Dwa myśliwce F-16 przelatują z rykiem nad bazą lotniczą w Keflaviku, a ich belgijskie flagi migoczą na tle bladego islandzkiego nieba.

W hangarze lotniczym amerykańscy żołnierze stoją pod ogromnymi skrzydłami samolotu przeciwokrętowego P-8A Poseidon, podczas gdy na morzu kanadyjska fregata HMCS Ville de Quebec krąży po odległych wodach.

W tych ćwiczeniach wojskowych rzuca się jednak w oczy jeden brak — islandzkich żołnierzy.

Islandia nie posiada własnej armii, marynarki wojennej ani sił powietrznych. To jedyne państwo w NATO bez stałych sił zbrojnych.

Od dziesięcioleci ta licząca 400 tys. mieszkańców wyspa polega na Sojuszu oraz zawartej w 1951 r. dwustronnej umowie o obronie ze Stanami Zjednoczonymi w zakresie zapewnienia jej bezpieczeństwa.

Jednak w miarę jak Rosja staje się coraz bardziej asertywna na Północnym Atlantyku, Islandia jest zmuszona zmierzyć się z pytaniem, którego dotychczas w dużej mierze unikała: jak powinien wyglądać jej wkład we własną obronę?

— To oczywiste, że gdyby coś się wydarzyło na Islandii, nie bylibyśmy w stanie sami się obronić — mówi gazecie „The Telegraph” Gudrun Hafsteinsdottir, liderka islandzkiej opozycyjnej Partii Niepodległości.

Gudrun Hafsteinsdottir

The Telegraph / Sigga Ella

Gudrun Hafsteinsdottir

Ćwiczenia Northern Viking (ang. Północny wiking), odbywające się w tym miesiącu, mają na celu udowodnienie czegoś przeciwnego.

Te organizowane co pół roku pod przewodnictwem Stanów Zjednoczonych ćwiczenia, w których uczestniczy dziennik „The Telegraph”, gromadzą sojuszników z NATO w celu przećwiczenia ochrony infrastruktury krytycznej i szlaków morskich wokół Islandii, a także przetestowania działań przeciw okrętom podwodnym i środków przeciwdziałania minom.

Otwierając ćwiczenia [które rozpoczęły się 22 sierpnia i potrwają do 3 września], gen. Alexus G. Grynkewich, naczelny dowódca sił sojuszniczych w Europie NATO, jasno podkreślił rosnące zagrożenie na Północnym Atlantyku.

— Obecnie rzekome rosyjskie i chińskie statki badawcze prowadzą wspólne patrole, ale wszyscy wiemy, że nie są tu po to, by liczyć maskonury — powiedział.

Thorgerdur Katrin Gunnarsdottir, ministra spraw zagranicznych Islandii, powtórzyła to ostrzeżenie.

— Rosja znacznie zwiększyła swoją obecność wojskową w regionie, a Chiny również wykazują rosnące zainteresowanie strategiczne. NATO musi dostosować się do tej nowej rzeczywistości — powiedziała.

Zmieniająca się sytuacja bezpieczeństwa jest widoczna na terenie całej bazy lotniczej, którą Amerykanie zwrócili Islandii po wycofaniu się w 2006 r., gdzie trwają prace budowlane i modernizacyjne.

Bliskie stosunki między Stanami Zjednoczonymi a Islandią były widoczne podczas ceremonii otwarcia, na której odegrano oba hymny narodowe — co może wydawać się ironiczne, biorąc pod uwagę groźby Donalda Trumpa skierowane wobec sąsiedniej Grenlandii.

Podczas przemówienia w Davos w styczniu tego roku Trump wielokrotnie mylił Islandię z Grenlandią, grożąc jednocześnie przejęciem tego półautonomicznego terytorium Danii.

Zapytana o te napięcia, pani Gunnarsdottir potwierdziła poparcie swojego kraju dla suwerenności Grenlandii, ale stwierdziła, że groźby te doprowadziły do „pozytywnych zmian” w postaci większego bezpieczeństwa na dalekiej północy.

W hangarze stoi amerykański samolot przeciwokrętowy P-8A Poseidon, służący do patrolowania i rozpoznania morskiego, którego głównym zadaniem jest tropienie okrętów podwodnych.

Wchodząc po stromych schodach wewnątrz hangaru, amerykański marynarz wyjaśnia, w jaki sposób załogi patrolują otwarty ocean, śledząc statki i zapewniając swobodę poruszania się.

— Przede wszystkim zajmujemy się walką przeciw okrętom podwodnym (ASW), czyli śledzeniem okrętów podwodnych i obserwowaniem, co robią — mówi.

Samolot jest uzbrojony w torpedy, przeciwokrętowe pociski Harpun oraz może zrzucać i monitorować boje sonarowe.

The Telegraph miał dostęp do bezzałogowej jednostki powierzchniowej marynarki wojennej USA typu Lightfish wyposażonej w kamery elektrooptyczne i na podczerwień oraz radar, która może pozostawać na morzu przez około sześć miesięcy.

