Odkąd Robert Lewandowski jest zawodnikiem Chicago Fire, kibice musieli przyzwyczaić się do tego, że mecze jego drużyny odbywają się w nocy naszego czasu. W sobotę (29 sierpnia) doczekali się jednak spotkania o przystępnej porze.
Wyjazdowe starcie z Seattle Sounders w ramach 21. kolejki Major League Soccer rozpoczęło się bowiem o godzinie 22:30 naszego czasu. Choć na papierze faworytem byli goście, to lepiej w mecz weszli rywale.
ZOBACZ WIDEO: Będzie bolało. Ale sami tego chcieliśmy
Była 12. minuta, kiedy to doczekaliśmy się otwarcia wyniku ze strony miejscowych. Choć w polu karnym było aż ośmiu zawodników Chicago Fire, to Dejan Joveljić i tak zdołał uciec rywalom i wyjść na dogodną pozycję.
Po tym, jak otrzymał piłkę, wpakował ją do siatki i na stadionie w Seattle zapanowała euforia. Gdy wydawało się, że od tego momentu przyjezdni ruszą do ataku, to Chicago Fire nadal prezentowało się bez polotu.
W 24. minucie spore pretensje do kolegi z zespołu za brak podania miał Lewandowski, zwłaszcza po tym, gdy zobaczył jego słaby strzał. W tym miejscu warto dodać, że taka reakcja „Lewego” później powtórzyła się jeszcze kilka razy.
Jednak jeszcze przed przerwą goście zdołali doprowadzić do remisu, a przyczynił się do tego „Lewy”. Po tym, jak przyjął piłkę w polu karnym, wystawił ją do nadbiegającego kolegi. Maren Haile-Selassie momentalnie podjął decyzję o strzale i doprowadził do remisu. Tym samym Polak zanotował pierwszą asystę w Chicago Fire.
W 41. minucie Lewandowski spróbował swoich sił, ale jego strzał został zablokowany. Z kolei bramkę do szatni mógł zdobyć Haile-Selassie, ale oddał słaby strzał głową z kilku metrów i golkiper pewnie złapał piłkę.
Tymczasem tuż po przerwie Seattle Sounders wróciło na prowadzenie. W 48. minucie ponownie na listę strzelców wpisał się Joveljić, tym razem po kapitalnym strzale zza pola karnego. Bramkarz gości miał czego żałować, bo pomimo rykoszetu miał piłkę na rękach, ale nie był w stanie skutecznie interweniować.
Od tego momentu przyjezdni coraz częściej próbowali grać do Lewandowskiego, ale przez długi czas efektów nie było. W 68. minucie Chicago Fire przeprowadziło groźną akcję, lecz tym razem „Lewy” nie doczekał się podania i znów miał spore pretensje.
Z kolei 82. minuta pokazała, jak los bywa przewrotny. Gospodarze nie wykorzystali kapitalnej okazji na podwyższenie prowadzenia i szybko się to zemściło. Rywale ruszyli z akcją, po której trafił Polak.
38-latek skutecznie główkował po tym, jak piłkę w pole karne posłał Puso Dithejane. Należy mu oddać, że wpakował piłkę do siatki z bardzo ciasnego kąta. Jednak chwilę później zawiódł w bardzo dogodnej sytuacji.
Lewandowski powinien trafić na 3:2, jednak oddał słaby strzał w polu karnym, który poleciał prosto w bramkarza. I właśnie tej sytuacji może żałować, ponieważ mogła to być bramka na wagę końcowego triumfu.
Tymczasem w ostatniej akcji meczu golkiper Seattle Sounders uchronił swój zespół od straty kolejnego gola. Wówczas złapał piłkę po strzale Jonathana Bamby, który mocno żałował tej sytuacji.
Seattle Sounders – Chicago Fire 2:2 (1:1)
1:0 – Dejan Joveljić 12′
1:1 – Maren Haile-Selassie 38′
2:1 – Dejan Joveljić 48′
2:2 – Robert Lewandowski 82′