Pół roku więzienia w zawieszeniu chce prokuratura w procesie kierowcy karetki, oskarżonego o potrącenie na przejściu dla pieszych w Białymstoku 10-letniego chłopca. Karetka jechała na sygnale, dziecko wyszło zza ciężarówki, która zatrzymała się na sąsiednim pasie jezdni.

Chłopiec trafił do szpitala; ostatecznie jego obrażenia nie okazały się aż tak poważne, jak początkowo to wyglądało.

W czwartek białostocki sąd rejonowy dodatkowo przesłuchał biegłych, oddalił wniosek prokuratury o kolejną opinię z zakresu badania wypadków drogowych i zamknął przewód sądowy.

Prokuratura chce kary pół roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Obrona – biorąc pod uwagę okoliczności wypadku, postawę oskarżonego i jego wcześniejszą niekaralność – wnioskuje o warunkowe umorzenie postępowania. Wyrok ma być ogłoszony w połowie września.

Wcześniej doszło do mediacji i ugody między mamą 10-latka i oskarżonym kierowcą, w ramach której zapłacił on 3 tys. zł jako częściowe zadośćuczynienie.

Do wypadku doszło w połowie grudnia ub. roku przy ul. Suchowolca w Białymstoku. Było ciemno, karetka pogotowia jechała na sygnale, wioząc do szpitala chorą po reanimacji.

Jak wynika z ustaleń śledczych, zbliżając się do oznakowanego przejścia dla pieszych, przed którym – by przepuścić pieszego – zatrzymała się ciężarówka, kierowca karetki nie zachował jednak szczególnej ostrożności, nie dostosował prędkości i rozpoczął manewr omijania z lewej strony stojącego pojazdu.

Wtedy doszło do potrącenia chłopca, który przechodził przez przejście. 10-latek trafił do szpitala z podejrzeniem bardzo poważnych obrażeń, przede wszystkim głowy; zostało to przez prokuraturę zakwalifikowane jako ciężki uszczerbek na zdrowiu i realne zagrożenie życia.

W czwartek sąd dodatkowo przesłuchał biegłą z zakresu medycyny sądowej, która – biorąc pod uwagę pełną dokumentację medyczną dotyczącą stanu zdrowia dziecka – oceniła, iż pierwsze rozpoznanie okazało się nieco na wyrost, bo obrażenia okazały się lżejsze i nie niosły za sobą bardzo poważnych następstw takiego wypadku.

Dlatego sąd zapowiedział możliwość zmiany kwalifikacji prawnej czynu na łagodniejszą, gdy wskutek wypadku osoba poszkodowana doznała tzw. średniego uszczerbku na zdrowiu.

Sąd przesłuchał też w czwartek biegłego, który przygotował symulację dotyczącą przebiegu wypadku. Według tej symulacji, oskarżony z odległości 13 metrów (mniej więcej długość ciężarówki) powinien był zobaczyć chłopca wychodzącego zza obrysu tego pojazdu na tę część przejścia, która była bezpośrednio przed karetką.

Biegły zaznaczył przy tym, iż kierowca nie miał szans, by 10-latka zobaczyć wcześniej, bo widok zasłaniała mu ciężarówka, a chłopiec nie powinien był wchodzić na jezdnię słysząc sygnały karetki. Ocenił, że nastąpił splot nieszczęśliwych okoliczności, w tym np. to, że kierowca ciężarówki zatrzymał się przed przejściem, by pieszego przepuścić, a oskarżony był przekonany, że pojazd ten zatrzymał się z powodu nadjeżdżającej karetki na sygnale.

Sąd konfrontował opinię dotyczącą odległości, z jakiej – według biegłego – oskarżony zobaczył pieszego z nagraniem wideo jednego ze świadków wypadku. Z nagrania bowiem można wyciągnąć wniosek, że oskarżony z dużo mniejszej odległości zobaczył dziecko i nie miał tak dużo czasu na reakcję (ostatecznie gwałtownie skręcił w lewo i próbował hamować).

Właśnie w związku z tymi rozbieżnościami prokuratura wnioskowała o kolejnego biegłego, sąd uznał jednak, że materiał dowodowy jest wystarczający do wydania wyroku.

– Zgromadzony materiał dowodowy potwierdza winę oskarżonego, oczywiście trzeba brać pod uwagę szereg nieszczęśliwych zbiegów okoliczności (…). Ale obowiązują pewne standardy właściwego postępowania kierowcy pojazdu uprzywilejowanego – mówił w mowie końcowej prok. Adam Baranowski z Prokuratury Rejonowej Białystok-Południe.

Ale zwracał też uwagę, że kierowca próbował wypadku uniknąć, a po potrąceniu podjął akcję ratunkową.

Obrona chce warunkowego umorzenia postępowania. Obrońca Julia Borowska zwracała uwagę, że oskarżony wiózł pacjentkę w stanie krytycznym, jechał na sygnale. W jej ocenie, chłopiec nie dostosował się do zasad ruchu drogowego i nie zachował się właściwie w sytuacji, gdy nadjeżdżał pojazd uprzywilejowany. – Nie ma możliwości, by nie widział czy nie słyszał tych sygnałów, a mimo to nie zatrzymał się, nie zwolnił nawet, nie rozejrzał się – mówiła.

Sam kierowca przepraszał za to, że doszło do wypadku, zapewniał iż chciał go uniknąć. – Myślę, że dzięki reakcji, którą wykonałem podczas jazdy (…) te obrażenia nie były tak groźne, jak wstępnie wyglądały – powiedział w ostatnim słowie. Podkreślał, że wyrok będzie rzutował na jego dalszą pracę i – jak to ujął – dalszą chęć pomagania ludziom, ratowania ich życia i zdrowia.