Kraków ma Tauron Arenę, Łódź Atlas Arenę, Trójmiasto Ergo Arenę, a Gliwice obiekt, w którym można rozgrywać mecze mistrzostw świata. Wrocław? Wrocław ma zabytkową Halę Stulecia i niespełna trzytysięczną Orbitę. Jedno z największych, najbogatszych i najbardziej rozpoznawalnych miast w Polsce od lat nie potrafi zbudować nowoczesnej hali widowiskowo-sportowej. Traci na tym sport, traci koszykarski Śląsk, tracą hotele, restauracje, organizatorzy wydarzeń i wreszcie samo miasto. Najgorsze jest jednak to, że problem nie pojawił się wczoraj. Wrocław wie o nim od co najmniej dekady i od dekady głównie o nim rozmawia.

Zanim zaczniemy narzekać, warto jedną rzecz postawić jasno. Wrocław nie jest miastem pozbawionym hal sportowych. Ma obiekty AWF-u, WKK, KGHM Ślęza Arenę, Kosynierkę, halę przy Racławickiej czy wreszcie Orbitę. Ma też Halę Stulecia, jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Polsce, zabytek wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tyle tylko, że żadna z tych hal nie rozwiązuje problemu, o którym mówimy.

KGHM Ślęza Arena jest świetnym obiektem treningowym, podobnie WKK Sport Center. Kosynierka ma wartość historyczną i sentymentalną, ale nie jest miejscem dla wielkich imprez. Orbita może pomieścić niespełna trzy tysiące widzów. Hala Stulecia, w zależności od konfiguracji, daje około pięciu tysięcy miejsc siedzących i pozostaje znakomitym miejscem na wiele koncertów, wydarzeń czy wybranych meczów. Tylko że została zaprojektowana ponad sto lat temu i właśnie tutaj dochodzimy do sedna.

Hala Stulecia nie jest wrocławską Tauron Areną. Nie jest odpowiednikiem Atlas Areny ani PreZero Areny w Gliwicach. Jest zabytkiem światowej klasy, którego architektury nie można dowolnie przebudowywać, dorzucać kolejnych sektorów, lóż, stref hospitality, zaplecza telewizyjnego czy zmieniać jego konstrukcji w zależności od potrzeb współczesnego rynku eventowego.

To trochę tak, jakby miasto tłumaczyło brak nowoczesnego centrum kongresowego tym, że przecież ma piękny zabytkowy teatr.

Hala Stulecia powinna być dumą Wrocławia. Nie może być natomiast alibi dla braku czegoś, co w innych dużych polskich miastach jest od kilkunastu lat oczywistością.

Hala Orbita.Fot. WCT Spartan.
Gliwice mogą. Wrocław nie

Krakowska Tauron Arena może przyjąć w największych konfiguracjach około 22 tysięcy osób. Atlas Arena w Łodzi po ostatnich zmianach mieści prawie 15 tysięcy. Ergo Arena na granicy Gdańska i Sopotu mieści około 11 tysięcy widzów podczas wydarzeń sportowych. W innych konfiguracjach nawet do 15 tysięcy. PreZero Arena w Gliwicach ma ponad 17 tysięcy miejsc pojemności całkowitej.

Gliwice.

Miasto liczące mniej niż 200 tysięcy mieszkańców posiada halę, w której w 2022 roku rozgrywano mecze siatkarskich mistrzostw świata. Wrocław, będący jednym z największych ośrodków gospodarczych, akademickich i turystycznych w kraju, z wielokrotnie większą bazą potencjalnych odbiorców, takiej możliwości nie ma.

Nie chodzi tutaj nawet o jakieś kompleksy tylko o czysto biznesowe i wizerunkowe spojrzenie.

W 2024 roku Atlas Arenę odwiedziło blisko 800 tysięcy osób podczas około stu wydarzeń. Operator hali w Gliwicach informował z kolei, że w rekordowym 2022 roku Arenę Gliwice odwiedziło blisko 400 tysięcy osób. Samorząd podawał również, że wartość sponsoringowa wygenerowana przez obiekt dla marki Gliwic wyniosła w tym czasie 221 milionów złotych. To nie są pieniądze, które wpłynęły do miejskiej kasy, lecz oszacowana wartość ekspozycji promocyjnej miasta. 

