Katarzyna Surmiak-Domańska: Ukuła ją Wanda Likiernik, córka słynnego powstańca warszawskiego Stanisława Likiernika.

On opowiadał o swoich wojennych przeżyciach tak, jakby to była awanturnicza przygoda. Można było odnieść wrażenie, jakby podczas walki nie odczuwał strachu — a przecież trudno o bardziej oczywistą emocję, gdy mowa o tamtej rzeczywistości.

Wanda ma poczucie, że ojciec „wydmuchiwał” strach ze swoich opowieści tak, jakby to był dym z papierosa. Ona sama czuła się właśnie jak bibułka, na której ten niewyrażony strach się osadzał.

Twierdzi, że jest osobą bojaźliwą. Jako dziecko bała się wsiąść na konia czy skoczyć przez kozła na WF-ie. Być córką bohatera wojennego i odziedziczyć po nim akurat strach — trochę głupia sprawa, prawda?

Ona nam pokazuje, w jaki nieoczywisty sposób może zostać przekazana trauma wojenna. Coś podobnego wynikało z badań, które przeprowadzano wśród dzieci ludzi ocalałych z Zagłady. Ta „second generation” wychowywała się już we względnie normalnych czy nawet komfortowych warunkach w porównaniu z warunkami, w jakich żyli jej rodzice — a jednak doświadczała trudności psychicznych, nieraz większych niż u nich.

Pani znała te mechanizmy, prawda?

Do pewnego stopnia. Różne podskórne napięcia, przemilczenia czy udawaną nonszalancję rodziców w mówieniu o wojnie — to znałam doskonale. Ale dopiero zagłębienie się w historię rodzinną, w tym w przeżycia mojego ojca, pozwoliło mi zobaczyć, jak wojenna przeszłość oddziaływała na nas wszystkich.

„Może to dusze pomordowanych?” Pani Szura dba o pamięć ofiar rzezi wołyńskiejPani Szura i Magdalena Rigamonti

Mówi pani o pracy nad „Czystką”, czyli poprzednią książką?

Pisałam ją, żeby zrekonstruować historię mojej babci Franciszki Surmiak. Uszła z życiem z rzezi wołyńsko-galicyjskiej — jednak wyszła z niej jako osoba obłąkana. Ostatecznie zmarła w szpitalu psychiatrycznym na Opolszczyźnie 20 lat po zakończeniu wojny.

Często jesteśmy przekonani, że nasze doświadczenia domowe są wyjątkowe, niepowtarzalne. Ja też długo myślałam tak o sobie i swojej rodzinie. Po „Czystce” zaczęli się do mnie odzywać czytelnicy. Słyszałam od nich: u mnie w domu było tak samo. Ich liczba mnie zaskoczyła. Okazało się, że bezwiednie dotknęłam jakiegoś zjawiska psychospołecznego.

Katarzyna Surmiak-Domańska

Maciej Zienkiewicz / mat. prasowe

Katarzyna Surmiak-Domańska

Moja nowa książka powstała w dużej mierze właśnie dzięki rozmowom z czytelnikami „Czystki”. Była wśród nich np. Joanna Bulska, która prowadzi zakład kosmetyczny na Ursynowie. To od niej usłyszałam zdanie, które stało się tytułem: „Świat przed nami nie istniał”. Tak opisała sposób, w jaki opowiadali o przeszłości jej rodzice. Ich pamięć, poza drobnymi wzmiankami, niemal nie sięgała wojny, jakby „zaczynała się” w momencie, kiedy rodziły im się dzieci.

Są tu też rozmówcy, do których pani sama docierała.

Choćby reżyser Marcin Krzyształowicz — jego „Obława” opowiada o partyzancie, który likwiduje niemieckich konfidentów. Zobaczyłam ten film przypadkiem i uderzyło mnie jego napięcie emocjonalne.

Od razu wyczułam, że to wszystko jest zakotwiczone w osobistej historii.

Film jest dedykowany kapralowi „Wydrze” z AK. Był ojcem reżysera.

Byłam przekonana, że Krzyształowicz zdążył od premiery filmu w 2012 r. opowiedzieć o ojcu dziesiątki razy. Tymczasem okazało się, że nikt go o to publicznie szerzej nie pytał. Nie ukrywam, że bardzo mnie to ucieszyło.

