Piłka nożna jest brutalna, bezwzględna, pełna paradoksów. Może się bowiem okazać, że to Bartłomiej Drągowski będzie tym, który zwolni Aleksandara Vukovicia z posady trenera Widzewa Łódź. Ten sam Drągowski, który ma naprawdę dobry sezon, czasem broni w sytuacjach niebywałych, może nawet jest mocnym kandydatem do reprezentacyjnej bramki.

Natomiast jego błąd w meczu z Lechem, który kosztował Widzew punkt, był fatalny. Przecież obrońca Marcel Krajewski kontrolował sytuację, więc Drągowski powinien zostać w bramce. Odcięło mu myślenie. Wybiegł, minął się z piłką, a Luis Palma w ostatniej minucie meczu strzelił zwycięskiego gola.

ZOBACZ WIDEO: Legia uhonorowała Jędrzejczyka. Podniosły moment

Gdy rozmawiałem ze znajomymi, którzy byli na meczu w Łodzi, w 96. minucie poczuli się, jakby nagle, z niczego, dostali kijem baseballowym w głowę. Zupełnie niespodziewanie. To było
zamroczenie zmieszane z poczuciem rozczarowania, klęski.

Przecież przed sezonem, kolejnym zresztą, mówiło się, że drużyna ma powalczyć o tytuł mistrza Polski. W sumie nie do końca wiadomo, skąd takie wymagania, bo jednak kadrowo kilka zespołów jest na wyższym poziomie, natomiast faktem jest, że właściciel mówił wewnątrz zespołu, że interesuje go tytuł, kibice też nie kryją swoich ambicji.

Natomiast dziś, po sześciu kolejkach ligowych, Widzew ma sześć punktów i raczej nie ma podstaw do tego, by myśleć o czymś wielkim.

Problemem Widzewa, który najbardziej rzuca się w oczy, jest brak umiejętności kreowania sytuacji ze środka pola. Zespół, na który wydaje się fortunę, powinien umieć zdominować rywala, przytrzymać piłkę, grać w kombinacji, tak jak umie grać Lech. Oczywiście nie można oczekiwać od Widzewa, że z dnia na dzień stanie się Lechem, ale może próbować.

Gdybym miał zaryzykować, to powiedziałbym, że dni Vukovicia w Widzewie są policzone. Choć bardzo lubię go jako człowieka i szanuję jako trenera, logika mówi, że to kwestia czasu.

Po pierwsze, już przy pierwszym spotkaniu dyrektor sportowy, Łukasz Masłowski, miał powiedzieć do szkoleniowca „jesteśmy na siebie skazani”. To nie wynika ze złej woli dyrektora, po prostu ci dwaj panowie preferują zupełnie inną piłkę.

Widzew, mając tak potężny budżet, ma dziś 46 procent posiadania piłki. Jagiellonia, a więc zespół budowany przez Masłowskiego, ma dla porównania 57, w poprzednim sezonie miała 58. To mówi wiele. Jagiellonia, którą budował Masłowski, miała ambicje, by grać piłkę dominującą, kreować, tłamsić rywala.

Widzew „Vuko” jest wyraźnie nastawiony na fazy przejściowe, doskok, odbiór, szybką reakcję. Jeden chce kreować, drugi chce reagować. To są przeciwstawne style.

„Masło”, jak wskazuje wiele znaków na boisku, jest z tej szkoły, która mówi, że im więcej piłkę mamy my, tym mniej mają oni. Chce grać futbol techniczny, oparty na kombinacji. „Vuko” to trener, który uważa, że wynik jest celem nadrzędnym.

Nie chcę tu rozstrzygać, które podejście jest słuszne, bo przecież swoje okazje Widzew ma i mógłby mieć tych punktów nieco więcej, natomiast problem polega na tym, że wyniku nie ma. Serbski szkoleniowiec może jedynie odwołać się do cierpliwości i długotrwałego procesu budowania drużyny. A Robert Dobrzycki, właściciel klubu, raczej chce tu i teraz. Stąd moje przypuszczenia. Zaznaczam, że to jedynie przypuszczenia.

