Przerwa się skończyła. Michał Ruciak miał zagrywać. To inteligentny gość, walnął zatem z całej siły i o mało nie strącił sędziego z krzesełka. W kolejnej akcji Mateusz Mika zaatakował chyba ze dwadzieścia metrów w aut i było po meczu” – opisywał Anastasi.

Jeszcze mniej o pozory dbał słynny Bernardo Rezende podczas mistrzostw świata mężczyzn w 2010 roku. Wtedy we Włoszech, Brazylia chciała przegrać mecz z Bułgarią, żeby ułatwić sobie drogę do medalu a Rezende wystawił rezerwowy skład i atakującego na pozycji… rozgrywającego. Wtedy oburzony był cały siatkarski świat, a część kibiców odwróciła się plecami do boiska. Canarinhos na swoim postawili, przegrali mecz 0:3 a potem zdobyli złoty medal. Ale do końca turnieju musieli słuchać gwizdów i buczenia w halach. Polacy, którzy wówczas pod wodzą Daniele Castellaniego grali uczciwie o zwycięstwo, w „nagrodę” trafili do grupy śmierci z Brazylią i Bułgarią i wrócili do kraju na tarczy, a Argentyńczyk zapłacił za to posadą.

Trener reprezentacji Turcji Daniele Santarelli w piątek starał się przynajmniej zachować pozory. Może dlatego, że jego drużyna grała w hali wypełnionej 15 tysiącami żarliwie dopingujących swój zespół fanami. Wystawił w meczu z Polkami najmocniejszy skład, a gospodynie wygrały dwa sety, prezentując chwilami siatkówkę na najwyższym poziomie. Gdy jednak przyszło do tie-breaka, gospodynie jakby zapomniały jak się gra w siatkówkę. Przy stanie 2:8 po kolejnym asie serwisowym Sonii Stefanik i kolejnym nieudacznym przyjęciu zagrywki w wykonaniu Turczynek, Lavarini spojrzał w stronę Santarellego, śmiejąc się rodakowi w oczy. Jakby chciał pokazać, że dobrze wie, co wyczyniają gospodynie. Wiedziały też polskie siatkarki. Paulina Damaske, chwalona przez reporterkę Polsatu Sport za dobrą grę, powiedziała wprost: „Kiedy przeciwnik się podkłada, ciężko żeby nic ci nie wychodziło. Magdalena Stysiak w ostatniej chwili ugryzła się w język: „My zagrałyśmy dobrze, rywalki…. Nie, nie powiem tego” – rzuciła tylko. Nasze zawodniczki dobrze widziały, że przeciwniczki nie w każdej akcji dawały z siebie wszystko, nie zawsze szły w obronie jak „dzik w żołędzie” i nie były zdeterminowane jak w czterech poprzednich meczach.

A Polki? Czy w meczu play-off decydującym o być albo nie być w turnieju Lavarini podjąłby ryzyko wymiany niemal całego składu? To pytanie retoryczne, bo wszyscy wiemy, że nie. Tym razem mógł ryzykować, bo porażka nie byłaby żadną tragedią. Różnica była taka, że Polkom naprawdę bardziej zależało. One grały na sto procent, a wpuszczone na boisko zmienniczki chciały udowodnić, że są w formie i zawsze mogą pomóc zespołowi. I udowodniły! Świetny mecz rozegrała Julia Szczurowska, znakomitą zmianę dała Paulina Damaske. I tej oceny nie zmienia fakt, że Turczynki nawet nie zbliżyły się tego dnia do swoich stu procent. To ich problem. I ich wstyd. Mistrzynie Europy i wicemistrzynie świata załatwiły sobie łatwiejszą drogę do finału. Takie kombinacje lubią się jednak mścić, mam więc nadzieję, że w półfinale odpadną po meczu z Serbkami. I może osiągnął cel i nie spotkają się z Włoszkami…

A Polki? W „nagrodę” za pokonanie giganta, znalazły się na ścieżce kolizyjnej z Włoszkami, z którymi wedle wszelkich znaków na ziemi, jeśli oczywiście przejdą dwie przeszkody w play-off, zmierzą się w półfinale. O sukces może być bardzo trudno, ale Polki przyleciały do Stambułu w dobrej formie i stać je na pierwszy w erze Lavariniego awans do półfinału wielkiej imprezy a potem nawet na medal. Choćby brązowy, który też będzie sukcesem.