„Wydra”, tak jak bohater grany przez Marcina Dorocińskiego, wykonywał wyroki na kolaborantach. Syn przez wiele lat nie miał pojęcia, na czym polegały szczególne zadania ojca w oddziale. Raz tylko ojciec wspomniał o tym zdawkowo podczas wycieczki w góry, gdy Marcin miał 12 lat.

Przeszłość dopadła Adama Krzyształowicza dopiero na starość — wył po nocach przez sen, zapadał się w sobie. Psychiatrka powiedziała: „odroczony stres wojenny”.

Skoro jesteśmy przy „Obławie” — w pani książce jest dużo odniesień kulturowych, od Szekspira przez piosenkę „Wojenka” Lao Che po oscarowe filmy. One mają nam coś ważnego powiedzieć.

Nie wpadłam sama na ten trop. Podrzuciła mi go prof. Maja Lis-Turlejska — psycholożka kliniczna, która od dekad bada zjawisko stresu pourazowego. Na zajęciach ze studentami bierze np. fragment „Henryka IV” i poleca im znaleźć objawy PTSD w tym, o czym opowiadają szekspirowscy bohaterowie.

Bodaj nawet w „Iliadzie” są wzmianki o tym, że człowiekowi potrafią się śnić sceny z dawno minionych bitew. Pisarze, poeci, a potem także filmowcy dostrzegali PTSD znacznie szybciej niż mogli je dostrzec przez swoje „szkiełko i oko” naukowcy.

Prof. Norman Davies o kulcie UPA: ta afera będzie kosztować Polskę w przyszłości

Przeczytaj całość artykułu!

Norman Davies

W Stanach odkryto i zdefiniowano PTSD dopiero w 1980 r. W klinikach dla weteranów z Wietnamu leczono ludzi, którzy mieli typowe objawy — ale latami nikt nie był w stanie połączyć ich cierpienia z przeżytą wojną. Tymczasem już w latach 70. wchodziły na ekrany kin filmy takie jak „Taksówkarz” czy „Łowca jeleni”, w których pokazywano ludzi, których wojna zniszczyła psychicznie.

Na filmowym przykładzie pokazuje też pani, jak sobie w Polsce „radzono” z traumą wojny krótko po jej zakończeniu.

Wie pan, jaki był pierwszy pełnometrażowy film w powojennej Polsce?

„Zakazane piosenki”? To znaczy: tak odpowiedziałbym odruchowo, gdybym nie przeczytał pani książki.

No właśnie. Tak naprawdę tym pierwszym filmem były „Dwie godziny” Stanisława Wohla i Józefa Wyszomirskiego.

Jesienią 1946 r. zapowiadano, że ten film lada moment wejdzie do kin — czytałam zapowiedzi w archiwalnych numerach „Filmu”. Tuż przed premierą produkcja niespodziewanie zniknęła. Przeleżała na półce do odwilży w latach 50. Zamiast tego w 1947 r. na ekrany weszły „Zakazane piosenki”. Kiedy zobaczyłam niedawno „Dwie godziny” w Internecie, zrozumiałam, dlaczego.

Jest jak studnia — tak pani o nim pisze.

Lubię „Zakazane piosenki”. Ten film zostawia nas z optymistyczną pointą zgodnie z zasadą: co nas nie zabije, to nas wzmocni. Twórcy „Dwóch godzin” pokazali jednak coś, co chyba było bliższe prawdzie. To, co w istocie dominowało w ówczesnym klimacie społecznym, to apatia, otępienie i ludzka psychika zrujnowana przez wojnę. W tym filmie nie ma nadziei.

Władza ludowa uznała, że nie czas na takie filmy. Cieszcie się — wojna się skończyła, Polska kapitalistów i obszarników upadła, a ta socjalistyczna podnosi się z gruzów, oczywiście przy pomocy bratniego narodu radzieckiego.

Okładka książki "Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach"

Wydawnictwo Agora

Okładka książki „Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach”

Komuniści byli wrodzy takim badaniom

Jest w tym jednak coś dwoistego — ten optymizm nie był chyba tylko dekretowany; odwoływał się do jakiejś społecznej potrzeby.

