DPŚ rozgrywany jest co trzy lata. W 2023 r. najlepsza była Polska. Triumfowaliśmy we Wrocławiu.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Tegoroczny finał odbędzie się w Warszawie. Na PGE Narodowym zbudowano czasowy tor. Zdaniem większości ekspertów faworytem jest Australia.
— Całe szczęście dla nas, że Australia nie może skorzystać z usług kontuzjowanego Jacka Holdera, bo wówczas definitywnie moglibyśmy zapomnieć o złocie — uważa Zbigniew Fiałkowski, były żużlowy działacz, m.in. wiceszef polskiego żużla. — Tor w Warszawie na pewno nie będzie naszym atutem. Wyżej od nas stoją akcje nie tylko Australii, ale i Danii. Dlatego srebro będzie sukcesem. Na szczęście nie musimy drżeć o podium, bo Wielka Brytania nie ma Daniela Bewleya i jest skazana na czwarte miejsce — dodaje.
Brakuje Piotra Pawlickiego
Trener reprezentacji Polski do boju desygnował czterech polskich uczestników Grand Prix, a więc Bartosza Zmarzlika, Kacpra Worynę, Patryka Dudka, Dominika Kuberę plus Macieja Janowskiego. — Myślę, że lepszym wyborem byłby Piotr Pawlicki za Dominika Kuberę. Pawlicki lubi tak krótkie tory. Decyzję podejmuje jednak trener i on wie dlaczego tak zrobił. Być może były inne okoliczności o których nie wiemy — powiedział Fiałkowski.
Zbigniew Fiałkowski mówi, że srebro będzie sukcesem, ale dla żużlowej Polski to i tak będzie porażka, bo wszyscy oczekują tylko złota. — Złoto w takiej obsadzie będzie niesamowitym wyczynem. Żeby wygrać, to większość naszych zawodników musiałaby odjechać takie zawody, jakich w tym sezonie nie mieli. Już to pokazuje skalę trudności. Na dodatek rywale musieliby zanotować jakieś niewyobrażalne wpadki. Dodatkowo sytuację utrudnia nam czasowy tor w Warszawie, który jakoś nigdy nam specjalnie nie sprzyjał. Dlatego uważam, że jak już będzie srebro, to nie ma co narzekać — zakończył Fiałkowski.