Tatiana Rybakowa to rosyjska dziennikarka i publicystka analizująca sytuację polityczną i gospodarczą Rosji.

Eksperci zaciekle spierają się o to, czy w Rosji nadejdzie kryzys, czy jej przemysł naftowy się utrzyma, czy Putinowi kończą się pieniądze. Im gorętsza jest dyskusja, tym wyraźniej widać jedno — że wszelkie dyskusje dotyczą tego, co wydarzy się w Rosji jutro lub co wydarzyło się wczoraj. Dzisiejszy dzień pozostaje nieznany.

Problemem jest oczywiście zamknięty charakter rosyjskich statystyk. Aktualne informacje i dane są niedostępne, a te udostępnione do wglądu wymagają wyrafinowanych obliczeń doprawionych własnymi domysłami i rzadkimi już szeptami osób pozostałych w systemie. Na podstawie tych fragmentarycznych danych jedni eksperci snują prognozy na przyszłość, inni odtwarzają przeszłość.

Moim zdaniem nie ma już sensu rozstrzygać, kto ma rację i czyje prognozy są dokładniejsze. W warunkach niedoboru i zniekształcenia danych nieuniknione błędy, przede wszystkim w zakresie terminów, stają się czymś na porządku dziennym. Czasami jednak zza zasłony tajemnicy wyłania się fragment obrazu, który przyprawia o dreszcze.

Niedawno agencja Bloomberg, łącząc jeszcze publicznie dostępne informacje z przeciekami, ustaliła, że w kwietniu w Rosji skończyły się pieniądze.

Oczywiście nie dosłownie, a na rachunkach Skarbu Państwa — powstał tam deficyt wynoszący 5,5 bln rubli (237,8 mld zł). Aby zobrazować skalę katastrofy, przypomnijmy — w zeszłym roku na tych rachunkach było 8 bln rubli (345,9 mld zł). W tym roku rząd utajnił informacje o wolnych saldach na rachunkach, ale ekonomista Siergiej Aleksaszenko oszacował je na 4,5 bln rubli (194,5 mld zł). Pomylił się. Nie dlatego jednak, że jest złym ekonomistą — po prostu nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie rzeczywistych wydatków Kremla na wojnę.

Dlaczego ta wiadomość wprawiła mnie w osłupienie? Na rachunkach skarbowych przechowywane są środki budżetowe przeznaczone na określone wydatki. Z reguły pieniądze otrzymane z budżetu są rozdzielane między odbiorców, ale należy je przekazywać albo regularnie (na przykład wynagrodzenia pracowników sektora publicznego), albo po wykonaniu przez nich określonych prac w ramach zamówienia państwowego.

W rzeczywistości nie leżą one bezczynnie — środki z jednolitego rachunku skarbowego są deponowane w bankach poprzez transakcje repo (zabezpieczenie obligacji) i swapy walutowe (to umowa dwóch stron o wymianie kwot w różnych walutach na start, a potem ich zwrocie w przyszłości po ustalonym kursie). Biorąc pod uwagę obecne wysokie stopy procentowe, takie operacje przynoszą dochód przekraczający 10 proc. w skali roku. Zasadniczo salda na rachunkach skarbowych obejmują nie tylko niewykorzystane limity płatności, ale także dochód z lokowania dostępnych środków.

Czy teraz rozumiecie skalę katastrofy, która wybuchła w kwietniu? Ministerstwo Finansów nie tylko przejęło cały dochód zgromadzony z lokowania środków na pokrycie wydatków, nie tylko wykorzystało wszystkie środki, które miały zostać przelane później (obniżając w ten sposób przyszłe dochody odsetkowe — pieniądze nie zostały zainwestowane), ale także wycofało te pieniądze, które należało wypłacić właśnie teraz. Masowe zaległości w wypłatach wynagrodzeń dla pracowników sektora budżetowego w maju są teraz całkowicie zrozumiałe — pieniądze „zostały wysłane” na wojnę.

Trzy źródła dochodów

W tym miejscu należy wyjaśnić jeden fakt. Gdy w budżecie występuje deficyt, czyli wydatki przewyższają dochody, tę dziurę można załatać na kilka sposobów. Rosyjskie Ministerstwo Finansów stosuje trzy główne sposoby:

  • pożyczka (emisja obligacji OFZ),
  • wykorzystanie środków z Funduszu Narodowego Dobrobytu,
  • wykorzystanie wolnych środków na rachunkach skarbowych.

