„Wpadka” Michała Molki i Macieja Kowalewskiego w reż. Macieja Kowalewskiego na Scenie Relax w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski.
fot. mat. teatru
„Wpadka” Michała Molki i Macieja Kowalewskiego,
wyreżyserowana przez Kowalewskiego i prezentowana przez Agencję Artystyczną
COPA w Scenie Relax, jest przedstawieniem, które dość nieoczekiwanie skłania do
pytań wykraczających poza sam spektakl. Nie tyle dlatego, że stawia szczególnie
ważne pytania, ile dlatego, że dobrze pokazuje pewien problem polskiej komedii
teatralnej: pomysł na sytuację bywa znacznie ciekawszy niż sposób, w jaki
zostaje zapisany.
A pomysł „Wpadka” ma. Punkt wyjścia jest wręcz obiecujący.
Mężczyzna wraca z pracy na platformie, żona czeka na niego z bardzo konkretnymi
planami dotyczącymi ich małżeńskiego życia, a wydarzenia zaczynają wymykać się
spod kontroli. Pojawiają się dawny kolega, przebrania, pomyłki, kolejne związki
między bohaterami, ciąże, rodzinne komplikacje, a w końcu także kryminalny
absurd. Mechanizm komedii pomyłek jest tu więc uruchomiony z pełną
świadomością, że im dalej, tym mniej prawdopodobna powinna być rzeczywistość.
Problem zaczyna się gdzie indziej: absurd wymaga precyzji.
Żeby widz zgodził się na coraz bardziej nieprawdopodobny świat, musi najpierw
uwierzyć w reguły, które ten świat organizują. W „Wpadce” tych reguł często
brakuje. Kolejne komplikacje nie tyle wynikają z poprzednich, ile są do nich
dokładane. Jeden żart otwiera drogę następnym, sytuacja zastępuje charakter
postaci, a puenta nie zawsze jest konsekwencją zdarzeń, lecz raczej kolejnym
pomysłem, który trzeba jeszcze zmieścić w przedstawieniu.
To właśnie tekst wydaje się najsłabszym ogniwem spektaklu.
Jest to o tyle ciekawe, że Maciej Kowalewski nie jest przecież autorem
pozbawionym doświadczenia czy komediowego słuchu. Tym razem jednak dialogi
często wybierają najłatwiejszą drogę. Komizm opiera się na językowych
przekręceniach, pomyłkach słownych, dosłowności, powtarzaniu tych samych
mechanizmów i coraz bardziej oczywistym podkręcaniu sytuacji. Zamiast budować
komedię z charakterów i relacji między ludźmi, przedstawienie dość często
próbuje ją wydobyć z samej sytuacji.
Nie musi to oczywiście oznaczać, że widz nie będzie się
śmiał. Będzie. I to jest istotna część tej historii.
Reakcje publiczności mogą być bowiem zupełnie inne niż
reakcja krytyka, a „Wpadka” jest dobrym przykładem tego rozdźwięku. Spektakl
został skonstruowany tak, by możliwie szybko rozpoznawać oczekiwania widowni i
je spełniać. Jest muzyka, jest fizyczność, są przebieranki, jest dużo energii,
są powracające sytuacje i wyraźnie zaznaczone miejsca, w których można
oczekiwać śmiechu. Publiczność dostaje komedię bez konieczności
rozszyfrowywania jej języka. To propozycja nastawiona przede wszystkim na
bezpośredni kontakt i natychmiastową reakcję.
A jednak właśnie dlatego warto zapytać, czy współczesna
polska komedia teatralna nie mogłaby chcieć od siebie trochę więcej.
Aktorzy w „Wpadce” mają niewdzięczne zadanie: muszą zagrać
tekst, który nie zawsze daje im wystarczająco interesujące narzędzia. I robią
to z wyczuciem. Ewa Gawryluk jest w tym gronie szczególnie przekonująca. Nie
próbuje na siłę podnosić temperatury sceny, nie dopowiada dowcipów gestem, nie
zamienia swojej bohaterki w karykaturę. Gra prosto, dzięki czemu nawet mocno
przerysowana sytuacja może przez chwilę pozostać sytuacją, a nie wyłącznie
numerem komediowym. Anna Gzyra, Sebastian Cybulski, Łukasz Płoszajski i
Karolina Chapko również starają się znaleźć dla swoich postaci coś więcej niż
tylko zestaw scenicznych funkcji.