Można narzekać, że napastnicy są nieskuteczni, marnują sporo okazji. Tak, są. Natomiast też warto zauważyć, że brak kreacji ze środka powoduje, że Sebastian Bergier zajmuje zaledwie 13., a Karol Świderski 17. miejsce w lidze pod względem oddanych strzałów. Pomocnicy Kornvig czy Shehu choć piłkarsko mocni, prochu w ofensywie nie wymyślą, ale Fran Alvarez? On jest rozczarowaniem.

Pytanie, czy to wynika z jego umiejętności, czy nieodpowiedniego wykorzystania. Tego nie wiem. To dziwny zawodnik, tzw. piłkarz „na skróty”. Gdybym chciał zmontować mu film z najlepszymi zagraniami, to byłby to film spektakularny i każdy dyrektor sportowy wydałby na niego fortunę. Problem polega na tym, że w meczu nie widać tego, te przebłyski geniuszu są sporadyczne. Jest to zawodnik wyjątkowo chimeryczny. Efekt jest, jaki jest. Dużo pieniędzy, mało konkretów.

Kolejna sprawa to gra defensywna. W klasyfikacji „goli oczekiwanych”, ale dla rywala, Widzew zajmuje 15. miejsce w lidze, co oznacza, że linia defensywna Widzewa jest jedną z najgorszych. Mimo ogromnych środków, jakie w nią zainwestowano. Coś tu się nie zgadza.

I na koniec mentalność. Ciekawie uchwycił to Piotrek Wołosik z podcastu „Ofensywni”: „Doskonale pamiętam Widzew lat 90. Tak układające się mecze, jak z Lechem, były wręcz wymarzone, szczególnie przez drużyny Franza Smudy. Odrabiasz straty, trybuny ruszają, szaleją, a widzewiacy szukają zwycięskiego gola. A z Lechem? Remis i powrót do okopu. Nie kumam tego”.

No ja też nie. Widzew to nie jest tylko piłka, Widzew to charakter, to mentalność, to walka o wygraną do końca.

Robert Dobrzycki powoli na własnej skórze przekonuje się, że biznes piłkarski nie jest porównywalny z niczym. Tu ryzyko pomyłki, złego oszacowania potencjału, złego doboru taktyki jest na innym poziomie. A jeszcze dochodzi ten cholerny przeciwnik, który przecież też ma swój pomysł.

A teraz drużynę czekają dwa ciężkie mecze. Puchar Polski z Koroną i mecz ligowy z Radomiakiem. Jeśli chodzi o Koronę, za Jacka Zielińskiego Korona wygrała wszystkie pięć spotkań z klubem z Łodzi. Więc trzeba być przygotowanym na wszystko. Radomiak też potrafi każdemu napsuć krwi.

Dlatego to mogą być mecze o być albo nie być Vukovicia. Pytanie, co dalej? Bo tak naprawdę w klubie piłkarskim, jeśli ma odnieść on sukces, wszystko powinno współgrać. Klub powinien narzucić pewną koncepcję i pod nią szukać trenera, a potem zawodników. W polskiej rzeczywistości często jest tak, że najpierw dobiera się trenera i zawodników, by ze sobą współgrali, potem porzuca się plan, zatrudnia trenera z innym stylem, ale zawodnicy są ci sami. I tak się to kręci.

Do tej pory Widzew wyglądał na bogacza, który wchodzi do najdroższego sklepu i kupuje ubrania nie tak, żeby współgrały ze sobą, ale tak, żeby ludzie podziwiali wypasione logo markowych producentów. W ciągu roku klub wydał na transfery ponad 100 mln zł. Pieniądze niewidziane dotąd w polskiej piłce. Efekt? Walka o utrzymanie do samego końca poprzedniego sezonu.

W klubie liczą na to, że Masłowski, współtwórca sukcesów Jagiellonii, poukłada klocki, wdroży strategię i za jakiś czas łódź nie będzie dziurawa. Natomiast znając życie, radziłbym nabrać dużo powietrza i wstrzymać oczekiwania. Bo, jak mawiał trener Wojciech „Baryła” Łazarek, z budowaniem drużyny jest jak z miłością słoni. Dużo huku, a efekt po dwóch latach.

Marek Wawrzynowski, dziennikarz WP SportoweFakty