Plan, o którym rzekomo mówił Ratcliffe, dotyczył domniemanego rosyjskiego ataku na NATO — coś, przed czym różne rządy zachodnie ostrzegają już od pewnego czasu.
Jednak rzeczywistość może być bardziej złożona. Rzeczywiście, piątkowe doniesienia wskazywały, że źródła wywiadowcze uważają, iż rosyjski przywódca nie chce bezpośredniego starcia zbrojnego z sojuszem, ma jednak „apetyt” na prowadzenie „operacji hybrydowych” przeciwko jego państwom członkowskim.
To z kolei naraża je na ryzyko „błędnej oceny sytuacji”, która mogłaby przypadkowo wywołać konfrontację z NATO — ostrzegają zachodni urzędnicy.
Jakie więc opcje Rosja naprawdę może rozważać? Jaki mógłby być jej cel? I w które miejsce — lub miejsca — w regionie północnego Atlantyku mógłby spaść rosyjski cios?
To najczęściej omawiana z opcji leżących na biurku prezydenta Rosji Władimira Putina. Odkąd w 2014 r. rosyjskie oddziały rozprzestrzeniły się po Krymie i na Donbasie, zachodni stratedzy snują teorie na temat powtórki tej sytuacji w krajach bałtyckich.
„Aktywiści” — a w rzeczywistości tajni rosyjscy agenci — organizowaliby protesty w związku z jakimś sfabrykowanym zarzutem dotyczącym mniejszości etnicznej Rosjan w takich miejscach, jak estońskie miasto Narwa czy łotewskie miasto Daugavpils. Pod przykrywką „protestów” rosyjskie oddziały — początkowo niezauważone i ubrane po cywilnemu — przekraczałyby granicę i przejmowałyby kontrolę nad kluczowymi miastami.
Teoretycznie NATO znalazłoby się w rozterce: czy to rosyjski atak, czy tylko wybuch ulicznej demokracji? Sprawa dla wojska czy dla policji? Czy strzelać do „protestujących”?
A podczas gdy NATO wahałoby się, żołnierze w mundurach mogliby wkroczyć, by „zapewnić spokój”. W ciągu kilku dni Rosja mogłaby faktycznie przejąć kontrolę nad częścią terytorium NATO.
Ocena: Problem z tym scenariuszem polega na tym, że trudno jest powtórzyć tę samą sztuczkę dwa razy. Od czasu wydarzeń na Krymie rządy Estonii, Łotwy i Litwy przygotowują się właśnie na taki scenariusz. Tym razem taka taktyka nie spotka się z wahaniem. Jeśli na ulicach Narwy pojawią się odpowiedniki tajemniczych krymskich „małych zielonych ludzików” z 2014 r., zostaną po prostu zastrzeleni.

VIKTOR DRACHEV / AFP / AFP
„Zielone ludziki”, czyli niezydentyfikowani żołnierze na lotnisku w Symferopolu, Krym, 28 lutego 2014 r.
Scenariusz nr 2: konwencjonalny atak na sąsiednie państwa
To najgorsza, ale najmniej prawdopodobna opcja: bezpośredni atak konwencjonalny. Jednoczesna inwazja rozpoczęta z Królewca i Białorusi przecina przesmyk suwalski, wąski odcinek granicy między Polską a Litwą.
W międzyczasie rosyjscy spadochroniarze lub marines lądują na Gotlandii, szwedzkiej wyspie na Morzu Bałtyckim, i tworzą parasol obrony powietrznej, który neutralizuje przewagę sił powietrznych NATO i uniemożliwia zaopatrzenie z powietrza.
Trzy państwa bałtyckie zostają teraz odcięte od reszty NATO zarówno na lądzie, jak i w powietrzu. Zaprawione w bojach jednostki dronów, świeżo przybyłe z frontu w Ukrainie, zalewają niebo bezzałogowymi statkami powietrznymi (UAV), niszcząc odizolowane oddziały bałtyckie i sojusznicze — w tym 900-osobową brytyjską grupę bojową rozmieszczoną w Estonii — zanim te zdążą nawet dostrzec rosyjskiego żołnierza, by odpowiedzieć ogniem.
Oddziały NATO, nieprzyzwyczajone do wojny dronowej w stylu ukraińskim, szybko ulegają. Rosyjskie siły lądowe odsuwają na bok resztki przeciwnika, wkraczając do Tallinna, Rygi i Wilna.
