— Odbieram telefon w środku nocy. W słuchawce słyszę płacz: „Pani Olu, mąż nie może wiedzieć, że dzwonię, bo mnie zabije. My od dwudziestu lat nigdzie nie byliśmy razem! Albo on jedzie z dziećmi nad jezioro, a ja doję, albo na odwrót. Błagam panią, niech pani przyjedzie na cztery dni”. Pojechałam. Jej mąż najpierw patrzył na mnie spode łba, teściowa groziła, że obcej baby przez próg nie wpuści. Kiedy po czterech dniach wrócili z wakacji, obora czysta, krowy najedzone, poziom udoju w normie. Gospodarz ze szczęścia postawił butelkę nalewki i zarezerwował kolejny termin — opowiada ze śmiechem.
Odwiedzam ją w jej domu w Orzeszu niedaleko Katowic. Po podwórku gonią się wyprostowane jak strzały biegusy indyjskie. Na ganku śpi niedawno okocona kotka ze swoimi małymi. Drzwi otwiera mi uśmiechnięta kobieta w średnim wieku. W jej ruchach widzę zarówno siłę, jak i naturalną lekkość.
— Jak to się stało, że filolożka znająca cztery języki obce rzuciła dobrze płatną pracę w korporacji i postanowiła zajmować się gospodarzeniem? — pytam Aleksandrę.
— Codziennie rano mieliśmy krótką odprawę. Liderka mobilizowała nas do wysłania większej liczby maili do klientów. Trudno było mi się odnaleźć. Stałam z przyklejonym czołem do wielkiej szyby na siódmym piętrze, patrzyłam w dół i myślałam: „Co ja tu robię?”. Do dziś nie rozumiem sensu tej pracy. Zrobiłam mały rachunek sumienia: miałam 28 lat i wiedziałam, że w żadnym biurze dłużej nie pociągnę — odpowiada.
Najpierw był Bukareszt, później Kraków. Pracę w dziale zobowiązań księgowych zostawiła po czterech latach. Od razu zapisała się do dwuletniego policealnego technikum weterynaryjnego. Naukę dzieliła z wychowaniem dziecka, a jej znajomi pukali się w czoło. Trudno było im zrozumieć, dlaczego z dyplomem uczelni wyższej wybrała pracę w oborze.
„Chciałam pracować ze zwierzętami, czuć, że robię coś prawdziwego, namacalnego”
Doić krowy nauczyła ją babcia, kiedy miała 4 lata. Spędzała u niej każde wakacje. Pierwszą pracę po uzyskaniu dyplomu otrzymała w Ośrodku dla Osób Niepełnosprawnych w Borowej Wsi pod Mikołowem. Były tam krowy i byki. Aleksandra pomagała osobom z niepełnosprawnością intelektualną w ergoterapii, czyli terapii przez pracę.
— Byliśmy półzootechnikami, półterapeutami. Tam pierwszy raz dotknęłam dojenia, obrządku, wyrzucania obornika, opieki nad cielętami. To było to! Po dwóch latach uznałam, że jestem gotowa na coś większego. Zatrudniłam się w wielkim PGR-ze na 230 krów w doju — opowiada.
Jednak tę ostatnią wspomina jako orkę przez 12 godzin dziennie za mizerne pieniądze.
— Pakowałam chore dziecko do samochodu i jechałam doić. Uważałam, że praca jest najważniejsza. Byłam durna. Zajeżdżałam się fizycznie i psychicznie. Schudłam pięć kilogramów. Mimo wszystko chciałam pracować ze zwierzętami, czuć, że robię coś prawdziwego, namacalnego — słyszę.
„Ma pieniądze, to i ma fantazję”. Robotnicy tracą pracę, miliarder buduje pomnik Maryi
O istnieniu mobilnych dojarzy Aleksandra dowiedziała się przez przypadek od znajomych rodziny. Wówczas takie usługi oferowało kilku mężczyzn na Podlasiu. Od razu pomyślała, że to może być praca jej marzeń. Był początek 2021 r.
— Siedzieliśmy w pokoju z przyjaciółmi przy piwie. Nagle wypaliłam, że otwieram firmę. Wzięłam telefon i założyłam stronę internetową: „Mobilny dojarz — profesjonalne usługi udojowe” — opowiada ze śmiechem.
Po kilku dniach rozdzwoniły się pierwsze telefony. W pierwszym roku działalności miała już sześć stałych zleceń. I stopniowo przekonywała do siebie kolejnych gospodarzy.
W branży mobilnego dojenia działa w Polsce niespełna dziesięć osób, z czego zarejestrowane są zaledwie dwie lub trzy z nich.
— Osób, które próbują to robić, jest w całej Polsce ok. dziesięciu. Większość działa po koleżeńsku, dorabiając do wypłaty. Ja od razu napisałam biznesplan i poszłam po dotację na rozpoczęcie działalności. Kiedy zakładałam firmę, w urzędzie pracy mieli wątpliwości, czy z dojenia cudzych krów da się w ogóle utrzymać — mówi rozbawiona.