Dwa ostatnie sposoby są barbarzyńskie. Fundusz Narodowego Dobrobytu został utworzony po pierwszej reformie emerytalnej, aby w z góry znanym okresie deficytu Funduszu Emerytalnego uzupełnić jego niedobór. Początkowo jednak środki te były wykorzystywane do zakupu akcji spółek — tyle że w przeciwieństwie do norweskiego funduszu emerytalnego nie były to akcje zagraniczne i przynoszące zyski, lecz krajowe i znajdujące się w trudnej sytuacji.

Następnie władze zaczęły inwestować środki w projekty infrastrukturalne — ponownie takie, w których wydatki są gigantyczne i to już teraz, a dochody wątpliwe i gdzieś za horyzontem. Później rządzący w ogóle przestali się krępować i w momencie, gdy rosyjski budżet przeszedł z nadwyżki do deficytu, sięgali po środki z Funduszu Narodowego Dobrobytu tak desperacko, jak narkoman sięga do znalezionego przez siebie zapasu pieniędzy swoich bliskich, przestając nieśmiało wyciągać po jednym banknocie z pliku.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jeśli chodzi o Skarb Państwa, Kodeks Budżetowy zezwala na wykorzystanie dostępnych na nim sald do pokrycia deficytów. Pierwotnym zamysłem było jednak pokrycie śródrocznych luk w przepływach pieniężnych — w przypadkach, gdy pieniądze wpłyną jutro, a płacić trzeba już teraz. I oczywiście finansowanie deficytu jest dozwolone jedynie z dostępnych sald, a nie ze środków przeznaczonych na płatności.

Aukcje Ministerstwa Finansów mające na celu wprowadzenie nowych obligacji (OFZ) szły jednak coraz gorzej — banki, główni nabywcy długu publicznego, domagały się wyższej rentowności, coraz bardziej wątpiąc w wiarygodność tych papierów wartościowych. Skończyło się na tym, że w lipcu Ministerstwo Finansów zawiesiło aukcje — ostatnie trzy zakończyły się fiaskiem.

Jeśli chodzi o Fundusz Narodowego Dobrobytu, w momencie lipcowego załamania na moskiewskiej giełdzie krążyły pogłoski, że akcje wyprzedaje jakiś „gruby gracz” — na sesjach notowano ogromne wolumeny sprzedaży. Kim był ten podmiot? To pozostało tajemnicą. Istniało jednak podejrzenie, że to Fundusz Narodowego Dobrobytu sprzedaje akcje, które kiedyś nabył. Jeśli tak było, można stwierdzić, że w tamtym momencie nawet w „skarbonce” funduszu nie pozostały już żadne wolne środki.

Co dalej?

Oprócz trzech głównych metod finansowania deficytu istnieją też inne, mniej przyjemne lub trudne do zrealizowania w rosyjskich warunkach.

Najlepszym rozwiązaniem jest zwiększenie dochodów. Zostało to już zrealizowane poprzez podwyższenie stawki VAT z 20 proc. do 22 proc. oraz rozszerzenie obowiązku jego płacenia na część małych przedsiębiorstw od 1 stycznia tego roku. I przyniosło to efekt — w ciągu pierwszych sześciu miesięcy dochody wzrosły o 426 mld rubli (18,4 mld zł). Blokada cieśniny Ormuz w trakcie konfliktu USA i Izraela z Iranem tylko w lipcu przyniosła wzrost dochodów budżetowych z ropy i gazu o 291 mld rubli (12,5 mld zł). Z powodu załamania cen na początku roku, silnego rubla oraz mechanizmu wyrównawczego w sektorze paliwowym (gdy budżet dopłaca do sprzedaży produktów naftowych na rynku krajowym po cenie niższej od światowej) wynik nadal jest jednak ujemny. Wpływy są niższe od ubiegłorocznych o około 17 proc.

