Eugeniusz Cezary Król: Jego słowa w pigułce oddają to, co rzeczywiście działo się w niemieckiej opinii publicznej zarówno przed 1914 r., jak i po 1919 r., kiedy nastała Republika Weimarska. Była ona silnie antypolska i wrogo nastawiona do Polski. To nastawienie było właściwie uniwersalne — od prawicy do lewicy, choć oczywiście istniały pewne niuanse. Komunistyczna Partia Niemiec patrzyła na to nieco inaczej, ale ogólnie rzecz biorąc, opinia była wroga.
Polskę przedstawiano jako agresora, ponieważ po I wojnie światowej przejęła należące wcześniej do Niemiec Wielkopolskę, Pomorze Gdańskie bez samego Gdańska oraz część Górnego Śląska, a poza tym miała dybać na kolejne zdobycze, na przykład na Prusy Wschodnie. Polska była też wiernym sojusznikiem Francji, a Francja była śmiertelnym wrogiem Niemiec. Zostało to dokładnie opisane również w „Mein Kampf”.
Czy można więc powiedzieć, że antypolonizm był trwałą cechą niemieckiej polityki, niezależną od nazizmu?
Tak, ale do tej prawdy trzeba dodać kontrprawdę: podobne nastroje panowały również po stronie polskiej.
Nasze kraje po 1918 r. pozostawały w stanie permanentnych, wielostronnych napięć. Był to rodzaj zimnej wojny uprawianej przez obie strony.
Rzeczywiście Republika Weimarska charakteryzowała się bardzo silną antypolskością. Polegała ona na kształtowaniu obrazu Polaka jako wroga etnicznego, państwowego i kulturowego. W drugiej połowie lat 20. narodowy socjalizm dotrzymywał kroku propagandzie weimarskiej, a w pewnych momentach nawet ją przewyższał.
Mam koronny przykład z lat 1930-1931. Główny organ narodowego socjalizmu, czyli „Völkischer Beobachter”, stwierdził wówczas, że Polską rządzi nieuleczalnie chory paranoik, który w dodatku wdaje się w romans z żydowską dziewczyną nazwiskiem Lewicka. Było to nawiązanie do zażyłości Józefa Piłsudskiego z polską lekarką Eugenią Lewicką, którą poznał w Druskienikach. Piłsudski zabrał ją później na Maderę. Po powrocie miała się odbyć rozmowa Aleksandry Piłsudskiej z Lewicką, a kilka miesięcy później lekarka zmarła wskutek zatrucia. Okoliczności jej śmierci nie zostały jednoznacznie wyjaśnione.
Narodowe Archiwum Cyfrowe
Józef Piłsudski i Eugenia Lewicka podczas zwiedzania wyspy Madery łodzią motorową
Nazistowska gazeta sfałszowała i poprzekręcała tę historię. To skrajny przykład stosunku narodowego socjalizmu do Polski pod koniec lat 20. i na początku lat 30.
Warto nad tym wszystkim pochylić się także teraz, gdy oba nasze państwa wiąże wspólny los i — miejmy nadzieję — wspólna przyszłość w ramach Unii Europejskiej i sojuszu północnoatlantyckiego.
Czy nastroje niemieckiego społeczeństwa różniły się od poglądów elit?
Problem polega na tym, że nie prowadzono wówczas badań opinii publicznej w dzisiejszym rozumieniu. Nastroje społeczne śledziła policja. Funkcjonariusze mieli o nich meldować, a informacje ujmowano w raportach przekazywanych przełożonym. Generalnie jednak demoskopii nie uprawiano, dlatego nasze wyobrażenia o nastrojach społecznych są w znacznej mierze intuicyjne. Możemy wyciągać jedynie wnioski pośrednie.
„Niemcy byli wkurzeni na Polaków”
Wyciągnijmy je.