Jej biznesplan zakładał zarobki w granicach 15 tys. zł miesięcznie i udaje jej się go wciąż realizować. — Gdybym miała zarabiać mniej, rzuciłabym to w cholerę. Przecież nie ma mnie w domu przez całe tygodnie, dziecko niemal wychowują dziadkowie, żyję w ciągłej rozjazdowej delegacji — zauważa.

Zdjęcia własne
Aleksandra Miguła
Zdobyć zaufanie gospodarza
Zaufanie to fundament tej pracy. Krowa mleczna nie działa jak maszyna, którą można wyłączyć za pomocą guzika. Zdrowa sztuka kosztuje minimum 8 tys. zł. Całe stado to dorobek życia budowany przez pokolenia. Dlatego wizja oddania tego w ręce obcej osoby paraliżuje wielu gospodarzy.
— Istnieje wiele zagrożeń w mojej pracy. Możesz zepsuć partię mleka poprzez wydojenie antybiotyku, przeoczyć zapalenie wymienia, lub przynieść zarazę na butach z innego gospodarstwa. Wtedy niszczysz ich dorobek. Dlatego stosuję wyśrubowane procedury: odkażam buty, mam osobną odzież do każdego gospodarstwa. I przede wszystkim ubezpieczenie OC na 120 tys. zł — mówi Aleksandra, energicznie wstając od stołu.
Podchodzi do szafy i wyciąga z niej stertę gęsto zapisanych kartek. Są przybrudzone, bo podczas nieobecności gospodarzy służą za instrukcję obsługi dla poszczególnych krów, ale nie tylko. Aleksandra czyta je z rozbawieniem w głosie.
Wenus i Landrynka piją dwa razy dziennie po cztery litry mleka. Gdyby pojawiła się biegunka — dojenie o 5:00 i 17:00. Aktualnie są 22 krowy. Nie ma sztuk na antybiotykach. Te sztuki doją się ciężko do kubka. Karmimy jałówki. Rolex to kot. Dziękujemy, miłej pracy.
W poniedziałek oddać paczki kurierowi. Zabezpieczyć koziarnię na noc. Kózki wyprowadzać do lasu. Nie otwierać furtki nikomu. I koniecznie pograć piłeczką z pieskami.
Ola, jak podoicie, błagam cię, wyprasuj mi welon, bo za dwie godziny mam ślub, a muszę lecieć na salę!
I ja wtedy wyprasowałam ten welon! — śmieje się Ola i dopowiada. — Czasem zdarza mi się być zarazem dojarzem, opiekunką do dzieci, kwiaciarką, krawcową i stróżem w jednym.
Najwięksi producenci mleczni wykorzystują na co dzień roboty udojowe. Urządzenie przypomina skrzynię ze skanerami laserowymi i manipulatorami myjącymi strzyki. Koszt takiego robota to 750 tys. zł. Wtedy praca gospodarza sprowadza się do monitorowania stanu zdrowia krów i pracy maszyny.

Zdjęcia własne
Gospodarstwo które regularnie odwiedza Aleksandra
— Na małych i średnich gospodarstwach nikt w to nie zainwestuje, bo marżę zjadają koszty paszy i wahania cen skupu. Roboty udojowe potrafią wysyłać po kilka powiadomień w środku nocy. Maszyny nie zastąpią jednak oka człowieka. Dziś to ja jestem dla tych ludzi jedyną szansą na to, żeby mogli uczestniczyć na całej uroczystości ślubnej córki albo pojechać do szpitala na operację biodra — zauważa z uśmiechem.
„Wstaję o 3:50. O 4:15 jestem w oborze.”
— Wstaję o 3:50. O 4:15 jestem w oborze. Jeśli to hala udojowa, skręcam rury, zakładam filtry, zaganiam stado. Piana dezynfekcyjna do strzyków, mycie, podłączenie aparatów. Krowa doi się średnio sześć minut, niektóre dłużej — to trzeba wychwycić. Potem dipping chroniący strzyki przed bakteriami i zaganianie kolejnej partii. Jak skończysz, musisz pamiętać o jednym: przełożyć rurę z basenu do kanalizacji. Jeśli o tym zapomnisz i włączysz mycie dojarki, detergent wleci prosto do mleka w schładzalniku. Kilka ton surowca pójdzie wtedy do ścieku. I to w najlepszym wypadku do ścieku — podkreśla Ola.
W oborach uwięziowych jest trudniej. Krowy stoją tam przypięte łańcuchami w rzędzie. Dojarz chodzi wzdłuż kanału gnojowego z ciężkim aparatem udojowym i schyla się kilkadziesiąt razy na godzinę.

Zdjęcia własne
Aleksandra Miguła
— Odcinek lędźwiowy w kręgosłupie to czuję. Bez siłowni i stałej opieki fizjoterapeuty nie pociągnęłabym długo — mówi. — Ludzie pytają mnie: „Po co ci siłownia, skoro masz ruch w pracy?” Moja praca to jednostronne obciążenia, mięśnie siadają, a stawy się ścierają. Aby pracować w oborze, trzeba być w miarę sprawnym. Mnie mobilny dojarz nie zastąpi.