Jasne. Ona była autentyczna. Mnóstwo ludzi miało poczucie, że wojna ukradła im sześć lat, często zabrała im bliskich. Chcieli zostawić ten koszmar za sobą, cieszyć się życiem. Niektórzy mogli szczerze wierzyć, że lekarstwem na psychiczne urazy z okresu wojny będzie po prostu czas. Nieraz dopiero kilkadziesiąt lat później dowiadywali się, że to nie zawsze działa.

Chyba też nie bardzo mieli skąd się tego dowiedzieć. Także naukowcom kazano trzymać się z daleka od wojennych traum Polaków.

W pierwszych latach po wojnie badacze prowadzili bardzo ciekawe badania. Mówię przede wszystkim o Stefanie Baleyu, pierwszym polskim psychologu społecznym. Psycholożka Maria Kaczyńska próbowała z kolei badać, jak wojna odcisnęła się na kondycji moralnej polskiej młodzieży.

Ale to się szybko skończyło. Komuniści byli wrodzy takim badaniom. Lękali się psychologii, odrzucali psychoanalizę jako kojarzącą się z Zachodem, kapitalizmem i imperializmem. W przestrzeni publicznej nie było miejsca nawet na przypominanie wielu wojennych doświadczeń, choćby i powszechnych. Mam na myśli przede wszystkim krzywdy doznane z rąk Sowietów.

Opowiada pani historię o konkursie Ministerstwa Oświaty z 1946 r. Dzieci miały rysować swoje doświadczenia z okresu wojny i okupacji.

Te rysunki pojawiały się w różnych publikacjach. Tylko że najczęściej towarzyszył im komentarz typu: wow, wstrząsające, że dzieci to wszystko przeżyły i zapamiętały.

Kłopot polega na tym, że na tych rysunkach rzadziej znajdowało się to, co dzieci pamiętały naprawdę i co szczerze chciały rysować. Częściej to, co kazano im narysować. Instrukcje dla szkół wyraźnie mówiły, że chodzi o pokazanie tego, jak Polacy byli krzywdzeni przez Niemców — i tylko przez Niemców.

Nauczycielka opowiadała, jak hitlerowcy spalili fabrykę, np. w Biłgoraju — i dzieci siadały do pracy. Potem te rysunki miały być pokazywane na Zachodzie.

To w gruncie rzeczy opowieść o tym, jak władza lubi manipulować pamięcią. Tę o krzywdzie także.

Jedna z autorek rysunków wyznała po latach, że gdyby miała rysować swoje prawdziwe wspomnienia, wybrałaby tę noc, kiedy NKWD przyszło po jej ojca, akowca. Albo tę noc, gdy ubecy katowali jej brata w kamienicy, która sąsiadowała z ich domem. Obie z matką słyszały jego krzyki.

Takich rzeczy jednak nie wolno było rysować. Taka praca, nawet gdyby powstała, na pewno nie trafiłaby na żaden konkurs. Armia Czerwona czy NKWD to byli bohaterowie.

Cyniczne manipulowanie pamięcią uderzyło mnie tym bardziej, że wykorzystywano do tego dzieci. Motyw dzieci świetnie nadaje się do emocjonalnego szantażu. Kojarzy pan pomnik „Rzeź Wołyńska” w Domostawie?

Przyglądałem mu się niedawno bliżej, jeszcze nie wiedząc, że poświęci mu pani fragment swojej książki. Jest to rzecz straszna, nie tylko w sensie estetycznym.

Mamy tam dziecko nadziane na widły, dziecięce główki nadziane na sztachety, matkę z dzieckiem wychodzącą z płomieni… Naprawdę nie trzeba mi tłumaczyć, jak wyglądała rzeź na Wołyniu czy w Galicji Wschodniej — ale to epatowanie cierpieniem właśnie dziecięcym to nadużycie.

Pomnik ofiar Rzezi Wołyńskiej w Domostawie na Podkarpaciu

Zdzislaw Surowaniec/REPORTER / East News

Pomnik ofiar Rzezi Wołyńskiej w Domostawie na Podkarpaciu

Wymiary żałoby

I zarazem punkt wyjścia do rozmowy o tym, jak na prawdziwych skądinąd krzywdach można hodować bardzo toksyczne emocje — osobiste i zbiorowe. Tu dochodzimy do wątku tzw. złej żałoby.

