Kilka dni temu w Krakowie gruchnęła wiadomość o zwolnieniach grupowych w HSBC, u jednego z największych pracodawców w mieście. Pracę straciły tam 134 osoby, ale była to już kolejna w tym roku fala redukcji etatów.
Pierwsze zwolnienia przeprowadzono w marcu, a następnie w czerwcu firma zwolniła 128 osób z różnych działów. Spółka zatrudnia obecnie w Krakowie blisko 5 tys. osób, które wspierają bank w obszarach finansów, operacji, ryzyka i technologii. Choć przedstawiciele firmy deklarują, że nie zmierzają do całkowitej likwidacji oddziału pod Wawelem, to na pracowników padł blady strach.
— Korporacje lubią używać w takich sytuacjach słowa „restrukturyzacja”. Może się pod nim kryć właściwie cokolwiek. Wewnątrz firmy wszyscy wiemy jednak, o co chodzi. Ludzie sami szkolili Hindusów, żeby ci przejęli ich zadania — mówi krakowskiej „Wyborczej” pracownica HSBC Service Delivery.
Jak się okazuje, bliźniaczo podobny scenariusz właśnie został zrealizowany w krakowskim oddziale Ubera. Jego pracownicy w rozmowie z Onetem opowiadają o kulisach akcji „Another India”.
Uber przeprowadza właśnie największe zwolnienia od czasu wybuchu pandemii koronawirusa. Według informacji Reutersa firma zapowiedziała redukcję około 3,3 tys. miejsc pracy, czyli mniej więcej 10 proc. globalnego zatrudnienia. Firma chce w ten sposób uprościć strukturę organizacyjną, połączyć część zespołów i ograniczyć koszty. Prezes Ubera Dara Khosrowshahi przekazuje, że rozbudowana struktura organizacyjna zaczęła spowalniać podejmowanie decyzji i prowadziła do tworzenia stanowisk skoncentrowanych głównie na koordynacji pracy innych osób.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Chcemy ograniczyć złożoność organizacyjną, która spowalniała podejmowanie decyzji i prowadziła do powstawania ról skupionych na koordynacji — przekazał Khosrowshahi.
Jak dowiedział się Onet, redukcja już objęła także oddział Ubera w Krakowie. Już pod koniec lipca w ramach zwolnień grupowych z pracą pożegnało się ponad 150 osób. Ale na tym cięcia nie poprzestaną. Wśród pracowników właśnie zaczęła krążyć informacja, że uruchomiona zostanie druga fala zwolnień, która może objąć dodatkowe kilkadziesiąt osób.
Nasi rozmówcy wskazują, że mechanizm zwolnień w krakowskich korporacjach jest podobny i sukcesywnie powielany. Pracownicy jako powód zwolnień słyszą hasła o „restrukturyzacji” i „uproszczeniu procesów”. Czasem firmy tłumaczą redukcje wkroczeniem AI — sztucznej inteligencji — na rynek. Ale wśród pracowników korporacji ten skrót bywa ironicznie rozwijany jako „Another India”. Bo w rzeczywistości głównym powodem zwolnień jest przenoszenie się globalnych firm do Indii.
Wspomniane HSBC otworzyło właśnie nowy oddział w Suracie, jednym z największych miast Indii. W sumie ma już ich w tym kraju 32, a zapowiedzianych jest kolejnych 14. Część procesów do tego kraju przeniósł też producent piwa Heineken, który także jest znaczącym krakowskim pracodawcą.
Przez trzy lata wysłał 2 tys. CV, był na setkach rozmów. Teraz mówi wprost: HR jest niepotrzebny
Czytaj tekst Diany Wawrzusiszyn-Michnicz
„To niebywałe”
Nie inaczej wygląda to w Uberze. Pracownicy, którzy są właśnie w okresie wypowiedzenia, dostali nowe zadania — przeszkolenie swoich hinduskich następców.
— Do Krakowa przyjechała grupa Hindusów, którym mamy przekazać swoje obowiązki, pokazać co jak działa i wdrożyć ich w procesy — opowiada jeden z pracowników Ubera.
— To niebywałe, że Uberowi bardziej opłaca się opłacić przyjazd tutaj pracowników z Indii, żeby nauczyli się robić to, co my, niż utrzymanie naszych miejsc pracy w Krakowie — dziwi się kolejny z pracowników.
Nasi rozmówcy opowiadają także o tym, jak firma zabezpieczyła się, by nie zabrakło chętnych do przeszkolenia Hindusów. — Uber wiedział, że możemy gremialnie uciec na L4, ale potrzebował nas, żeby przekazać wszystko nowym. Zaproponowano nam spore benefity, byle tylko nie zabrakło chętnych do szkolenia Hindusów — słyszymy od pracownika Ubera.
Onet przesłał pytania do biura prasowego Ubera dotyczące skali zwolnień w Krakowie. Pytamy także o to, czy planowane są kolejne redukcje etatów. Na odpowiedź czekamy.
