Prawdziwe schody dla Mai Chwalińskiej zaczną się już w pierwszej rundzie. Polka, której największym atutem jest techniczna gra na mączce, zderzy się z siłą Taylor Townsend na szybkim betonie. W szczerej rozmowie tenisistka ujawnia zaskakujący plan na zneutralizowanie rywalki. — Mam nadzieję, że siły się trochę wyrównają — mówi.
Jak się czujesz przed US Open? Zdrowotnie i mentalnie.
Czuję się dobrze. Jestem podekscytowana, bo to będzie mój pierwszy turniej główny na US Open. Śmiałam się dzisiaj po przyjeździe — przyjechałam w nocy — że jestem w Nowym Jorku dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Bo moim najlepszym rezultatem była zawsze druga runda eliminacji. Więc tak, cieszę się na początek turnieju.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jak dużym wyzwaniem były dla ciebie ostatnie tygodnie po finale Roland Garros?
Było bardzo duże, szczerze mówiąc, bo jednak dużo się zmieniło i wydaje mi się, że potrzebuję się też oswoić z nową rzeczywistością. To nie jest łatwe; jest to naprawdę wymagające. Ale jestem za to wdzięczna, bo na to pracowałam całe życie, żeby takie sukcesy osiągać. Więc jest to wyzwanie, ale podchodzę do niego pozytywnie. Cieszę się, że mogę je podjąć.
Sztab otoczył cię czymś w rodzaju kokonu, żeby to wszystko do ciebie nie docierało. Udaje się? Czy większa popularność i zainteresowanie sponsorów jednak się na tobie odbijają?
Oni oczywiście próbują jak najlepiej mnie chronić, ale myślę, że to jest normalne, że jednak to wszystko do mnie dociera. Nie da się tak odizolować od wszystkich. Zdecydowanie dociera do mnie to, że więcej osób mnie obserwuje i że po prostu jest na mnie większa uwaga niż wcześniej. To czuję. No ale to jest właśnie ta część nowej rzeczywistości, z którą próbuję sobie poradzić.
Jak podchodzisz do ostatnich przegranych? Wimbledon był pechowy — nie wiem nawet, jak to ostatecznie zdiagnozowaliście, czy to była kontuzja, czy te skurcze, o których mówiłaś w Londynie. Teoretycznie Wimbledon mógł być trampoliną po Paryżu, a nie był.
Na pewno odbija się to na mojej pewności siebie. Jestem tylko człowiekiem, a chcemy wygrywać zawsze. Ale przegrana jest też nieodłączną częścią sportu. Więc po prostu próbuję wyciągać jak najlepsze wnioski z tych meczów, łapać nowe doświadczenia i ciężko nadal pracować. I wierzę, że to przyniesie rezultaty we właściwym czasie.
Twoja urozmaicona gra jest ogromnym atutem na mączce. Czy na twardej nawierzchni te przewagi maleją, bo grające siłowo rywalki po prostu odbierają ci czas na kombinowanie w trakcie akcji?
To znaczy — jest to na pewno dla mnie większe wyzwanie, bo jednak na mączce mam więcej czasu, żeby kreować swoją grę. Ale ja też lubię grać na betonie, także raczej nie zwracałabym na to większej uwagi. Każdy ma swoją ulubioną nawierzchnię, ale ja nadal lubię grać na nawierzchni twardej.
W pierwszej rundzie trafiłaś na Taylor Townsend, rywalkę, która lubi grać mocno i jeszcze mocniej. Jak zamierzasz to neutralizować na tak szybkich kortach?
Szczerze mówiąc, jeszcze nie miałam czasu, żeby przeanalizować jej grę, bo — tak jak mówiłam — wróciłam w nocy z Monterrey. Teraz będę miała na to czas.
Na pewno czeka mnie duże wyzwanie. Pierwsza runda jest zawsze wymagająca, a do tego gram z Amerykanką w Stanach. Mam nadzieję, że przyjdzie też dużo Polaków i siły trochę się wyrównają. Zagram najlepiej, jak potrafię, i mam nadzieję, że to wystarczy.
Na koniec, jak ci się podoba Nowy Jork?
Bardzo go lubię, czuję się tutaj dobrze. Pamiętam, że przez pierwsze lata trochę czułam się przytłoczona, bo jednak to miasto robi wrażenie. Natomiast widzę, że z czasem się oswoiłam i czuję się dobrze.