I ciekawe, co wtedy napiszą i powiedzą rozliczni mądrale, którzy po meczu z Łotwą już chcieli zwalniać – jeden pan nawet z hukiem – Lavariniego i prognozowali, że Polki nie wyjdą z grupy. Naprawdę, takie wpisy niektórzy dziennikarze publikowali po starciu z 64. zespołem rankingu FIVB. Owszem, bardzo słabym w wykonaniu Polek, ale przecież wygranym bez straty punktu. Nie mogłem uwierzyć, czytając te opinie, że niektórzy mają tak krotką pamięć i tak łatwo wpadają ze skrajności w skrajności. Że wyciągają wnioski w trakcie turnieju, niepomni tego jak bardzo mogą się pomylić w swoich prognozach.

Ja za to doskonale pamiętam 2009 rok i mistrzostwa Europy w Polsce. Po słabych meczach naszych pań (wymęczone zwycięstwo nad słabiutką Hiszpanią 3:2 i porażka 0:3 z Holandią) nawet szef znanej telewizji w felietonie pogrzebał szansę Biało-Czerwonych na medal. Tymczasem Polki się podniosły, awansowały do półfinału, a w meczu o brąz pokonały Niemki 3:0. Była wielka radość i feta po medalu, który do dzisiaj pozostaje ostatnim wywalczonym przez nasz zespół w dużej imprezie, nie licząc oczywiście Ligi Narodów. A Marian Kmita pokazał klasę przyznając po turnieju: „Winston Churchill zwykł mawiać, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Ja jednak uderzę się w pierś – szczerze żałuję. Żałuję, że tydzień temu pogrzebałem nasze dziewczyny i po holenderskim laniu nie dawałem im szans na walkę o medal w mistrzostwach Europy. A przecież na taką szansę zasługiwały i udowodniły to w następnych meczach”.

A pamiętacie kwalifikacje olimpijskie w 2024 roku i przegrany mecz z Tajlandią? I larum, że to koniec szans na start w igrzyskach? Sam – przyznaję, uderzając się w pierś – uległem wtedy tej panice. Bo z Tajkami Polki przegrać nie miały prawa, mając w perspektywie mecze z gigantami. I co? Nasze panie w Łodzi pokonały i Włoszki, i Amerykanki i który to już raz udowodniły, że skreślać ich nigdy nie wolno. A już na pewno podsumowywanie imprezy i zwalnianie trenerów w trakcie trwania turnieju jest niepoważne i mocno ryzykowne. Bo można narazić się na śmieszność.

Takie mecze jak z Łotwą mogą przydarzyć się każdemu. Ile to już razy nasze panie męczyły się z zespołami teoretycznie znacznie słabszymi, by wznieść się na wyżyny umiejętności w starciach przeciwko gigantom. A pamiętacie mecze polskich siatkarzy w ubiegłorocznych MŚ? Też nie zachwycali w starciach z niżej notowanymi rywalami. Bo paradoksalnie takie spotkania nie są łatwe. Rywal gra w sposób niestandardowy, czasami trudny do przewidzenia, bez presji, mocno ryzykując. A tobie trudniej się zmobilizować przy pustych trybunach, mając po drugiej stronie słabeusza.

Także w tegorocznych mistrzostwach Europy faworytki, choć wygrywają, czasami męczą się z gorszymi od nich zespołami. Turcja straciła seta ze Słowenią, Holandia musiała grać tie-breaka z Rumunią, a Belgia z Hiszpanią. Bułgarki przegrały z Grecją. Czy ktoś w tych krajach włączał syreny alarmowe, ktoś podnosił larum?

Lavarini jest bardzo dobrym trenerem i wykonuje z reprezentacją Polski świetną pracę, choć nawet w połowie nie dysponuje takim potencjałem jak selekcjoner męskiej kadry Nikola Grbić. Musimy być jednak realistami – dla mocno osłabionego i odmłodzonego zespołu wielkim sukcesem będzie pierwszy za kadencji Lavariniego awans do półfinału dużej imprezy. Jeśli tego celu nasze panie nie zrealizują, będzie można mówić o porażce i wyciąganiu wniosków. Ale na pewno nie teraz i na pewno nie po wygranych meczach. I przestańmy gadać o zwolnieniu Lavariniego przed igrzyskami olimpijskimi w Los Angeles, chyba że Polki na nie nie pojadą. Ludzie, dajcie sobie na wstrzymanie.