Bezzałogowa jednostka powierzchniowa typu Lightfish – trzyipółmetrowa jednostka marynarki wojennej USA wyposażona w kamery elektrooptyczne i na podczerwień oraz radar

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Islandii / ANTON BRINK

Bezzałogowa jednostka powierzchniowa typu Lightfish – trzyipółmetrowa jednostka marynarki wojennej USA wyposażona w kamery elektrooptyczne i na podczerwień oraz radar

Jej zadaniem jest gromadzenie informacji o aktywności na wodach, łączenie się za pośrednictwem systemu Starlink i przekazywanie danych do centrum operacji morskich.

Technologia ta może wydawać się futurystyczna, ale problem strategiczny, który ma rozwiązać, jest od dawna znany.

Podczas II wojny światowej Winston Churchill stwierdził, że „ktokolwiek posiada Islandię, trzyma pistolet mocno wycelowany w Anglię, Amerykę i Kanadę”. Osiem dekad później stwierdzenie to nie mogłoby być bardziej prawdziwe.

Islandia leży w strategicznie ważnym korytarzu Grenlandia–Islandia–Wielka Brytania, łączącym Północny Atlantyk i Arktykę z wodami wokół Europy i Ameryki Północnej.

Dla Rosji obszar ten stanowi trasę do Północnego Atlantyku dla okrętów z jej Floty Północnej. Dla NATO jest to kluczowe przejście, przez które w przypadku poważnego konfliktu musiałyby przemieszczać się posiłki i zaopatrzenie.

Rosyjskie i chińskie statki są coraz bardziej aktywne w regionie, a topnienie arktycznego lodu morskiego otwiera nowe szlaki i nasila rywalizację o zasoby regionu.

Kolejnym słabym punktem jest dno morskie. Cztery kable transatlantyckie łączą Islandię z Europą i Ameryką Północną, narażając kraj na tego rodzaju potajemne lub hybrydowe ataki, które stają się coraz większym powodem do niepokoju dla rządów europejskich.

W odpowiedzi na rosnące zagrożenia Islandia przyjęła w lutym swoją pierwszą formalną politykę obronną i bezpieczeństwa narodowego, co stanowi historyczny zwrot dla tego kraju.

Polityka ta uwzględnia zmieniającą się sytuację bezpieczeństwa i potwierdza, że członkostwo Islandii w NATO oraz dwustronna umowa o obronie stanowią główne filary jej obrony.

NATO zwiększyło również swoje zaangażowanie na Dalekiej Północy poprzez Arctic Sentry (ang. Arktyczną Straż) — nową inicjatywę mającą na celu wzmocnienie obecności sojuszu, nadzoru i odstraszania w całym regionie arktycznym.

Belgia wysłała również cztery samoloty F-16 i 105 członków personelu do Keflaviku w ramach rotacyjnej misji NATO polegającej na patrolowaniu przestrzeni powietrznej Islandii.

The Telegraph obserwował start samolotów Fighting Falcons (ang. Walczące Sokoły) podczas ćwiczeń, na których belgijskie odrzutowce zademonstrowały zdolność do szybkiej reakcji, której sama Islandia nie posiada.

Belgijski samolot F-16 wysłany do Keflaviku w ramach rotacyjnej misji NATO polegającej na patrolowaniu przestrzeni powietrznej Islandii

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Islandii / ANTON BRINK

Belgijski samolot F-16 wysłany do Keflaviku w ramach rotacyjnej misji NATO polegającej na patrolowaniu przestrzeni powietrznej Islandii

Generał dywizji Bruno Beeckmans, dowódca belgijskich sił powietrznych, powiedział, że samoloty te zapewniają całodobową gotowość do szybkiej reakcji i będą prowadzić szkolenia wspólnie z siłami morskimi NATO, siłami specjalnymi oraz innymi jednostkami powietrznymi.

— Jesteśmy bardzo zadowoleni, że możemy wnieść nasze profesjonalne siły powietrzne w ramach wkładu NATO w zapewnienie ochrony — mówi w rozmowie z Telegraphem.

Islandia nie polega jednak wyłącznie na swoich sojusznikach. Jej instytucje cywilne są w coraz większym stopniu zmuszane do pełnienia ról zwykle kojarzonych z wojskiem.

Opisując bazę lotniczą w Keflaviku jako „oczy i uszy Północy”, Marvin Ingolfsson, zastępca dowódcy bazy, twierdzi, że praca tam staje się coraz bardziej zmilitaryzowana.

Islandia oczywiście nie ma zawodowych oficerów. Mamy jednak policję krajową, straż przybrzeżną i zasadniczo wykonujemy zadania, które zwykle powierza się wojsku. Oczywiście wielu z nas ma w pewnym sensie przeszkolenie wojskowe

— wyjaśnia.

Islandzka straż przybrzeżna liczy 280 funkcjonariuszy i dysponuje dwoma patrolowcami przybrzeżnymi. Zarządza ona również islandzkim systemem obrony powietrznej, dysponując czterema kompleksami radarowymi rozmieszczonymi wokół wyspy w celu monitorowania przestrzeni powietrznej kraju.