Można oczywiście dyskutować z metodologią takich wyliczeń, bo każdy operator chętnie pokazuje swój obiekt od najlepszej strony. Nie można jednak dyskutować z jednym. Ci ludzie naprawdę przyjeżdżają do miasta.

Śpią w hotelach, jedzą w restauracjach, jadą taksówkami czy korzystają z komunikacji. Kupują w sklepach, a wieczorami chodzą do pubu przed koncertem po czym czasami decydują się zostać dzień dłużej.

Wrocław może pochwalić się milionami turystów i doskonale wie, ile na turystyce zarabia. Jednocześnie dobrowolnie rezygnuje z jednego z najważniejszych współczesnych narzędzi do rozwijania turystyki eventowej.

PreZero_Arena_GliwiceFot. Kapitel.
Mistrzostwa świata? Oglądamy je w telewizji

Dobrym przykładem jest siatkówka. Polska od lat należy do najważniejszych krajów na światowej mapie tej dyscypliny. Organizujemy mistrzostwa Świata, mistrzostwa Europy, Ligę Narodów i wielkie turnieje reprezentacyjne. Katowice, Kraków, Gdańsk, Łódź czy Gliwice regularnie korzystają na tym sportowo i ekonomicznie.

Wrocław pozostaje na uboczu i to nie jest tak, że nikt tutaj nie interesuje się siatkówką. Problem też nie polega na tym, że Wrocław nie ma hoteli, lotniska albo odpowiedniej komunikacji. Nie ma też ryzyka, że kibice tu nie przyjadą. Problem polega na tym, że nie ma po prostu, gdzie ich posadzić.

Podczas mistrzostw świata siatkarzy w 2022 roku Gliwice dysponowały obiektem z ponad 13 tysiącami miejsc siedzących podczas wielkich zawodów. Wrocław nie posiada niczego nawet zbliżonego.

Co dla miasta Wrocław oznaczałby jeden taki turniej?

Przyjmując scenariusz ośmiu dużych meczów, około 13 tysięcy dostępnych miejsc i średnią frekwencję na poziomie 85 procent, otrzymujemy blisko 90 tysięcy wejść na trybuny. Część kibiców będzie oczywiście wrocławianami, część pojawi się na więcej niż jednym spotkaniu, dlatego nie wolno udawać, że jest to 90 tysięcy nowych turystów.

Nawet przy ostrożnych założeniach dotyczących liczby przyjezdnych, noclegów, gastronomii, transportu i wydatków w mieście gospodarczy efekt imprezy tej klasy może wynosić około 20-30 milionów złotych. Skąd taki rząd wielkości? Można posłużyć się rzeczywistymi wynikami innych polskich obiektów. TAURON Arena Kraków podała, że w 2025 roku 925 tysięcy uczestników jej wydarzeń wygenerowało 229 milionów złotych wpływu ekonomicznego na miasto. To średnio około 248 zł na jedno wejście. Przeniesienie nawet podobnego rzędu wielkości na nasze hipotetyczne 88,4 tysiąca wejść podczas turnieju daje około 22 milionów złotych. Nie jest to prognoza dla Wrocławia, lecz benchmark pokazujący skalę potencjalnego efektu gospodarczego.

Nie dla miejskiej kasy tylko dla miasta jako organizmu gospodarczego. To ważne rozróżnienie. Nikt rozsądny nie powinien pisać, że Wrocław „traci 30 milionów”, bo taka impreza nie została przecież wcześniej miastu przyznana. Traci jednak możliwość konkurowania o wydarzenie, które takie pieniądze może wygenerować. To zasadnicza różnica.