Do tego dochodzi element psychologiczny. Krowa waży 700 kg. Zdaniem Aleksandry zwierzęta wyczuwają strach na odległość, a wtedy trudno przewidzieć ich zachowanie.
— Wchodzisz do obory na pewniaku. Jak się zawahasz, dostaniesz kopa i wylądujesz na ścianie. Niedawno dostałam rykoszetem w przedramię. Skończyło się krwiakiem na połowę ramienia.
— Ja na te krowy patrzę i nie widzę bydła, tylko to, która ma gorszy dzień, nie przeżuwa, która gorączkuje, a u której zaczyna się zapalenie wymienia — tłumaczy z troską w głosie. — Jeśli krowa dostaje antybiotyk, jej mleko nie może trafić do basenu. Taka sztuka dostaje spray na grzbiet, opaski na pęciny i kokardę na ogon. Doi się ją osobno i jej mleko wylewa. Mleczarnia bada każdą dostawę. Jeśli wykryją antybiotyk w dostawie, wycofują całą cysternę.
Co wie o tobie firmowy informatyk? Ekspert ma kilka kluczowych wskazówek
Jak zmienia się polska wieś?
W raporcie Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) The Future of Jobs Report analitycy kreślą wizję rynku pracy: do 2030 r. znikną miliony stanowisk biurowych, asystenckich i księgowych — zastąpią je sztuczna inteligencja i jej algorytmy. Na czele zawodów o największym wzroście liczbowym w skali globu znaleźli się pracownicy rolni — przewiduje się przyrost o 35 mln miejsc pracy w tej branży.
W Polsce te dane zderzają się z demograficzną rzeczywistością. Według Eurostatu tylko 21 proc. osób zarządzających gospodarstwami w Polsce ma mniej niż 40 lat.

Zdjęcia własne
Aleksandra Miguła
Z badania Ministerstwa Rolnictwa „Polska Wieś i Rolnictwo 2025” wynika, że zaledwie 27,5 proc. rolników ma komu przekazać ziemię z gwarancją kontynuacji produkcji. Co piąty rolnik zamierza zlikwidować swoje gospodarstwo natychmiast po przejściu na emeryturę.
— Kiedyś na wsi było piętnaście małych gospodarstw. Jak ktoś szedł na wesele, szwagier albo sąsiad przychodził i wykonywał pracę za dwóch. Dzisiejsze gospodarstwa są inne. W oborach stoi przeważnie więcej niż 20 krów. Kto to obrobi? Nikt nie ma czasu, każdy pracuje przy własnych zwierzętach.
Młodzi nie garną się do pracy w rolnictwie. U gospodarzy, których regularnie odwiedza Aleksandra, starszy syn ma dopiero 26 lat, a już dziś zarabia 15 tys. w warszawskim banku. Planuje budowę domu na przedmieściu. Młodszy jeszcze studiuje, ale żaden nie przejmie obory.
Dojenie krów to wyrok bez prawa do przepustki — tłumaczy Ola. — Świnie nakarmisz, sprawdzisz wentylację i masz spokój; jeśli nic akurat się nie prosi. Krowa mleczna musi być wydojona co dwanaście godzin. Kiedy tego nie zrobisz, pojawia się zagrożenie zapalenia wymienia, co wiąże się z gorączką i bólem — zwierzę cierpi.
Przez lata awans społeczny w Polsce oznaczał jedno: ucieczkę ze wsi do miasta. Natomiast poziom sukcesu wyznaczał charakter zawodu. Im mniej było tam pracy rąk, tym większą estymą cieszył się pracownik.
„Tusk mnie rozczarował, teraz głosuję na Brauna”. Część klasy średniej skręca na prawo. Socjolog wyjaśnia powód
„Docenienie fizycznego wymiaru pracy może stać się jedną z większych zmian poznawczych najbliższych lat” — piszą Joanna Erbel i Olga Turno w swoim raporcie „Praca, której nie zabierze ci AI — o rolnictwie i naszej przyszłości”.
„Prestiż, wyższe zarobki i poczucie bezpieczeństwa zawodowego wiązano z pracą biurową, ekspercką, analityczną, kreatywną i menedżerską. Praca przy ziemi, w warsztacie, w przetwórni, w opiece, w magazynie czy w usługach infrastrukturalnych była często opisywana jako mniej nowoczesna, mniej rozwojowa, słabiej płatna i łatwiejsza do zastąpienia. Rozwój generatywnej sztucznej inteligencji zmienia ten porządek” — zauważają analityczki z CoopTech Hub.
— Dziś ci sami ludzie, którzy wypełniają identyczne tabelki w Excelu od dziesięciu lat, dzwonią do mnie i mówią: „Ola, zazdroszczę ci. Też bym chciał rzucić to wszystko i doić krowy”. Zawsze wtedy odpowiadam: „Podaj rozmiar buta, kupię ci gumowce i dam adres obory na Podlasiu. Zobaczymy, po ilu godzinach w gnoju uciekniesz z powrotem do klimatyzowanego biura”.