Koniec „doliny krzemowej” pod Wawelem
Zwolnienia grupowe w korporacjach z międzynarodowym rodowodem stały się zmorą Krakowa. Miasto będące niegdyś magnesem dla globalnych biznesów podupada na znaczeniu. Ciężki dla pracowników był już 2024 r. Wiele firm po ciężkich latach pandemii zaczęło szukać oszczędności. Trend związany z automatyzacją i digitalizacją procesów odpowiadał już wtedy za co drugie zwolnienie w branży usług IT czy finansowo-księgowych. Z czasem te problemy zaczęła pogłębiać sztuczna inteligencja. Kiedyś do krajów Europy Środkowo-Wschodniej globalne firmy przyciągały nie tylko dostęp do wykwalifikowanych kadr, ale także niższe niż na Zachodzie wynagrodzenia. Teraz ta różnica zaczęła się zacierać. Kraków zaczął tracić miano „eldorado IT”, choć byli i tacy, którzy wieścili mu upadek na wzór amerykańskiego Detroit.
— Jeżeli Kraków nie wymyśli się na nowo i nie przedstawi inwestorom nowej oferty, będziemy mieli poważny problem — mówił Onetowi Przemysław Kadula, CEO w Everuptive Group, inwestor w firmie All IT Club i członek zarządu Polskiego Forum HR. I dodawał, że Kraków powinien postawić na bardziej skomplikowane procesy technologiczne, jednak — mówił — do tego potrzebne jest zaplecze.
Dyrektor tech-giganta o kulisach pracy w polskim IT. „Bardzo dużo się zmieniło”
Przeczytaj tekst Grzegorza Kowalczyka

Władze miasta zapewniały wówczas, że problem znają i starają się stawić mu czoła. — Kluczowe będzie zbudowanie sieci z urzędami pracy, biznesem i uczelniami wyższymi, która pomoże w redefiniowaniu kompetencji — mówił w ubiegłym roku Onetowi Stanisław Mazur, ówczesny wiceprezydent Krakowa. I dodawał: — Z naszych obserwacji wynika, że ci pracownicy, którzy tracili pracę, szybko znajdowali nową pod warunkiem, że byli w stanie się przekwalifikować. Rynek pracy staje się coraz bardziej dynamiczny i turbulentny i dziś trudno przewidzieć, jakie kompetencje będą potrzebne w przyszłości, ale ważne, żeby umieć na te wyzwania reagować.
Globalne marki opuszczą Kraków? Pracy będzie mniej, ale będzie ona lepiej płatna
W 2025 r. zwolnienia grupowe objęły w Krakowie w sumie 4443 pracowników, a stopa bezrobocia na zakończenie roku osiągnęła poziom 2,5 proc. Dla porównania, w pierwszym półroczu 2026 r. firmy w Krakowie zgłosiły zamiar redukcji 2050 etatów, z czego ponad 1300 dotyczy sektora usług dla biznesu. Jednak w samym lipcu liczba ta zwiększyła się o kolejne 1079 osób i dotyczyła zwolnień w dwóch firmach. To oznacza, że przed końcem trzeciego kwartału liczba planowanych zwolnień zbliża się do sumy z całego ubiegłego roku. Stopniowo rośnie też stopa bezrobocia w mieście. Na koniec czerwca 2026 r. wynosiła ona 2,8 proc.
Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający w Polskim Forum HR, w rozmowie z Onetem wskazuje, że miasto może, a nawet powinno pełnić rolę wspomagającą w okresie przejściowym, jaki przechodzi obecnie krakowski rynek pracy. — Tak jak górnicy na Śląsku w procesie transformacji nie są pozostawieni sami sobie, ale mogą korzystać z programów rządowych, tak samo pracownicy korporacji powinni móc korzystać z dofinansowań zakładania własnych biznesów, do robienia kursów podnoszących kwalifikacje czy pozwalających się przekwalifikować — zaznacza ekspert.
Jego zdaniem, choć problem zwolnień dotyczy bardzo dużej grupy osób, wciąż nie jest priorytetem dla decydentów. Dlaczego? — Pokutuje wizja, że problem dotyczy dobrze zarabiających, wykształconych osób, które powinny same sobie poradzić, a w rzeczywistości dla wielu osób jest to bolesny okres, w którym potrzebują wsparcia — mówi Młynarczyk.
Chociaż stopa bezrobocia w Krakowie pozostaje jedną z najniższych w kraju, to jej wzrost w pierwszym półroczu tego roku może być sygnałem, że nie wszyscy zwalniani są w stanie natychmiast znaleźć nowe zajęcie. Z danych Grodzkiego Urzędu Pracy wynika, że liczba ofert pracy rośnie, ale barierą może pozostawać to, że pracownicy nie chcą się przekwalifikować albo nie zamierzają podejmować pracy, w której będą gorzej wynagradzani niż poprzednio.
Michał Młynarczyk uspokaja jednak przed wizją całkowitej wyprowadzki globalnych korporacji z Polski. — Owszem, staliśmy się już drogim krajem, stąd wyprowadzka części zadań do Indii. Ale globalne korporacje, chociażby ze względów bezpieczeństwa, muszą mieć swoje centra w różnych częściach świata, dlatego nie sądzę, żeby miały rezygnować z Polski. Efektem dzisiejszych przekształceń będzie raczej sprowadzenie na polski rynek bardziej wymagających procesów. Pracy będzie mniej, ale będzie lepiej płatna, bo będzie wymagała wyższych kompetencji — przewiduje ekspert.