Oczywiście wysokie ceny ropy nadal przynoszą budżetowi dodatkowe środki. Silny rubel stopniowo odchodzi jednak w przeszłość — nadal traci na wartości i, sądząc po wypowiedziach członków rządu, kurs dolara powyżej 90 rubli (3,88 zł) jest uważany za całkowicie zrównoważony. A biorąc pod uwagę fakt, że w pierwszym półroczu kurs był znacznie niższy od zaplanowanego w budżecie poziomu 92,2 rubla (4 zł) za dolara, kurs dolara na poziomie 100 rubli (4,31 zł) do końca roku zostanie uznany za akceptowalny.

Ukraina „powoli przegrywa” wojnę. Diabelsko skuteczna strategia Rosji ma ją rzucić na kolana. „Cudu nie będzie”Mężczyzna obserwujący pożar dużego magazynu opon w Buczy po rosyjskim ataku, Ukraina, 29 sierpnia 2026 r.

Wreszcie Ministerstwo Finansów wznowi aukcje — krążą pogłoski, że już we wrześniu zaoferuje obligacje typu „floater” (obligacje o zmiennych oprocentowaniu powiązane ze stopą procentową). Nie jestem pewna, czy w warunkach obniżania stopy referencyjnej przez bank centralny będą one cieszyć się dużym popytem, ale w końcu rząd może zmusić do tego banki państwowe, a także wywrzeć presję na pozostałe banki.

Deficyt budżetowy już w lipcu sięgnął prawie 6,5 bln rubli (259 mld zł) i nadal szybko rośnie. Oczywiste jest, że nie uda się go już pokryć wyłącznie dzięki wzrostowi dochodów z ropy i gazu, zadłużeniu, podatkom oraz korzyściom wynikającym z dewaluacji rubla. Skarbiec został opróżniony. Oznacza to, że nadszedł czas na bolesne decyzje.

Niektóre z nich zostały już podjęte. Według agencji Bloomberg finansowanie niewojskowych pozycji budżetowych zostało zmniejszone o 35 proc., podjęto także decyzję o redukcji etatów w federalnych resortach o 15 proc. Czy to pomoże? Jeśli wydatki wojskowe będą nadal rosły — nie. A będą rosły, nie ma co do tego wątpliwości — sądząc po wypowiedziach różnego rodzaju polityków i urzędników oraz samego Putina, Rosja zamierza walczyć długo. I najwyraźniej nie chce ograniczać się do comiesięcznego zdobywania Małej Tokmaczki.

Wpływy z podatków nie będą rosły — raczej spadną: same ataki Sił Zbrojnych Ukrainy na platformy handlowe zrujnowały miliony sprzedawców, a w ślad za nimi również tych, którzy produkowali dla nich towary. Co więcej — potrzebne będą pieniądze na ratowanie tonącej firmy Wildberries. Ile? To tajemnica państwowa. A potem dołączą do nich Ozon (druga największa platforma e-commerce w Rosji), rafinerie ropy naftowej oraz rolnicy, którym zboże gnije z powodu blokady Morza Azowskiego i Morza Czarnego. Dochody z ropy i gazu również nie będą rosły w nieskończoność — prędzej czy później albo cieśnina Ormuz zostanie otwarta, albo sprzedawcy znajdą drogi obejścia. Już sama umowa USA z Wenezuelą może pozwolić tym pierwszym na obniżenie cen ropy.

Jeśli nie można liczyć na długoterminowy wzrost dochodów, trzeba ciąć wydatki. A to oznacza, że zmniejszenie finansowania pozycji budżetowych o 35 proc. to dopiero początek. No i rubel prawdopodobnie zostanie zdewaluowany silniej, niż planowano: na przyszły rok ustalono kurs powyżej 95 rubli (4,09 zł) za dolara.

O tym, co dokładnie zostanie zrobione, dowiemy się jednak najprawdopodobniej dopiero po fakcie — kiedy odczujemy to w naszych portfelach. Na razie możemy jedynie albo pocieszać się tym, że pomimo bezprecedensowości zaistniałej sytuacji nie zapisujemy jeszcze przepisów na potrawy z komosy, albo przerażać się tym, do czego to może doprowadzić. Nie wiemy właściwie, co się dzieje — zdaniem władz nie powinniśmy tego wiedzieć. I to przeraża najbardziej.

Jedno jest jasne — władze nie potrafią sformować budżetu z tego, co zostało. Podejrzewam, że właśnie teraz rząd zacznie zastanawiać się, skąd jeszcze można zebrać pieniądze. Co wymyśli — nie wiadomo. Całej prawdy się nie dowiemy.