Ocena: Podobnie jak w przypadku scenariusza krymskiego, ta opcja była przedmiotem szeroko zakrojonych ćwiczeń. Konwencjonalne siły Rosji są tak całkowicie zaangażowane w Ukrainie, że obecnie w zasięgu uderzenia od granicy z Estonią nie ma żadnej dużej jednostki gotowej do walki. Sytuacja ta sprzyja również Zachodowi, jeśli chodzi o jego mocne strony. — Jeśli rosyjskie oddziały przekroczą granicę z Estonią, wszyscy wiedzą, co należy zrobić — mówi Mark Galeotti, ekspert ds. rosyjskich służb bezpieczeństwa. Rosyjskie siły inwazyjne zostałyby zaatakowane, a siły powietrzne i rakietowe NATO zostałyby skierowane przeciwko jednostkom wsparcia na tyłach.
Scenariusz nr 3: „przypadkowe” wtargnięcie
Tu istotą jest niejednoznaczność. Rosyjski helikopter ma awarię silnika i dokonuje „awaryjnego lądowania” tuż za granicą z Królewcem, rosyjską eksklawą nad Bałtykiem.
Wysyłana jest „ekipa ratunkowa”, aby zabezpieczyć miejsce zdarzenia na terytorium sąsiedniej Polski lub Litwy i sprowadzić załogę z powrotem. Ekipa ratunkowa, być może nieuzbrojona, z pewnością nie stanowi rodzaju inwazji, przed którą ma chronić artykuł 5 NATO.
Jednak nawet jeśli Rosjanie szybko się wycofają, zdążą zademonstrować zdolność Rosji do bezkarnego wkraczania na terytorium NATO.
Istnieje wiele wariantów scenariusza „zagubionego helikoptera”, w tym rakiety i drony „przypadkowo” przelatujące nad Ukrainą i rozbijające się w Polsce, Rumunii i Mołdawii. W ostatnich miesiącach rośnie liczba właśnie tego rodzaju „wypadków”.
Ocena: Centrum Analiz Polityki Europejskiej (CEPA) w niedawnym raporcie wymieniło pięć stopni eskalacji takich ataków, od pojedynczego wtargnięcia lub sondowania granicy, aż po masowe wtargnięcie lub atak hybrydowy o dużym zasięgu.
Wszystkie mają na celu „działanie poniżej progu [otwartej wojny], aby wykorzystać fakt, że rządom zachodnim trudno jest szybko zrozumieć, co się stało, zidentyfikować sprawcę, a następnie określić, czy ma do czynienia z aktywną wojną, czy też nie. Zanim więc zakończą ten proces, sytuacja ulegnie zmianie, a Rosjanom uda się uniknąć konsekwencji” — mówi Sam Greene, profesor polityki rosyjskiej w King’s College London i jeden z autorów raportu CEPA.
— Ma to na celu jasne pokazanie, że możliwe jest wyrządzenie szkód na znacznie większą skalę, wzbudzenie strachu wśród zachodnich decydentów, a tym samym zmianę ich kalkulacji dotyczących stopnia, w jakim chcą wspierać Ukrainę — dodaje.
Scenariusz nr 4: operacja pod fałszywą flagą
W najprostszym ujęciu wtargnięcia są krótkotrwałe i niepowodujące ofiar śmiertelnych, służąc przede wszystkim wysłaniu sygnału. Jednak zachodni eksperci ds. bezpieczeństwa zaczęli ostatnio szeptać, że Rosja może planować coś bardziej dramatycznego.
Coraz częściej pojawiają się doniesienia, że Kreml gromadzi zdobyte lub rozbite ukraińskie drony, które mógłby wykorzystać w ataku pod fałszywą flagą, aby podważyć jedność NATO i osłabić poparcie dla Ukrainy, udając, że masowy atak powietrzny na Rosję zakończył się tragicznie i zamiast tego uderzył w państwo położone na linii frontu. Polska, w której już odnotowano wzrost nastrojów antyukraińskich, mogłaby być kuszącym celem takiego ataku.
Ocena: Jest to bardziej prawdopodobne niż atak w stylu krymskim na sąsiednie państwa NATO i mogłoby przynieść pożądany efekt polityczny. Jednak, jak twierdzi Keir Giles, współpracownik ds. Rosji i Eurazji w Chatham House, „chociaż przebieg początkowego incydentu może być dość prosty, mniej jasne jest, w jaki sposób Rosja wykorzystałaby go i przekształciła w okazję do osłabienia NATO jako podstawy dla dalszych działań”. — Jak dokładnie wyglądałaby sekwencja wydarzeń od momentu wywołania przez Rosję incydentu powodującego podziały do osiągnięcia przez nią celu, jakim jest zneutralizowanie NATO? — pyta retorycznie ekspert.
Scenariusz nr 5: sabotaż w Europie
Rosja nie musi jednak ograniczać się do państw pierwszej linii [na wschodniej flance NATO]. Już wcześniej wykazała się zdolnością do prowadzenia operacji sabotażowych i zamachów na terenie całej Europy, często atakując kraje, które są być może mniej przygotowane na kłopoty niż jej bezpośredni sąsiedzi.