Jeżeli podejmiemy to ryzyko, możemy powiedzieć, że poglądy elit w znacznym stopniu wpływały na szerokie rzesze mieszkańców. Niemcy byli wkurzeni na Polaków. Uważali ich za agresorów, którzy zabrali kawał ziemi i dybią na następny, na przykład na Śląsk. Wielka awantura w środkach masowego przekazu dotyczyła przecież powstań śląskich. Polscy powstańcy byli przedstawiani w jak najciemniejszych barwach.Polska osamotniona. Dlaczego sojusznicy nie ruszyli nam na pomoc we wrześniu 1939 r.? [WYJAŚNIAMY]
W moim przekonaniu nie było zbyt dużej różnicy między opiniami elit a poglądami człowieka z ulicy. Istniały środowiska pacyfistyczne i grupy broniące praw człowieka, które mówiły: „Spróbujmy pójść na kompromis z Polakami, może się z nimi dogadajmy”. Były to jednak środowiska zupełnie marginalne.
Wspomniał pan o podobnych nastrojach po polskiej stronie. Czy rzeczywiście można je stawiać na jednej płaszczyźnie?
Po polskiej stronie sytuacja pod pewnymi względami wyglądała podobnie. Również nasze media były pełne ostrych sformułowań pod adresem Niemiec. Zarzucano Niemcom, że nie porzucili hasła parcia na wschód, podczas gdy Niemcy zarzucali nam „Drang nach Westen”, czyli parcie na zachód. Po obu stronach wrzało i nie było właściwie liczących się ugrupowań myślących o kompromisie.
„Efekt kuli śnieżnej”
Nawet gdyby Polska wyciągnęła rękę, strona niemiecka, jak wiemy z późniejszych wydarzeń z 1939 r., nie musiała jej jednak przyjąć.
Oczywiście — i na odwrót. Dlatego wielkim zaskoczeniem dla opinii publicznej obu krajów — zarówno Trzeciej Rzeszy, jak i sanacyjnej Polski — było podpisanie w styczniu 1934 r. deklaracji o niestosowaniu przemocy w stosunkach wzajemnych. Dla wielu ludzi stanowiło to przełom.
Ta deklaracja była czymś mniejszym niż pakt o nieagresji. Część historyków uważa ją za taki pakt; ja się jednak do nich nie zaliczam. Znaczeniowo było to niewątpliwie piętro niżej. Miała jednak istotne znaczenie, bo doprowadziła do ocieplenia kontaktów.
Po styczniu 1934 r. widoczny był efekt kuli śnieżnej. Mnożyły się inicjatywy pojednawcze, wizyty i rewizyty. Różne środowiska odwiedzały się nawzajem: kombatanci I wojny światowej, dziennikarze, prawnicy, sportowcy i artyści jeździli w tę i we w tę. Można założyć, że część tych działań wynikała z dobrej woli i że ludzie naprawdę chcieli pojednania.
A czego chciał Hitler? To ocieplenie było tylko grą?
Po stronie niemieckiej dominowała raczej chłodna kalkulacja: pokażemy Polsce, że jesteśmy życzliwi, ale Polska musi odpowiednio zareagować na naszą życzliwość i spełnić określone warunki.
W latach 1934-1938, kiedy Hitler był już kanclerzem, ocieplenie stosunków miało służyć nakłonieniu Polski do przyjęcia żądań Trzeciej Rzeszy: powrotu Gdańska do Rzeszy oraz przystąpienia do paktu antykominternowskiego, czyli pewnego rodzaju sojuszu. W zamian oferowano Polsce gwarancję granic oraz wieloletni pakt o przyjaźni, właściwie sojusz polityczno-wojskowy. Polska, jak wiadomo, na to nie przystała, mimo różnego rodzaju zachęt, między innymi wizyt Hermanna Göringa, który namawiał polskich polityków i wojskowych, a w tak zwanym międzyczasie lubił polować w Białowieży.

Photoshot / PAP
Hermann Göring podczas procesu norymberskiego (1946 r.)
Hitler chciał maszerować na wschód, bo tam widział przestrzeń do kolonizacji i źródła wyżywienia. Nie na Zachodzie ani na południu, lecz właśnie na wschodzie. Zostało to wyraźnie napisane w „Mein Kampf” już w połowie lat 20.