Złej, a dosłownie: nieprawdziwej żałoby — „non-authentic mourning”. Tak to sformułował brytyjski psychoanalityk Earl Hopper.

Chodzi o żałobę, która nie spełnia swego psychologicznego zadania. W żałobie chodzi nie tylko o to, by oddać hołd umarłemu. Chodzi także o to, by opłakujący go człowiek mógł uleczyć ból po stracie i pójść dalej ze swoim życiem.

Hopper nie pisał o Polsce i Polakach — ale sądzę, że w jego obserwacjach świetnie możemy się przejrzeć.

Pierwszy wymiar tej żałoby jest sentymentalny. Co to znaczy?

Chodzi tu o celebrowanie swojej roli ofiary i swojej wyjątkowości w tej roli. To ciągłe podbijanie polega na przywoływaniu obrazów z przeszłości: ach, jaka krzywda nas spotkała — od losu, od wrogów, od całego świata — ach, jak my cierpieliśmy; nikt tak nie cierpiał!

Drugi wymiar jest odwetowy: za wszystko, co nas złego spotkało, trzeba się zemścić. Najlepiej byłoby oczywiście zemścić się na sprawcy — ale jak się nie da, bo sprawca na przykład nie żyje — można to przenieść na jakąś jednostkę czy grupę w ramach odpowiedzialności zbiorowej. To też znamy.

Ten wymiar jest chyba najbardziej złowrogi — historia ludzkości naznaczona jest właśnie odwetami narodów za prawdziwe i wyimaginowane krzywdy. „Jak oni nam tak, to my im tak”. To recepta na spiralę nieszczęść.

Trzecia twarz tej nieprawdziwej żałoby jest zwycięska.

Najbardziej intrygująca — bo niby jak można traktować krzywdę czy stratę jako triumf? Ale polskie zakorzenienie w zdefiniowanej niedawno — przez przypadek, choć bardzo trafnie — „kulturze sufferingu” pokazuje, że można. Moje cierpienie jest większe niż twoje. Więcej cierpiałem, więc jestem lepszy. I nie dam sobie odebrać mojego cierpienia ani go umniejszyć. Ono mnie nobilituje.

Kto wymyślił „tradycyjną chlebowość”? Tak powstawał tragikomiczny raport pełnomocniczki rząduDonald Tusk mianował prof. Barbara Mróz-Gorgoń na rządową pełnomocniczkę 29 lipca

Podczas uroczystości odsłonięcia pomnika w Domostawie ujrzałam wszystkie te trzy rodzaje nieprawdziwej żałoby. Co ciekawe, wybrałam się tam, licząc na spotkanie ludzi, potomków ofiar, którym poświęcono pomnik. Tymczasem spotkałam głównie działaczy partii Konfederacja oraz motocyklistów w skórach — oni, z tego, co się zorientowałam, też bynajmniej nie mieli rodzinnych związków z Kresami.

Edukowani przez traumatyzację

Pani książka podsuwa trop, że PRL z jednej strony zakneblował Polakom możliwość rozmowy o traumie wojennej, a z drugiej wychowywał do „kultury sufferingu”.

Wręcz etosu. Spora część mojej edukacji szkolnej kojarzy mi się z tym. W mojej warszawskiej podstawówce w latach 70. codziennie na początku pierwszej lekcji odśpiewywaliśmy hymn harcerski: „wszystko, co nasze, Polsce oddamy”, „na jej zew, w bój czy trud” i tak dalej.

Rany boskie, jaki bój, jaki trud? Miałam sześć czy siedem lat i uczyłam się tych wersów w zasadzie fonetycznie. Niewiele z nich rozumiałam. Pamiętam też szkolną izbę pamięci, a w niej gablotkę z mydłem — powiedziano nam, że to mydło produkowane przez Niemców z ludzi więzionych w obozach.

Wielu moich rówieśników pamięta obowiązkowe wycieczki do obozów koncentracyjnych. Byliśmy edukowani przez traumatyzację!

Opowieści pani bohaterów zderzają czytelnika z emocjonalnym wyzwaniem: współczujemy ich rodzicom, którzy podczas wojny tyle wycierpieli, życzymy im szansy na to, by doszli do siebie — a jednocześnie okazuje się, że oni też potrafią być dla swoich dzieci trudni do zniesienia. Ranią je, podcinają im skrzydła.