Podobnie wygląda EuroBasket. W 2025 roku w katowickim Spodku rozegrano 15 spotkań fazy grupowej mistrzostw Europy. Nie trzeba nawet tworzyć hipotetycznych modeli. Nielsen Sports na zlecenie FIBA oszacował ekonomiczny wpływ 15 meczów EuroBasketu rozegranych w 2025 roku w Katowicach na 17 milionów euro. Wrocław nie był w stanie ubiegać się o podobny pakiet spotkań, bo nie dysponuje halą odpowiadającą skalą katowickiemu Spodkowi.

Wrocław jest dużym miastem z międzynarodowym lotniskiem, rozwiniętą bazą noclegową, świetną marką turystyczną i sportowymi tradycjami. Mimo to do walki o wiele podobnych wydarzeń nawet nie siada przy stole.

Ile kosztuje Wrocław brak hali?

Tego nie da się policzyć z dokładnością do złotówki i każdy, kto spróbuje, będzie bardziej księgowym fantazji niż analitykiem. Można jednak zbudować ostrożny model.

Załóżmy, że nowoczesna hala pozwala Wrocławiowi pozyskać w ciągu roku dziesięć dużych koncertów lub widowisk, siedem dużych dni wydarzeń sportowych i kilka innych imprez, które dziś wybierają Kraków, Łódź, Gliwice, Katowice czy Trójmiasto.

Nie zakładajmy miliona widzów. Nie zakładajmy nawet wyników Atlas Areny.

Przy około 250 tysiącach dodatkowych wejść rocznie, rozsądnym udziale przyjezdnych i zachowawczych wydatkach na hotel, gastronomię, transport oraz usługi związane z samym wydarzeniem otrzymujemy mniej więcej 60 milionów złotych dodatkowej aktywności gospodarczej rocznie.

Jeżeli założyć około 250 tysięcy dodatkowych wejść rocznie, skala zaczyna być poważna. Jako punkt odniesienia można wykorzystać TAURON Arenę Kraków, gdzie w 2025 roku 925 tysięcy uczestników przełożyło się według badań operatora na 229 milionów złotych wpływu ekonomicznego. To około 248 zł na uczestnika. Przyłożenie podobnego rzędu wielkości do 250 tysięcy wejść daje około 60 milionów złotych rocznie. Nie jest to obietnica przyszłego dochodu Wrocławia, lecz model pokazujący potencjalną skalę.

Teraz rozmowie o kosztach nowej hali nie można patrzeć wyłącznie na cenę jej budowy.

Tauron Arena KrakówFot. Maciek Zabierowski.
Śląsk Wrocław dobija głową do sufitu Orbity

Jest jeszcze jeden poszkodowany, dla którego problem jest znacznie bardziej namacalny. To koszykarski Śląsk Wrocław. Najbardziej utytułowany klub w historii polskiej koszykówki, 18-krotny mistrz Polski, reprezentujący blisko milionową aglomerację, swoje normalne mecze rozgrywa w hali na niespełna trzy tysiące miejsc. Brzmi to źle, zanim jeszcze zaczniemy cokolwiek liczyć.

W sezonie 2025/26 podczas meczów EuroCup w Orbicie oficjalna frekwencja wynosiła między innymi 2417 osób z Cluj-Napocą, 2507 z Bahçeşehirem, 2379 z Hamburgiem i 2319 z Cedevitą Olimpiją.

Średnio ponad 2400 kibiców.

Nie oznacza to oczywiście, że gdyby postawić Śląskowi halę na 15 tysięcy miejsc, następnego dnia zostałaby ona zapełniona. Tak nie działa sport.

Oznacza to natomiast, że klub już dzisiaj przy atrakcyjniejszych spotkaniach funkcjonuje bardzo blisko fizycznego limitu swojego podstawowego obiektu. Kiedy zainteresowanie rośnie, Śląsk przenosi część spotkań do Hali Stulecia.

Dochodzi do sytuacji wręcz absurdalnej. Przy sprzedaży karnetów kibic musi wybierać swoje miejsce osobno dla Orbity i osobno dla Hali Stulecia. Klub zamiast budować rozwojowy i profesjonalny model tworzy model obchodzenia problemu.

