produkcji tych wyrobów, czerpiąc w ten sposób korzyści z ożywienia gospodarczego tego kraju.
Teraz jednak Niemcom grozi ten sam los, co wówczas Stanom Zjednoczonym, ponieważ Chińczycy atakują kluczowe niemieckie branże, takie jak motoryzacja i budowa maszyn. Celem rządu w Pekinie jest przejęcie globalnego przywództwa w branżach strategicznych.
— Porównywalne produkty z Chin w branży budowy maszyn są w Europie średnio o 43 proc. tańsze od europejskich. Nie da się tego wyjaśnić wyłącznie niższymi kosztami pracy lub lokalizacji — mówi w rozmowie z „Die Welt” Oliver Richtberg, kierownik działu handlu zagranicznego w Stowarzyszeniu Przemysłu Maszynowego VDMA. — Obecnie doświadczamy deindustrializacji z powodu nieuczciwych praktyk — a większość przedsiębiorstw nie chce tego dłużej akceptować — dodaje.
Czy Niemcy zaczynają teraz przeciwstawiać się Chinom? Pierwsze oznaki wskazują na historyczną zmianę kursu. Fakt, że kanclerz Friedrich Merz zgodził się podczas czerwcowego szczytu UE na wspólne zlecenie Komisji opracowania nowych unijnych instrumentów ochrony handlowej, można uznać za krok w tym kierunku. Jednocześnie kancelaria kanclerza zachowuje ostrożność.
— Z jednej strony należy kontynuować konstruktywny, pewny siebie dialog z partnerami handlowymi, z drugiej zaś Komisja powinna dalej udoskonalać zestaw narzędzi polityki handlowej i przemysłowej — podkreśla rzecznik rządu federalnego w rozmowie z „Die Welt”. Rzecznik minister gospodarki Katheriny Reiche wypowiada się w podobnym tonie i mówi o „wyważonej równowadze”. Z jednej strony „działania na rzecz otwartych rynków”, z drugiej — „ochrona miejsc pracy w UE” — podkreśla.
„Sytuacja nigdy nie była tak trudna”. Po tym ciosie Chin Niemcy mogą się nie podnieść. „Historyczne spadki zysków”
Przez wiele lat niemiecka polityka była hamowana przez przemysł, zwłaszcza przez producentów samochodów i maszyn, dla których Chiny stanowiły niezwykle lukratywny rynek. Jednak w tej kluczowej kwestii sytuacja obecnie ulega zmianie. Szef Volkswagena Oliver Blume zasugerował niedawno rozszerzenie istniejących ceł UE na chińskie samochody elektryczne również na inne klasy pojazdów.
Obecnie koncerny motoryzacyjne w ramach swojego stowarzyszenia lobbingowego VDA dyskutują, czy powinny złagodzić swój dotychczasowy stanowczy sprzeciw dotyczący ceł ochronnych wobec Chin. Stowarzyszenie przemysłu maszynowego VDMA już kilka miesięcy temu zaostrzyło ton w kwestii chińskiej. Teraz z cienia wychodzi również BDI, potężna organizacja zrzeszająca niemiecki przemysł.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— W stowarzyszeniach branżowych zrzeszonych w BDI toczą się obecnie intensywne dyskusje na temat zaostrzenia polityki handlowej wobec Chin — wyjaśnia Friedolin Strack, współkierownik działu ds. międzynarodowych w BDI. — Obecnie omawiamy różne podejścia dotyczące dalszego rozwoju unijnych instrumentów ochrony handlu — dodaje.
Tłem tej sytuacji jest również to, że zmienił się stosunek kosztów do korzyści, a wady wolnego handlu z Chinami przeważają obecnie nad korzyściami. Jeszcze do niedawna polityka wobec Chin była kształtowana przez dotychczasowe interesy wielkich koncernów, takich jak BASF, Siemens i Volkswagen, w tym kraju. W ostatnich latach dostosowały się one do agresywnej polityki gospodarczej Chin, znacznie rozbudowując swoje tamtejsze zakłady.