Jonas G. Allanson jest szefem biura ds. obrony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, pełniąc w praktyce funkcję ministra obrony. Mówi, że coraz bardziej niepokoi go aktywność rosyjskich okrętów podwodnych.

Zapytany, czy odpowiedzią na te rosnące zagrożenia jest utworzenie islandzkiej armii, potrząsa głową i uśmiecha się.

— Musimy przyjrzeć się skutkom, jakie wywołują armie, i staramy się to osiągnąć za pomocą środków cywilnych — mówi. — I myślę, że radzimy sobie z tym stosunkowo dobrze.

Nie podzielają tego stanowiska dwaj mężczyźni, którzy nazywają siebie Strażnikami Islandii. Arnor Sigurjonsson i Dadi Freyr Olafsson są założycielami niewielkiego, ale rosnącego ruchu wzywającego Islandię do utworzenia własnych sił obrony narodowej.

Arnor Sigurjonsson (L) i Dadi Freyr Olafsson, założyciele ruchu wzywającego Islandię do utworzenia własnych sił obrony narodowej

The Telegraph / Sigga Ella

Arnor Sigurjonsson (L) i Dadi Freyr Olafsson, założyciele ruchu wzywającego Islandię do utworzenia własnych sił obrony narodowej

Proponują oni utworzenie stałych sił liczących 2000 żołnierzy, z rezerwą kolejnych 2000 oraz siłami mobilizacyjnymi na czas wojny w liczbie 40 tys., co stanowi około 10 proc. ludności kraju.

Siły te pełniłyby rolę pierwszej linii obrony do czasu przybycia posiłków z NATO — mówi Sigurjonsson, były oficer norweskich sił zbrojnych i były dyrektor generalny dyrekcji ds. obrony w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Jak twierdzą, rekrutacja nie odbywałaby się w drodze poboru, lecz na zasadzie ochotniczej, a ochotników przyciągałaby perspektywa szkolenia i godziwego wynagrodzenia.

— Dlaczego Islandia, niezależne i suwerenne państwo, miałaby być jedynym krajem zachodnim, który nie posiada własnych sił zbrojnych? Dlaczego społeczeństwo lub nasi sojusznicy mieliby zaakceptować fakt, że oczekujemy, iż wszyscy inni poniosą ciężar obrony Islandii, a my nie zamierzamy nic zrobić? — pyta Sigurjonsson.

Obaj mężczyźni twierdzą, że środki można by pozyskać poprzez zmianę priorytetów w islandzkim budżecie, a nie poprzez nakładanie znacznego nowego obciążenia podatkowego. Twierdzą, że w istniejącym budżecie można by znaleźć aż 64 mld koron islandzkich (prawie 2 mld zł), m.in. poprzez ograniczenie „marnotrawstwa środków”, takiego jak polityka środowiskowa.

— Na przykład fundusze związane ze zmianami klimatycznymi — mamy tam 20 mld koron (prawie 608 mln zł). Mamy wiele innych obszarów, w których dochodzi do marnotrawstwa — twierdzi Olafsson.

Nie jest to jednak popularne stanowisko wśród Islandczyków.

— To temat bardzo tabu — mówi Olafsson, dodając, że spotkali się z krytyką nie tylko w internecie, ale także ze strony przyjaciół i rodziny, a rząd zlekceważył ich propozycję.

Podczas podróży po kraju wyraźnie widać, że te nastroje są bardzo silne. Telegraph spotyka się z szyderczymi uśmiechami, gdy porusza kwestię islandzkiej armii i jej gotowości do walki.

Sigurjonsson uważa, że to nastawienie może w końcu ulec zmianie, ale obawia się, że nastąpi to zbyt późno. — Nic się tu nie zmieni, dopóki nie wydarzy się coś naprawdę złego — twierdzi.

Istnieje jeszcze jedna potencjalna odpowiedź na dylemat bezpieczeństwa Islandii — ściślejsza integracja z Europą. — Myślę, że członkostwo zarówno w NATO, jak i w UE to dobre połączenie — mówi.

Jednak zwolennicy kampanii „Nie dla UE” argumentują, że Unia Europejska nie jest sojuszem obronnym, wskazując na fakt, że państwa członkowskie Unii — Finlandia i Szwecja — przystąpiły do NATO po inwazji Rosji na Ukrainę.

Z kolei dla Haraldura Olafssona, lidera islandzkiej kampanii „Nie dla UE”, który sprzeciwia się utworzeniu islandzkiej armii, „militaryzacja” Unii jest jednym z powodów, dla których Islandia nie powinna do niej przystępować.

Haraldur Olafsson, lider islandzkiej kampanii "Nie dla UE"

The Telegraph / Sigga Ella

Haraldur Olafsson, lider islandzkiej kampanii „Nie dla UE”

— Islandia nie wydaje obecnie żadnych środków na swoje siły zbrojne, a jeśli przystąpimy do UE, będziemy angażować się we wszelkie wojny, w które Europa zechce się wdać — mówi.

Na razie Islandia obserwuje, czeka i polega na swoich przyjaciołach chroniących kraj, który postanowił się nie uzbrajać.