Nowoczesna hala to nie tylko dodatkowe krzesełka

To loże biznesowe, strefy hospitality, gastronomia, powierzchnie sponsorskie, merchandising, nowoczesny system reklamowy i wreszcie możliwość stworzenia produktu premium dla firm. To właśnie tam w dzisiejszym sporcie zarabia się pieniądze.

Przy wzroście frekwencji o 1,5–1,8 tys. osób i 25 meczach domowych mówimy o 37,5–45 tys. dodatkowych wejść w sezonie. Przy średnim rzeczywistym przychodzie z biletu na poziomie 50–70 zł dawałoby to około 1,9–3,2 mln zł dodatkowego przychodu z samych wejściówek. Do tego dochodzą gastronomia, merchandising, sponsoring, loże i strefy hospitality. Ich wartości nie sposób jednak rzetelnie oszacować bez wewnętrznych danych klubu. To oczywiście tylko model, bo Śląsk nie publikuje danych pozwalających obliczyć rzeczywistą średnią kwotę uzyskiwaną z jednego sprzedanego miejsca. W sezonie mistrzowskim, przy play-offach i dużych meczach europejskich wyjdzie zdecydowanie więcej.

Dzisiaj tych pieniędzy po prostu nie ma, jak zarobić.

Nowoczesna hala otwiera Wrocław również na reprezentacyjną koszykówkę, większą siatkówkę, piłkę ręczną, sporty walki, futsal czy turnieje międzynarodowe.

Dziesięć lat rozmów

Cała historia staje się jeszcze bardziej irytująca, gdy spojrzymy na kalendarz. O potrzebie budowy nowej hali mówił już w 2016 roku Rafał Dutkiewicz. Rozważano wtedy między innymi okolice stadionu i Stadionu Olimpijskiego. To było dziesięć lat temu.

W 2023 roku miasto postanowiło sprzedać ponad pięć hektarów terenu przy Tarczyński Arenie. Warunkiem było powstanie tam między innymi hali widowiskowo-sportowej na około 15 tysięcy widzów. Chętnych nie było.

To był moment, który powinien zakończyć pewien etap myślenia. Rynek pokazał, że prywatny inwestor raczej nie kupi drogiego gruntu, nie postawi sam z siebie wielkiej hali, a potem nie sfinansuje całego przedsięwzięcia przy okazji hotelu, biurowca czy galerii.

Można było wówczas powiedzieć rezygnujemy albo budujemy jako miasto. Można było przygotować też model mieszany z udziałem samorządu województwa, Ministerstwa Sportu, operatora prywatnego, partnerów komercyjnych i finansowania dłużnego.

Wrocław zrobił to, co w podobnych sytuacjach potrafi najlepiej… zaczął dalej analizować.

Później pojawiła się „dziura Solorza”, a razem z nią kolejne wizje. Najpierw 15 tysięcy miejsc. Potem 18. Potem 20. W wypowiedziach ówczesnej wiceprezydent Renaty Granowskiej pojawiło się nawet 25 tysięcy.

W 2026 roku wiemy przynajmniej, że miasto zleciło przygotowanie studium wykonalności i rentowności. Ma ono analizować koszty inwestycji, utrzymania, model finansowania, potencjalny popyt i porównanie z podobnymi obiektami.

Tylko że mamy końcówkę sierpnia 2026 roku i nadal nie znamy ostatecznej odpowiedzi na najprostsze pytania.

Ile dokładnie ma kosztować hala? Jakiej wielkości powinna być? Kto ma za nią zapłacić? Kto będzie nią zarządzał? Kiedy ma powstać?

Dziesięć lat po rozpoczęciu publicznej dyskusji wciąż jesteśmy w miejscu, w którym dyskutujemy głównie o tym, co należałoby przeanalizować.

To jest największy skandal w całej tej historii.

Ergo Arena GdańskFot. Ergo Arena.
Budowa za wszelką cenę?