Strategia „W Chinach dla Chin” oznacza, że przedsiębiorstwa praktycznie nie dostarczają już nic z rynku krajowego do Chińskiej Republiki Ludowej. Obecnie koncerny idą jeszcze o krok dalej: ich motto brzmi „W Chinach dla świata”. Niedrogie samochody lub produkty przemysłowe niemieckich firm są coraz częściej eksportowane z Chin na inne rynki — a nie już z Niemiec. Może to być korzystne dla akcjonariuszy, ale niekorzystne dla pracowników i dostawców w kraju.
„Wpadniemy w błędne koło”
Jeśli dojdzie do wprowadzenia bardziej rygorystycznych środków, takich jak cła, mających na celu zrównoważenie sztucznej przewagi kosztowej Chin, grozi to odwetem ze strony Pekinu. W zeszłym roku Chiny wstrzymały eksport magnesów trwałych w odpowiedzi na celne wybryki prezydenta USA Donalda Trumpa. Magnesy te są niezbędne w silnikach elektrycznych, a Chiny mają niemal monopol na ich dostawy. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku metali ziem rzadkich.
Jeśli jednak nie podejmie się żadnych działań, grozi to jeszcze większym wzrostem tej zależności. — Jeśli z obawy przed zależnością od metali ziem rzadkich nie będziemy podejmować żadnych działań przez lata, wpadniemy w błędne koło — ostrzega przedstawiciel VDMA, Oliver Richtberg. Tak samo uważa wielu ekonomistów, którzy już dawno obliczyli, że bierność tylko pogłębia problem.
Ekonomista Brad Setser z Council on Foreign Relations uważa, że renminbi [oficjalna waluta Chińskiej Republiki Ludowej] jest niedowartościowany o 30 do 35 proc. Symulacja przeprowadzona przez IW Koln pokazuje, że gdyby juan był wyceniony zgodnie z jego rzeczywistą wartością, niemiecki produkt krajowy brutto mógłby w ciągu najbliższych trzech lat wzrosnąć o 43 mln euro (185 mln zł). Według badania przeprowadzonego przez rząd francuski Chiny stanowią zagrożenie dla 55 proc. europejskiej produkcji przemysłowej, a nawet dla 70 proc. produkcji niemieckiej.
W rządzie federalnym politycy zajmujący się sprawami Chin zgadzają się z tą diagnozą — nie jest jednak jasne, jak agresywna powinna być terapia. — W koalicji panuje szeroka zgoda co do tego, że znaczna część naszych obecnych problemów wiąże się z Chinami. Dotyczy to utraty rynków zbytu, miejsc pracy w przemyśle oraz zaostrzonej konkurencji technologicznej — mówi Sebastian Roloff, rzecznik SPD ds. polityki gospodarczej w Bundestagu. Jednocześnie opowiada się za dialogiem. — Musimy domagać się od Chin, aby zaprzestały manipulacji kursem walutowym i ograniczyły nieuczciwe dotacje — przekonuje.
Podobną opinię wyraża Fabian Gramling. Poseł CDU z północnej Badenii-Wirtembergii towarzyszył w maju minister gospodarki podczas jej podróży do Chin. Zna on trudności gospodarcze małych i średnich przedsiębiorstw, które cierpią z powodu presji ze strony Pekinu.
— W ostatnich latach duże przedsiębiorstwa jasno dały do zrozumienia, że potrzebują wolnego handlu i że nie wolno nam politycznie prowokować Chin — mówi Gramling. — Te czasy już minęły. Uważam, że musimy z większą pewnością siebie bronić naszych interesów — twierdzi. Jego zdaniem UE nie powinna jednak zbytnio izolować rynku, bo w przeciwnym razie zabraknie konkurencji, która ma decydujące znaczenie dla innowacji.
Nie wiadomo jeszcze, czy Merz i jego ministrowie omówią temat Chin podczas najbliższego posiedzenia gabinetu. Kanclerz zaprosił jednak eksperta, który prawdopodobnie zdecydowanie sprzeciwi się ograniczeniom handlowym i środkom ochronnym wobec Chin. Pierwszym gościem w porządku obrad jest Roland Busch, szef firmy Siemens.