To zresztą interesujące: im więcej aktorzy próbują odnaleźć
w tych bohaterach normalnych ludzi, tym ciekawszy staje się spektakl. Bo pod
warstwą dowcipów znajduje się materiał na całkiem sprawną farsę o samotności,
potrzebie bliskości, małżeńskich oczekiwaniach, zazdrości i przypadkowości
relacji. Można sobie wyobrazić „Wpadkę”, w której te elementy zostałyby mocniej
rozwinięte, a komizm wyrastałby z charakterów bohaterów, zamiast być przede
wszystkim dostarczany z zewnątrz.
I tu dochodzimy do szerszego problemu.
Polska scena teatralna od dawna ma kłopot z nową komedią. Z
jednej strony istnieje publiczność, która chce komedii i bardzo wyraźnie
komunikuje swoje oczekiwania. Z drugiej — literatura komediowa często
traktowana jest jak gatunek wymagający mniejszej precyzji niż dramat. Jakby
wystarczyło mieć kilka zabawnych sytuacji, serię pomyłek i bohaterów, którzy
powiedzą coś nieporadnego, żeby powstała pełnoprawna komedia.
Tymczasem komedia jest gatunkiem niezwykle wymagającym.
Wymaga rytmu, konstrukcji, konsekwencji, świetnego dialogu i przede wszystkim
wiedzy o bohaterach. Dobry żart nie musi być wyrafinowany, ale powinien wynikać
z sytuacji. W „Wpadce” zbyt często jest odwrotnie — żart pojawia się dlatego,
że autor zdecydował się go dopisać.
Warto w tym miejscu przypomnieć o inicjatywie Teatru
Powszechnego w Łodzi, który chce zachęcać do powstawania nowych polskich
komedii. To kierunek potrzebny i, być może, właśnie dlatego warto przyglądać
się efektom takich prób bez taryfy ulgowej, ale również bez łatwego szyderstwa.
Jeśli polska komedia ma się rozwijać, potrzebuje nie tylko kolejnych tekstów,
lecz także pracy nad warsztatem komediowego pisania. Potrzebuje autorów, którzy
potraktują ten gatunek jako formę wymagającą równie dużej dyscypliny jak
dramat.
„Wpadka” pokazuje, jak daleka może być jeszcze droga. Nie
dlatego, że nie ma w niej pomysłów. Przeciwnie — jest ich nawet za dużo. Nie
dlatego, że aktorzy nie mają energii. Mają jej sporo. I nie dlatego, że
publiczność nie chce takiej rozrywki. Wszystko wskazuje na to, że chce. Kłopot
polega na tym, że pomiędzy pomysłem a gotową komedią trzeba jeszcze znaleźć
język, który potrafi ten pomysł unieść.
Nie zmienia to faktu, że przedstawienie może być dla części
widzów udanym sposobem na wieczór. Komedia nie musi przecież za każdym razem
udowadniać swojej literackiej wartości, a śmiech nie potrzebuje recenzenta,
żeby go legitymizować. Warto jednak oddzielić dwie rzeczy: skuteczność
pojedynczego dowcipu i jakość komediowej konstrukcji. „Wpadka” potrafi być
pierwsza, znacznie rzadziej jest druga.
Dlatego bardziej niż jako kolejną „najzabawniejszą komedię
sezonu” interesuje mnie jako przykład szerszego zjawiska. Pokazuje bowiem, że
polski teatr ma dziś zarówno publiczność gotową na komedię, jak i aktorów
potrafiących ją grać. Brakuje jeszcze tekstów, które dorównałyby im
warsztatowo.
Być może właśnie od tego powinien zacząć się poważniejszy
namysł nad przyszłością polskiej komedii.