Ludzie głęboko skrzywdzeni często sami krzywdzą — to zjawisko szeroko opisane. Nie można tych wątków pomijać. One tworzą bardziej złożony, a zarazem prawdziwszy obraz mapy transmisji traum.

Motyw ofiary, która krzywdzi, bardzo mnie uderza w tej opowieści, wyrastającej z tragedii kobiet z Zieleniaka.

Kiedy matka Anny przeszła podczas powstania przez Zieleniak, miała 13 lat. Nie wiemy, czego konkretnie doświadczyła ani czy na pewno uniknęła gwałtu, którego ofiarą padały tam kobiety i dzieci. W najlepszym razie oglądała rzeczy, których absolutnie nie powinna oglądać 13-latka.

Jej córka wspomina mamę jako osobę z jednej strony dobrą, troskliwą i wspaniale zorganizowaną. Czasem jednak przebijała przez nią jakby druga osobowość: rozedrgana, nadmiernie kontrolująca, szorstka. Czy powinniśmy to oceniać? Wolałabym raczej pozwolić czytelnikom, by zbliżyli się do doświadczenia każdej z uczestniczek tej historii.

We wszystkich tych opowieściach ważnym czynnikiem jest przemilczenie — a w tej jest go najwięcej.

Nie bez znaczenia jest to, że w przypadku Zieleniaka chodzi o przemoc seksualną.

Psychoterapeutka i badaczka historii mówionej Lidia Ujazdowska od lat 80. zbierała relacje kobiet, które przeszły przez piekło Zieleniaka. Tych świadectw uzbierało się ponad 30. Można je przeczytać w książce „Zagłada Ochoty”. Każda z tych kobiet mówiła, że widziała tam gwałty i że były one powszechne — ale żadna nie przyznała, że ją samą to spotkało.

Witold Szabłowski o rzezi wołyńskiej. „Ukraińcy przerazili się tym, co okazało się w czasie ekshumacji”

Przeczytaj całość artykułu!

Witold Szabłowski

O czym nam to mówi?

O sile tabu. O lęku przed stygmatyzacją. Kobiety, wspominając gwałty na Zieleniaku, były w swoich relacjach zawsze tylko świadkiniami, nigdy ofiarami. W Niemczech, o ile mi wiadomo, gwałty dokonywane masowo przez czerwonoarmistów nie były i nie są żadną tajemnicą. Niemki nie miały oporu, żeby przyznawać, że zostały zgwałcone. To sprawcy mieli czuć się winni, nie one.

Inna sprawa, że w Polsce z powodów politycznych w ogóle trudno było mówić o tym, że oprócz Niemek radzieccy żołnierze gwałcili także Polki. Radziecki żołnierz był przecież wyzwolicielem.

Ale mechanizm, który dzisiaj nazywamy „victim blamingiem”, też działał.

W książce „Kaszëbë” Tomasz Słomczyński pisze m.in. o gwałtach, których pod koniec wojny doświadczały Kaszubki. Zapisuje czyjeś straszne słowa, że Sowieci gwałcili Kaszubki, ale tylko „puszczalskie”. To stwierdzenie jest nie tyle absurdalne, co niezwykle perfidne.

Kiedy się chwilę zastanowić, ma ono swoją funkcję psychologiczną. Te zbrodnie miały swoich naocznych świadków, którzy nie byli w stanie ofiarom pomóc. Trudno sobie z taką świadomością poradzić — ale łatwiej, kiedy się obciąży skrzywdzoną kobietę zarzutem, że się jakoś do gwałtu sama przyczyniła.

Poza tym to pozwala odsunąć od siebie pytania o to, co spotkało bliskie nam kobiety: matki, babcie, siostry. „Babcia nie była puszczalska, więc jej na pewno nie zgwałcili”. To bardzo uspokajające wyjaśnienie, prawda?

Wybitny ukraiński historyk mówi wprost: na Wołyniu doszło do ludobójstwa. Główna odpowiedzialność leży po naszej stronie

Przeczytaj całość artykułu!

Jarosław Hrycak„Tamto” wraca

Po „Czystce” miała już pani pewną wiedzę o tym, jak się wojenna trauma odciska na kolejnych pokoleniach — przez to niektóre z mechanizmów opisanych tutaj nie musiały być aż tak uderzające. A co panią jednak zaskoczyło?