Dlaczego Polska odrzuciła niemiecką ofertę?
Polska pozostawała wierna polityce równowagi wobec obu groźnych sąsiadów. Kiedy oparła się niemieckiej koncepcji, nastąpiła zmiana tonu i kursu. Od października 1938 r. zaczęła się wyraźna presja, która za moment przerodziła się w groźby. Trzecia Rzesza wycofała się z polityki ocieplenia prowadzonej w latach 1934-1938. Wreszcie doszło do kryzysu, który zakończył się podjęciem przez Hitlera decyzji o wojnie.
Sytuacja była właściwie beznadziejna, ponieważ poza okresem 1934-1938 każdą rękę wyciągniętą w stronę sąsiada traktowano niemal jak gest zdrajcy. Ten sąsiad był przecież wrogiem. Dla propagandy weimarskiej, a potem narodowosocjalistycznej — z wyjątkiem wspomnianego czteroletniego okresu — Polska była wrogiem śmiertelnym.
„Przełomowy moment”
Kiedy Hitler ostatecznie zdecydował, że zaatakuje Polskę?
Momentem przełomowym był koniec marca 1939 r., kiedy Wielka Brytania udzieliła Polsce gwarancji niepodległości. Oczywiście istniały wcześniejsze daty i wydarzenia, które zbliżały nas do wojny, ale w tym momencie Hitler z całą pewnością podjął już polityczną decyzję o wojnie z Polską. Później przełożono ją na język wojskowy i plany operacyjne.
Dodajmy, że brytyjskie gwarancje dotyczyły niepodległości, a nie granic Polski. Używając dużego skrótu, można powiedzieć, że był to wstęp do Jałty. Kiedy później pytano Brytyjczyków, dlaczego nie walczą o polskie granice, na przykład o Lwów, odpowiadali: gwarantowaliśmy niepodległość, ale nie mówiliśmy nic o granicach.

PAP
Propaganda Trzeciej Rzeszy przekonywała Niemców, że nie będzie wojny z Polską?
Latem i jesienią 1939 r. miała mówić, że nie będzie żadnej wojny, a jedynie „Polizeiaktion”, specjalna akcja policyjna. Doszło nawet do tego, że kiedy rok później, w październiku 1940 r., jedna z gazet napisała o rocznicy wojny, została bardzo zbesztana przez Ministerstwo Propagandy i Oświecenia Publicznego za stosowanie niewłaściwej terminologii. Zdaniem propagandy Trzeciej Rzeszy była to akcja policyjna. Co oczywiście nie zmienia postaci rzeczy, ale warto pamiętać, że pewne wzorce pozostają w obiegu do dziś.
„Polacy stali się wrogami rasowymi Trzeciej Rzeszy”
Po wybuchu wojny antypolonizm niemieckiej propagandy jeszcze się zaostrzył?
W końcowej fazie lat 30. propaganda narodowosocjalistyczna wobec Polski zyskała wątek rasowy. Polska stała się wrogiem rasowym. Już po zakończeniu kampanii w Polsce, 24 października 1939 r., pojawiła się ponura wytyczna dla środków masowego przekazu Trzeciej Rzeszy, aby Polskę i Polaków traktować na równi z Żydami i Romami, czyli jako ludzi o niższej wartości rasowej. Używano tam oczywiście slangu narodowosocjalistycznego.
Polacy stali się takimi samymi wrogami rasowymi Trzeciej Rzeszy jak Żydzi i Romowie. Przeciętny Niemiec miał wiedzieć, że te „małowartościowe” osoby należy traktować jak „Ungeziefer”, robactwo. Tak jest wyraźnie napisane w wytycznych dla środków masowego przekazu. A wiadomo, co robi się z robactwem. Najłagodniejsze określenie brzmi: tępi się je.
Do wachlarza wyobrażeń o polskim wrogu dołączył więc wróg rasowy, ze wszystkimi straszliwymi konsekwencjami. Po wojnie wrześniowej Polska stała się państwem, które, po pierwsze, przestało istnieć, a po drugie, którego obywatele zostali zaliczeni do kategorii wrogów przeznaczonych do tępienia. Nie było wobec nich programu politycznego. Był jedynie program eksploatacji, a w określonych sytuacjach także eksterminacji.