Zwolennicy hali również nie powinni wpadać w pułapkę myślenia, że skoro obiekt jest potrzebny, to należy go zbudować za każdą cenę. Nie należy.

Budowa podobnego obiektu oznacza dzisiaj wydatek liczony w setkach milionów złotych. Dla porównania TAURON Arena kosztowała ponad dekadę temu 357 mln zł, a ERGO Arena 346 mln zł. Ile kosztowałby obiekt planowany we Wrocławiu, tego dziś publicznie nie wiadomo. Odpowiedź na to pytanie powinno dać przygotowywane studium wykonalności.

Miasto ma szkoły, komunikację, mieszkalnictwo, inwestycje drogowe i dziesiątki innych potrzeb. Radni pytający, czy Wrocław może sobie pozwolić na taki wydatek, wykonują swoją pracę. Podobnie aktywiści zwracający uwagę na wartość przyrodniczą terenu „dziury Solorza”.

Potrzeba hali nie oznacza przecież, że trzeba ją zbudować dokładnie tam. Nie oznacza też, że musi mieścić 25 tysięcy osób.

Wręcz przeciwnie. Patrząc na doświadczenia Łodzi, Krakowa, Gliwic czy Gdańska, znacznie rozsądniejszy wydaje się obiekt modułowy na około 15-18 tysięcy miejsc w konfiguracji sportowej, który na zwykły mecz Śląska można zamknąć do zwartej widowni liczącej pięć czy sześć tysięcy. Nie potrzebujemy pomnika władzy jakim dziś okazuje się stadion Tarczyński Arena. Potrzebujemy funkcjonalnej hali.

Najdroższe jest jednak nicnierobienie

Przy budowie za kilkaset milionów złotych zawsze łatwo policzyć koszt. Jest widoczny w budżecie, uchwale i przetargu. Znacznie trudniej policzyć koszt tego, czego nie zrobiono.

Nie ma pozycji „utracone mistrzostwa świata” w miejskim budżecie. Nie ma faktury za koncert, który zamiast Wrocławia trafił do Łodzi. Nikt nie wystawia rachunku za nocleg, którego kibic nie wykupił, obiad, którego nie zjadł, ani taksówkę, do której nie wsiadł.

Dlatego można przez lata udawać, że ten koszt nie istnieje. Problem w tym, że on jednak istnieje.

Łódź od 2009 roku buduje pozycję Atlas Areny. Trójmiasto od 2010 roku korzysta z Ergo Areny. Kraków od 2014 roku ma jeden z najważniejszych obiektów widowiskowych w kraju. Gliwice od 2018 roku organizują imprezy, do których Wrocław nie ma infrastrukturalnego podejścia.

W tym czasie Wrocław dyskutuje. Lokalizacji, inwestor, pojemność, kolejne studium. Celowo w tytule użyłem słowa „skandal”, bo ono wcale nie musi być publicystyczną przesadą. 

Skandalem jest to, że przez dziesięć lat jedno z największych miast Polski nie potrafiło podjąć decyzji w sprawie problemu, którego istnienie samo od dawna dostrzega.

Można było halę wybudować lub uznać, że nas na nią nie stać Nie spróbowano stworzyć modelu partnerskiego, żeby przez kilka lat konsekwentnie go realizować.

Najgorszym rozwiązaniem było pozostanie dokładnie tam, gdzie jesteśmy teraz.

Między ponad stuletnią Halą Stulecia a trzytysięczną Orbitą jest gigantyczna luka. Nie chodzi tylko o liczbę krzesełek.

W tej luce mieszczą się mecze mistrzostw świata, koncerty, turnieje, miliony złotych wydawane w innych miastach, ograniczony rozwój koszykarskiego Śląska, zapaść wrocławskiej siatkówki i dziesięć lat straconego czasu.

Wrocław bardzo lubi przedstawiać się jako miasto ambitne, europejskie i patrzące do przodu. W sprawie dużej hali sportowo-widowiskowej od dekady patrzy jednak głównie w dokumenty.

Najwyższa pora wreszcie podnieść głowę.