— Szukając słabych punktów NATO, powinniśmy spojrzeć poza państwa pierwszej linii, ponieważ są to trudne cele, a w całej Europie istnieją inne kraje, które są znacznie bardziej kuszące [dla Rosji] i stanowią znacznie bardziej atrakcyjne cele, które są — relatywnie rzecz biorąc — niechronione — mówi Giles.
Do ostatnich podejrzanych incydentów należą: dron z ładunkiem wybuchowym odkryty w pobliżu ukraińskiego samolotu na lotnisku w Lipsku w Niemczech 4 sierpnia oraz tajemnicza eksplozja we włoskim magazynie broni tydzień później.
Jednak obie te sytuacje łączy to, że nikomu nie wyrządziły krzywdy. Jeśli Putin szuka sposobu na przetestowanie NATO, logicznym kolejnym krokiem byłoby zlecenie operacji, która spowodowałaby ofiary śmiertelne.
Wykolejenie pociągu lub zbombardowanie fabryki, powodujące nie tylko straty gospodarcze, ale i wśród ludzi, mogłoby zapewnić „siłę przymusu”, której poszukuje Rosja — pod warunkiem, że uzna ona, iż NATO nie zareaguje zdecydowanie.
— Gdyby doszło do ataku sabotażowego powodującego poważne ofiary śmiertelne, sytuacja byłaby zła, ale czy w odpowiedzi na to wystrzelić rakiety? — zastanawia się Galeotti.
Ocena: Ponieważ Rosja nie może być pewna, jaki poziom użycia siły mógłby zmienić politykę Zachodu w pożądany przez nią sposób (czyli doprowadzić do zerwania lub poważnego ograniczenia wsparcia dla Ukrainy), zamiast wywołać zdecydowaną reakcję, której później by żałowała, takie operacje są obarczone dużym ryzykiem.
— Ryzyko nie polega na tym, że my śpimy, podczas gdy Rosja przygotowuje inwazję. Ryzyko polega na tym, że ponieważ po stronie rosyjskiej nie ma jasnej kalkulacji ryzyka i korzyści, mogą popełnić błąd — wyjaśnia Greene.
— Załóżmy, że dron przelatujący w pobliżu lotniska Schiphol [pod Amsterdamem] lub Charlesa de Gaulle’a [pod Paryżem] zderza się z samolotem pasażerskim i powoduje 200 lub 300 ofiar wśród ludności cywilnej na terytorium NATO. Nagle konieczna staje się reakcja znacznie bardziej zdecydowana niż jakakolwiek z dotychczasowych. Nagle mamy do czynienia z eskalacją, której żadna ze stron nie chciała — dodaje ekspert.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoScenariusz nr 6: atak cybernetyczny
Wojna cybernetyczna w dużej mierze należy do tej samej kategorii co sabotaż. Może uderzyć gdziekolwiek, trudno ją przypisać konkretnemu podmiotowi i może mieć potencjalnie katastrofalne skutki.
Wpisuje się ona również w niejednoznaczną kategorię „działań niewojskowych, ale potencjalnie mieszczących się w zakresie artykułu 5” — mówi Galeotti.
Technicznie rzecz biorąc, systemowe ataki cybernetyczne są uważane za podstawę do uruchomienia klauzuli zbiorowej obrony NATO. Jednak ze względu na swój charakter trudno je przypisać konkretnemu podmiotowi i nie jest jasne, na czym polegałaby odpowiedź.
Systemy opieki zdrowotnej są szczególnie narażone na przeciążenie — twierdzi Giles.
Hipotetyczny atak, który „spowodowałby awarię systemów komputerowych NHS [brytyjskiej publicznej ochrony zdrowia] odpowiedzialnych za transport krwi, tak że nikt nie wiedziałby, gdzie znaleźć krew grupy zero plus”, z pewnością kosztowałby życie wielu osób i wywołałby panikę — zaznacza Galeotti.
Nie musi to być jednak tak tragiczne w skutkach. Paraliż giełdy w celu wywołania paniki rynkowej lub zamknięcie kluczowego lotniska mogłyby spowodować ogromne utrudnienia, które mogłyby wpłynąć na proces podejmowania decyzji politycznych.
Ocena: Podobnie jak w przypadku wszystkich innych opcji, eksperci spodziewają się, że Kreml dostosuje takie ataki do poziomu tuż poniżej tego, który wywołałby znaczące działania odwetowe.
I właśnie w tym tkwi klucz do powstrzymania takich działań. Jeśli Ratcliffe z CIA dał Rosji jasno do zrozumienia, że proces ustalania odpowiedzialności i reagowania będzie przebiegał znacznie szybciej, niż jest do tego przyzwyczajona, „może to zacząć wymuszać pewną dyscyplinę w jej działaniach” — twierdzi Greene.