Problem z sojusznikami
Polska zawiodła się na swoich sojusznikach?
Tragedią tamtych czasów było właśnie to, że znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. Nasi sojusznicy również narobili ogromnie wiele złego, bo Hitler prawidłowo przeczuwał, że starają się zrobić wszystko, żeby przypadkiem nie być naszymi sojusznikami.
Dobrze pokazuje to sprawa Hansa von Herwartha, niemieckiego dyplomaty i sekretarza ambasadora Trzeciej Rzeszy w Moskwie, hrabiego Friedricha-Wernera von der Schulenburga. Herwarth miał dostęp do najtajniejszych informacji, ponieważ obsługiwał ambasadora.
Wiosną 1939 r. zauważył coraz bliższe, ściśle poufne kontakty radziecko-niemieckie. Obserwował je z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, aż doszedł do wniosku, że jeżeli obie strony się dogadają, może to doprowadzić do wojny. Postanowił więc alarmować kolegów z innych ambasad w Moskwie. Najpierw zwrócił się do młodego włoskiego dyplomaty, ale później przestraszył się, że przecież Włochy są sojusznikiem Trzeciej Rzeszy. Nawiązał więc kontakt z amerykańskim dyplomatą Charlesem E. Bohlenem, który po wojnie został ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Związku Radzieckim.
Herwarth przekazywał mu niemieckie tajemnice?
Zaprzyjaźnili się. Chodzili na tenisa, grali w brydża, a Herwarth sączył Bohlenowi informacje zaczerpnięte ze ściśle tajnych raportów trafiających do ambasadora. Kontakty radziecko-niemieckie utrzymywano bardzo dyskretnie. Ludzie, którzy je prowadzili, spotykali się w różnych lokalach, żeby nie rzucać się w oczy. Raporty trafiały jednak do Schulenburga, a on przekazywał je do Berlina.
Szczytem możliwości Herwartha było przekazanie Bohlenowi 24 sierpnia 1939 r., zaledwie kilka godzin po podpisaniu paktu Ribbentrop—Mołotow, treści tajnego protokołu. Herwarth nauczył się dokumentu na pamięć, bo nie mógł wynieść go na papierze, i odtworzył go Amerykaninowi. Bohlen przekazał informację do centrali w Waszyngtonie.
Czy Polacy dowiedzieli się o treści protokołu? Nie. Nie musieli jej otrzymać od Stanów Zjednoczonych, bo nie łączyły nas relacje sojusznicze. Powinni jednak zostać powiadomieni przez swoich sojuszników: Francję, a także Wielką Brytanię, z którą 25 sierpnia zawarliśmy formalny układ sojuszniczy. Nasi sojusznicy nie powiedzieli nam, co nam grozi. Dlaczego nasi zachodni sojusznicy oszczędzili nam w 1939 r. tej wiedzy?
To ciekawa, stosunkowo mało znana, a ważna historia. Herwarth był nie tylko świadkiem historii, lecz także jej uczestnikiem. Pozostaje pytanie, dlaczego przekazywał te informacje. Czy robił to jako niemiecki patriota przez duże „P”? Czy może był listonoszem Ribbentropa, który dopuścił do tej niedyskrecji, aby przestraszyć Zachód i skłonić go do trzymania się z daleka od Niemiec oraz Związku Radzieckiego? Tego nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć.
„Spore zmartwienie”
Wróćmy jeszcze do słów prezydenta. Karol Nawrocki mówił również, że prawda o II wojnie światowej jest słabo słyszalna w dzisiejszych Niemczech. Niemcy nie rozliczyli własnej historii?
Rozliczyli ją w wielu wartościowych publikacjach, zarówno naukowych, jak i popularnonaukowych. Część została zresztą przetłumaczona na język polski. Ciągle pozostaje jednak pytanie, w jakim stopniu te wyważone, obiektywne prace, pokazujące we właściwych proporcjach zarówno Trzecią Rzeszę, jak i los Polaków podczas II wojny światowej, docierają do szerszego grona odbiorców. I tu pojawia się spore zmartwienie: trafiają do niego w ograniczonym stopniu, a ten stan zmienia się nieznaczenie.

