Kluczowy jest powrót do modelu kształcenia opartego na poszanowaniu prawdy, sprawności intelektualnej, wysiłku, autodyscypliny, ambicji. To wszystko jest dziś przykryte kocykiem dobrostanu ucznia, a powinno wrócić, jeśli polskie społeczeństwo ma być dobrze wykształcone, a tym samym efektywne i konkurencyjne na światowych rynkach – mówi Hanna DOBROWOLSKA w rozmowie z Moniką ODROBIŃSKĄ
Monika ODROBIŃSKA: Co dobrego spotka uczniów po 1 września?
Hanna DOBROWOLSKA: Pierwsze dni w szkole zawsze są radosne, bo przepełnione spotkaniami z koleżankami i kolegami po wakacjach. Wbrew pozorom dzieci lubią szkołę taką, jaka jest; nie potrzeba wciąż jej zmieniać, tylko dać jej działać.
– Nowe rozwiązania – związane z edukacją zdrowotną, obywatelską, religią – były już wielokrotnie krytykowane. Poszukajmy pozytywów: może jest nim dofinansowanie szkolnych pracowni do nauczania przyrody i zajęć praktyczno-technicznych?
– Owszem, żadna szkoła nie wzgardzi kwotą między 10 tys. a 30 tys., gdyż tyle może wynieść dofinansowanie (łącznie 200 mln zł), ale nieporównanie większe nakłady przeznaczono na dofinansowanie pracowni IT (2,4 mld zł), w tym pracowni hybrydowych i zestawów do nauczania zdalnego. W Niemczech, korzystając z takich pracowni, nauczyciel przedmiotowy często naucza zdalnie uczniów zebranych w wielu placówkach; nie muszę mówić, z jakim skutkiem dla ich wiedzy, bo sami doświadczyliśmy tego w pandemii. Sądząc po braku nauczycieli w polskich szkołach, możliwe, że rząd pod szumnym hasłem „transformacji cyfrowej” w oświacie przygotowuje się na takie rozwiązanie.
– Powrót prac domowych można zaliczyć na plus?
– Dobrze, że przywrócono im znaczenie. Ale proszę zauważyć, że o ile dla uczniów prace domowe są nadal dobrowolne, o tyle nauczyciel od 1 września zobligowany jest sprawdzić każdą oddaną mu pracę. To odwrócona logika, przerzucająca odpowiedzialność z ucznia na nauczyciela. Przecież to uczeń powinien wykonać pracę domową, nawet jeśli nie ma pewności, że nauczyciel się z nią zapozna, bo ma ona usystematyzować i utrwalić zdobytą na lekcji wiedzę. To dlatego o przywrócenie prac domowych walczyli i nauczyciele, i rodzice. Właściwie nie doczekali się tego do dziś.
– Jedną z nowości w tym roku szkolnym jest zastąpienie lekcji biologii i geografii w klasach V–VI zajęciami z przyrody. Czemu to ma służyć?
– Niegdyś materia przedmiotu dziś nazywanego przyrodą była osobnym przedmiotem już od kl. I pod nazwą środowisko społeczno-przyrodnicze. Stopniowo treści przyrodnicze włączono w nauczanie zintegrowane aż do kl. III, ze stratą dla tej dziedziny. Przyroda obowiązywała w kl. IV, a w klasach wyższych uczniowie mieli biologię i geografię ze specyfiką tych dziedzin nauki, z odrębną metodyką. Niestety, w erze sześcioklasowej szkoły podstawowej (1999–2017) rozszerzono przyrodę aż do kl. VI. Dopiero po likwidacji gimnazjów przywrócono odrębne lekcje biologii i geografii od kl. V. I co się stało? W 2018 r. wskaźniki kompetencji przyrodniczych 15-letnich uczniów w badaniach TIMMS i PISA osiągnęły rekordowy poziom; nasi uczniowie znaleźli się w europejskiej czołówce. Jeszcze w 2022 r. zajmowali trzecie miejsce (za Estonią i Finlandią).
– Dlaczego więc cofamy się do nieudanych rozwiązań?
– Tłumaczyć to można konsekwentnym – na Zachodzie od dekad, a w Polsce w ostatnich latach – wdrażaniem liberalnego modelu kształcenia, opartego na konstruktywizmie. Promuje się w nim przedmioty interdyscyplinarne, a odchodzi od tradycyjnych dziedzin nauki. Twórcy obecnej reformy mówią o tym wprost, zakładając, że uczniowie z „biernych odbiorców wiedzy” staną się jej „konstruktorami”.
– To niedobrze, że dzieci same będą odkrywać wiedzę?
– W praktyce oznacza to rezygnację z wiedzy usystematyzowanej na rzecz tworzenia przez uczniów własnych konstruktów w oparciu o ich indywidualne doświadczenia. Sprowadza się to do zakwestionowania wiedzy obiektywnej i zlikwidowania relacji uczeń-mistrz już od początku nauki. Nauczyciel ma być jedynie obserwatorem i towarzyszem ucznia, w którym wiedza ma się niejako rodzić sama. W przypadku interdyscyplinarnej przyrody w znacznym stopniu rezygnuje się z dorobku naukowego odrębnych dziedzin, jak biologia, geografia, fizyka i chemia, z ich własnym aparatem pojęciowym i terminologią. Będzie to skutkować zapaścią wiedzy, bo w łączącym te dyscypliny przedmiocie wiele zagadnień z konieczności będzie traktowanych powierzchownie lub incydentalnie. Podobne zabiegi odbiły się poprzednio negatywnie na poziomie wiedzy uczniów na dalszych etapach edukacji, w tym na studiach.
