Wyglądało na to, że już przed meczem ze Śląskiem Wrocław szkoleniowiec miał plan na kogo postawić w Lublinie. W obronie pierwszy raz w tym sezonie od początku zagrał Kacper Chodyna.
Szkoleniowiec uparcie stawiał za to w środku na Roberta Deziela Jr. Amerykanin nadspodziewanie dobrze radził sobie w lidze, ale gdy nadszedł mecz ze zwiększoną dawką presji bez miejsca na poważne błędy, nie dał rady.

Kacper Staniec / newspix.pl
Robert Deziel Jr. (Legia) i Fabio Ronaldo (po prawej, Motor)
21-latek w fatalny sposób zachował się już w trzeciej minucie. Stracił piłkę na rzecz Fabio Ronaldo, a gdy ten zagrał do Karola Czubaka, Polak precyzyjnym strzałem przy prawym słupku dał Motorowi prowadzenie.
Gol gospodarzy na 1:0:
Gdy jeszcze przed przerwą RKS strzelił drugiego gola, wielu kibiców z Lublina mogło żałować, że nie wybrali się w dniu powszednim na stadion. Tym razem podczas meczu ze stołeczną ekipą nie było kompletu. Po kolejnym trafieniu na trybunach i tak zrobiło się wyjątkowo głośno.
W 40. minucie Fabio Ronaldo przebiegł pół boiska z piłką, by umieścić ją w siatce płaskim strzałem. Trzeba przyznać, że w tej sytuacji Otto Hindrich mógł zrobić coś więcej, ale tym razem nie dał rady. Rumuński bramkarz był bohaterem Legii w piątek w rywalizacji z beniaminkiem, by kilka dni później stracić swój blask.
Tak padła bramka na 2:0 dla Motoru:
W tej sytuacji nie popisał się także amerykański defensor, który stracił piłkę ok. 60 metrów od swojej bramki. Po przerwie swój słaby występ zwieńczył staranowaniem w pojedynku powietrznym Mateusza Łęgowskiego. Deziel Jr. zszedł z boiska ze spuszczoną głową.
Bez niego Legia straciła jeszcze jednego gola. Stadion eksplodował w doliczonym czasie gry, gdy Mbaye Ndiaye w efektowny sposób ośmieszył Arkadiusza Recę i, mając przed sobą tylko bramkarza, huknął pod poprzeczkę na 3:0.
Goście nie mieli dogodnych sytuacji, by choćby zmniejszyć straty. Przed przerwą groźnie mogło być tylko po rzucie z autu Rafała Augustyniaka, po którym główkował Łukasz Zjawiński. W drugiej połowie drużyna nie pokazała charakteru i jak na razie pierwszy poważny egzamin podczas rywalizacji o większą stawkę oblała w słabym stylu.
Wymownym momentem było złe przyjęcie piłki przez Kamila Piątkowskiego przy linii bocznej po zbyt mocnym zagraniu Augustyniaka. Szczęścia zabrakło za to przy „centrostrzale” Kacpra Chodyny, który odbił się od słupka, a dobitka Bartosza Kapustki była bardzo niecelna.
Do tego ponownie niepewna okazała się próba interwencji Hindricha. 3:0 mogło być już w 54. minucie po tym, jak wychodzący golkiper minął się z piłką, a po główce Czubaka ta znalazła się w siatce. Po długiej analizie VAR sędzia Piotr Lasyk ogłosił, że przez faul w ataku bramka nie została uznana. I się zaczęło. To największa kontrowersja tej rundy Pucharu Polski. Trudno dopatrzeć się w tej akcji faulu na Hindrichu.
Podobnie jak wielu fanów, dałbym wiele, by usłyszeć dialog arbitrów podczas analizy tej sytuacji. Nie zgadza się tu nic. Prędzej dostrzeżemy tam pociągnięcie napastnika za koszulkę przez Augustyniaka. Niepojęte.
Dlaczego zatem gol został anulowany? Czekamy na wyjaśnienia Kolegium Sędziów PZPN, bo nie wyobrażam sobie, by organ nie zareagował. Oczywiście, gigantycznego skandalu nie ma ze względu na wynik i przebieg spotkania. Legii nic to nie dało i w kolejnych minutach nawet nie przybliżyła się do dogrywki.
Wojskowi aż 21 razy sięgnęli po Puchar Polski, ale tym razem błyskawicznie obeszli się smakiem. Właściciel Motoru uśpił czujność Legii. Całkiem niedawno Zbigniew Jakubas nie mógł się nachwalić zachowania Żylety, ale we wtorek tylko czekał, aż sektor gości zamilknie z wrażenia. Udało się być może dzięki zatrudnieniu wymarzonego szkoleniowca. Mimo niezłych efektów pracy Mateusza Stolarskiego nie przedłużył z nim umowy i dogadał się z Mariuszem Misiurą. Pierwszy spektakularny efekt jego wysiłku w Lublinie już widzimy.
Legii zostaje gra na jednym froncie, co dla takiego klubu jest ewenementem. Mamy przecież sam początek września, a Wojskowym do końca sezonu zostało tylko 28 spotkań w Ekstraklasie. To także jedyna droga do tego, by w 2027 r. powalczyć o grę w Europie. W tym roku marzenia o Lidze Konferencji na sam koniec sezonu zabrał GKS Katowice, a teraz szans na puchar pozbawił ich Motor. Oba te kluby po latach awansowały do Ekstraklasy w 2024 r.