Adam Warżawa / PAP
Prezydent Karol Nawrocki podczas uroczystości przed Pomnikiem Obrońców Wybrzeża na Westerplatte w Gdańsku
Zanim wiele rzeczy wyjaśniono w stosunkach polsko-niemieckich, nieubłagany czas sprawił, że wszystko zaczęło odchodzić w przeszłość. Trzeba też pamiętać, że w Niemczech priorytetem pozostawał problem Zagłady Żydów. Wiedza o II wojnie światowej, okupacji i działaniach narodowego socjalizmu w krajach podbitych skupia się głównie na Holokauście. Wiedza o Polakach, statusie okupowanej Polski i losie krajów Europy Środkowo-Wschodniej jest znacznie uboższa. I niestety ciągle tak jest.
Przeciętny Niemiec ma o tym wszystkim bardzo zielone pojęcie. Młode pokolenie nadal korzysta z publikacji cierpiących na tę dysproporcję: dużo w nich wiedzy o Holokauście i odpowiedzialności za zagładę Żydów, znacznie mniej o stosunku Trzeciej Rzeszy do okupowanych Polaków, Ukraińców czy Rosjan.
Podejmowano próby zmiany tej sytuacji?
Powstał na przykład wspólny polsko-niemiecki podręcznik. Problem polega na tym, że nie jest obowiązkowy. Część nauczycieli z niego korzysta, a część nie. Można więc ubolewać, że świetne książki niemieckich historyków — jest ich co najmniej kilkadziesiąt — spotykają się ze słabym odbiorem w szeroko rozumianym społeczeństwie niemieckim.
Na pewno nie ma równowagi między wiedzą w Niemczech a wiedzą w Polsce. W Polsce wiedza o II wojnie światowej jest zdecydowanie szersza, z nachyleniem ku najbardziej okrutnym aspektom. Niemiecka wiedza potoczna jest po pierwsze znacznie uboższa, a po drugie kładzie nacisk na kraje zachodnie, na przykład na koalicję antyhitlerowską, która zajęła Niemcy i stworzyła warunki do powstania Republiki Federalnej Niemiec. Wiedza o sytuacji ludności okupowanej przez Trzecią Rzeszę jest natomiast bardzo uboga.
***
Prof. dr hab. Eugeniusz Cezary Król, historyk i politolog, profesor zwyczajny nauk humanistycznych, w latach 1999/2000 jako profesor gościnny wykładał na Uniwersytecie Johannesa Gutenberga w Moguncji. W latach 2002-2006 był dyrektorem Stacji Naukowej PAN w Berlinie, w latach 2012-2016 sprawował funkcję dyrektora Instytutu Studiów Politycznych PAN. Był także wykładowcą w Collegium Civitas w Warszawie i w latach 2016-2019 profesorem na Wydziale Zarządzania Kulturą Wizualną Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.
Za książkę „Propaganda i indoktrynacja narodowego socjalizmu w Niemczech 1919-1945” otrzymał Nagrodę Klio (Warszawa 1999) i Nagrodę im. Jana Długosza (Kraków 2000), za publikację „Polska i Polacy w propagandzie narodowego socjalizmu w Niemczech 1919-1945” Nagrodę Klio (Warszawa 2006) i Nagrodę im. Joachima Lelewela (Warszawa 2008). Jest także tłumaczem i edytorem polskiego wyboru „Dzienników Josepha Goebbelsa” (tom 1-3, wyd. 2013-2014). W 2020 r. ukazała się jego krytyczna edycja (tłumaczenie na język polski, wstęp, przypisy) „Mein Kampf Adolfa Hitlera” (2021 r. wyróżnienie Nagrody Klio w kategorii edytorskiej). W 2023 r. wydał zbiór dziesięciu esejów historycznych „Na początku była Mein Kampf”.