O ile metoda permanentnych doświadczeń, eksperymentów i projektów może przynieść dobre efekty wśród zdolnych i ambitnych uczniów pracujących w małych grupach, o tyle nie sprawdza się w masowym szkolnictwie. Dla uczniów przeciętnych i słabszych będzie to wiedza chaotyczna, niepowiązana. Przekonały się o tym zachodnie szkoły publiczne, w których poziom wiedzy przekazywanej w ten sposób dramatycznie spadł. Jest on za to wysoki w tamtejszym szkolnictwie elitarnym, opartym na tradycyjnym modelu kształcenia i odrębnych dziedzinach wiedzy oraz… zdrowym rozsądku.
Na dodatek przyrody ma uczyć nauczyciel specjalizujący się dotąd tylko w swojej dziedzinie – biologii, geografii, fizyce lub chemii, a w poradniku Kompasu Jutra nie dostaje on żadnych konkretów. Są tam wyłącznie zachwyty nad interdyscyplinarnością, nauczaniem modułowym czy tygodniem projektowym.
– Brzmi innowacyjnie!
– I tak jest przedstawiane, ale naprawdę to nic nowego. W podręcznikach do języka polskiego dla kl. IV–VI od dawna stosowałam nawiązania do tekstów kulturowych innych niż literackie, by uzmysłowić, że podobne idee przyświecały przedstawicielom różnych światów wyobraźni i mogą być różnie wyrażane. Jednak kluczowe było zawsze przekazanie dogłębnej wiedzy literackiej i językowej, gdyż żonglować między dziedzinami można dopiero wtedy, gdy opanuje się podwaliny wiedzy. Nie wiem, co stanie się w efekcie pozbawienia uczniów aż do kl. VI wspólnego kanonu lektur – a takie jest kolejne groźne założenie Reformy26. Kompas Jutra.
Jakkolwiek reforma przedstawiana jest jako innowacyjna i nastawiona na polskiego ucznia, to jest ona kopią programu OECD Learning Compass 2030 z 2019 r. To transformacja edukacji odchodząca od wiedzy i stawiająca na tzw. sprawczość ucznia, jego dobrostan i kompetencje przyszłości. Wdrażana w krajach wysoko rozwiniętych, ma podporządkować edukację efektywności gospodarczej, wszak OECD to organizacja gospodarcza, i przeformatować społeczeństwa. Model edukacji ponadnarodowej, wypłukanej z tożsamości narodowej służy lepszemu przepływowi mas pracowniczych między krajami. To od szkół środowiska liberalno-lewicowe zaczynają modelowanie nowego człowieka, która to formacja w dokumentach międzynarodowych nazywana jest „nową normalnością”.
– Swoistą nową normalność uczniowie znajdą także na talerzach w stołówkach…
– Przypomnijmy: zgodnie z „reformą talerzową” co najmniej raz w tygodniu uczniowie mają być karmieni potrawą na bazie roślin strączkowych bez dodatków odzwierzęcych, a mleko można zastąpić napojami roślinnymi, jako tzw. zamiennikami mleka. To realizacja ideologii diety planetarnej, którą w teorii uczniowie poznają także na zajęciach edukacji zdrowotnej czy przyrody. Z lekcji rugowana jest zwłaszcza wiedza geograficzna dotycząca pozytywnej działalności człowieka, który nie tylko przebudowuje środowisko naturalne na własne potrzeby, ale także je chroni; podkreśla się za to szkodliwość jego poczynań. Ideologia klimatyczna – zgodnie z nową podstawą programową obecna na wszystkich przedmiotach– zrównuje dobrostan człowieka z dobrostanem planety. W efekcie zachęty dietetyczne, by np. rezygnować z mięsa, pomału przeobrażają się w dietetyczny przymus wobec wszystkich polskich dzieci i młodzieży.
– Dotknęłyśmy ledwie procenta zmian, które od tego roku szkolnego czekają polską szkołę. Czego ona naprawdę potrzebuje?
– Przede wszystkim suwerenności. Obecnie jest bowiem podporządkowana projektom unijnym, UNICEF, WHO, OECD itd., które sączą zmiany mające charakter inżynierii społecznej, i łożą na to wielkie środki. Zrewidowanie programów edukacyjnych o niepolskiej proweniencji i przywrócenie w podstawie programowej treści budujących polską tożsamość jest nie mniej ważne niż obrona granic i rozwój gospodarczy kraju – razem składają się bowiem na jego niezależność.
Szkoła powinna wrócić na tory wymagań, a nie ich atrapy i pozorów. Dotyczy to także uczniów zagranicznych. Znajomość języka polskiego nawet w stopniu komunikatywnym nie wystarcza do zgłębiania wiedzy np. w liceach i na studiach. Nauczyciele przyznają, że w klasach z udziałem obcokrajowców muszą obniżać poziom do ich możliwości, na czym tracą polskie dzieci. To samo dotyczy edukacji włączającej. Tylko przywrócenie wymagań i ich egzekwowanie może uzdrowić polską oświatę.
Kluczowy jest powrót do modelu kształcenia opartego na poszanowaniu prawdy, sprawności intelektualnej, wysiłku, autodyscypliny, ambicji. To wszystko jest dziś przykryte kocykiem dobrostanu ucznia, a powinno wrócić, jeśli polskie społeczeństwo ma być dobrze wykształcone, a tym samym efektywne i konkurencyjne na światowych rynkach. Dobra szkoła to silna Polska.

Rozmawiała Monika Odrobińska
Tekst pierwotnie ukazał się w 1081 numerze tygodnika ”Idziemy” [LINK].
Materiał chroniony prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie wyłącznie za zgodą wydawcy. 28 sierpnia 2026