Powiem o dwóch rzeczach — obie w jakiś sposób łączą się z doświadczeniami mojej rodziny.

Uderzyło mnie to, że trauma potrafi z taką mocą powrócić po wielu latach. Człowiek może sądzić, że „było, minęło”, że już się z tym uporał. I to nie musi się wydawać nieprawdą, także jego bliskim: ktoś potrafi się cieszyć życiem, okazywać radość i wigor, być duszą towarzystwa — i tak przez 40 lat.

A potem w 41. roku „tamto” wraca — i przychodzą załamania, krzyki i wycie po nocach, a nawet próby samobójcze.

I to jest coś innego niż starość?

Psychologowie tłumaczą to tym, że z wiekiem słabnie także nasz aparat samokontroli psychicznej. Jeśli skrzywdzony człowiek wykształcił sobie jakieś lepsze lub gorsze mechanizmy obronne i myślał, że zamknął swoją traumę na amen w kuferku i wyrzucił klucz — to te mechanizmy na starość także słabną.

Mój ojciec również w pewnym momencie życia jakby „zapadł się” w fotel. Myślę, że to było coś więcej niż wpływ starości.

To ta pierwsza rzecz. A druga?

Zdumiewa mnie, jak często ludzie są gotowi odmawiać uznania, że wojna ma moc niszczenia psychiki — indywidualnej i zbiorowej. A jeśli już są gotowi to dostrzec, to też na zasadzie: „to nie o nas”. Jacyś Niemcy, jacyś Sowieci czy jacyś upowcy robili okropne rzeczy — ale nas i naszych bliskich na pewno to psychicznie nie poturbowało.

Pisarka Sylwia Zientek, której matka przeżyła jako dziecko rzeź wołyńską, opowiedziała mi o swoim wujku Wacku. W 1943 r. na jego oczach torturowano jego siostrę i zabijano jej dzieci. Po tamtym doświadczeniu stracił mowę, „zwariował”, jak to się mówiło. Nie wyszedł z tego do końca życia.

Cała rodzina wiedziała o tym, co go spotkało. Wiedziała, w którym momencie życia jego psychika nieodwracalnie się posypała. Ale cały czas twierdzono, że to skutek nieszczęśliwej miłości, którą miał przeżyć jeszcze przed wojną.

To zupełnie absurdalne. Jakby ktoś dodawał dwa do dwóch i upierał się, że wychodzi wszystko, tylko nie cztery.

W książce jest więcej takich przypadków. Dla mnie najważniejsza jest historia mojej babci Frani, od której przecież wychodziłam.

W trakcie czystki partyzanci z UPA zarekwirowali dom mojej babci. Urządzali w nim swoje zebrania, a także libacje. Pili, grali w karty, śpiewali antypolskie piosenki — i przechwalali się, kogo już zamordowali i zgwałcili. Frania była tam cały czas za ścianą.

I nie wiadomo, co dokładnie ją spotkało — ale wiadomo, że skończyło się obłędem?

W mojej rodzinie mówi się, że Frania nie mogła podnieść się z żalu po tym, jak upowcy zastrzelili jej siostrę. Nikt nie dopuszcza tego, że mogły jej się przytrafić jeszcze gorsze rzeczy.

Katarzyna Surmiak-Domańska — reporterka związana od lat z „Gazetą Wyborczą”. Współpracuje jako tutor z Polską Szkołą Reportażu. Wydała dwa autorskie zbiory reportaży: „Beznadziejna ucieczka przed Basią” i „Żyletka”, a także opowieść reporterską pt. „Mokradełko”, która znalazła się w finale Nagrody Literackiej Nike 2013. Nominację do Nike (oraz do Nagrody im. Beaty Pawlak i Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego) przyniosła jej książka „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość”. Jej „Czystka” otrzymała szereg nagród i nominacji (m.in. finał Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS i finał Grand Press — Książka Reporterska Roku 2022); została uznana przez „Książki. Magazyn do Czytania” za najlepszą książkę 2021 r. Z początkiem września ukazuje się (nakładem Wydawnictwa Agora) najnowsza książka Surmiak-Domańskiej: „Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach”