Najczęstszy błąd turystów w Tatrach. Ratownik TOPR nie ma wątpliwości
Polskie Tatry przeżywają prawdziwe oblężenie, a z roku na rok ruch jest coraz większy. Dość powiedzieć, że tylko w ubiegłym roku Tatrzański Park Narodowy odwiedziło ponad 5 mln ludzi, a w niedawny długi sierpniowy weekend turystów było więcej niż w sylwestra.
Czytaj nas częściej w Google
Choć wakacyjny szczyt sezonu za nami, Tatry wciąż przyciągają tłumy, a wrzesień to jeden z najchętniej wybieranych miesięcy. Za rekordową popularnością naszych gór kryje się jednak ryzyko.
Mówi się, że góry nie wybaczają błędów, a o taki błąd w Tatrach wcale nie jest trudno. Dowód? — Liczba akcji ratunkowych z roku na rok rośnie — przyznaje naczelny lekarz Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR) dr Sylweriusz Kosiński. A to lato okazało się rekordowe: 541 osób ratowanych w polskich Tatrach, siedem wypadków śmiertelnych (zeszłego lata jeden) — podaje TOPR. Zdarza się, i to nierzadko, że ludzie, nie zdając sobie z tego sprawy, sami ściągają na siebie zagrożenie.
Największy błąd turystów, którzy idą w Tatry? — Nie słuchają, co mówi ich własny organizm i zdrowy rozsądek — mówi dr Kosiński, dodając: — Tak wynika z moich obserwacji i wieloletniego doświadczenia — jako lekarza i TOPR-owca, dziś już emerytowanego, ale wciąż czynnego, jeśli chodzi o analizy i szkolenia.
— W sezonie narciarskim na SOR-ze często obserwuję takie zjawisko i to się powtarza. Osoby, które doznały złamań kończyn (nieraz bardzo skomplikowanych) zadziwiająco często przyznają: mieliśmy już iść, to miał być ostatni zjazd i zdarzył się wypadek. Albo w lecie: od samego rana coś mi mówiło, że ta wycieczka się źle skończy, ale poszliśmy, bo wszystko było umówione — opowiada nam, przyznając: — Takie przeczucia, podświadome sygnały obserwuję u ludzi bez względu na porę roku. Skutki bywają poważne, czasem tragiczne.
- Masz ciekawy temat dla Medonetu? Chcesz podzielić się swoją historią lub opinią? Napisz do nas: redakcja@medonet.pl
Tak często zaczynają się wypadki w Tatrach. „Prosta zasada pomaga uniknąć ogromnych kłopotów”
Lekarz przypomina, że nasz własny organizm wysyła nam mnóstwo sygnałów, że coś jest nie tak — tak na zewnątrz (pogoda, otoczenie), jak i wewnątrz (zmęczenie, spowolniona reakcja). — Wciąż tkwi w nas doświadczenie kilkudziesięciu tysięcy lat rozwoju gatunku ludzkiego — swego rodzaju pamięć genetyczna, intuicja. Zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach jest to zagłuszane przez całą masę elektroniki, opinii, aplikacji. Musimy na nowo nauczyć się, jak odczytywać znaki, które wysyła ciało i umysł, i jak im zaufać. Te wskazówki bywają bezcenne, problem w tym, że ich nie wykorzystujemy.
Jeżeli zastanawiamy się, czy zejść ze stoku czy szlaku, to znaczy, że nasz organizm już wysyła sygnał: jestem odwodniony, głodny, zmęczony, mięśnie już nie działają jak należy, uwaga jest rozproszona. Ja sam przyjąłem zasadę: jeżeli tylko pomyślę sobie: „No dobra, jeszcze raz zjeżdżam i idę do domu”, to od razu idę do domu.
Albo jeśli po drodze jakoś wszystko się sprzysięga przeciwko mnie — but mnie obciera, przypominam sobie, że termos został na stole, zepsuł się zamek w kurtce — zawracam. Staram się, by do tego stosowali się też moi bliscy. Prosta zasada, a pomaga uniknąć ogromnych kłopotów. Jak powiedziałem, nie dotyczy to tylko nart, ale każdego wyjścia w góry, nawet na, wydawałoby się, łatwy szlak.
W polskich Tatrach rzadziej dochodzi do tragedii. TOPR odkrył ciekawą prawidłowość
Niedawno TOPR przeanalizował ostatnie 10 lat swojej działalności i 9,5 tys. wypadków, w których udzielano turystom pomocy. — Zauważyliśmy ciekawą rzecz: okazuje się, że akcje ratunkowe w polskich Tatrach dużo rzadziej kończą się śmiercią niż w innych regionach i krajach świata. To dowód, że potrafimy organizować działania ratunkowe tak, by one były skuteczne — mówi lekarz TOPR.
Zauważyliśmy na przykład, że stosunkowo często wysyłamy po turystów grupy ratownicze albo śmigłowiec w sytuacjach, w których potencjalnie możliwe byłoby samodzielne zejście tych osób ze szlaku lub udzielenie im porady telefonicznej. Decydując się na to, opieramy się na wieloletnim doświadczeniu kolegów, którzy odbierają telefony i rozmawiają z wzywającymi pomoc.
Jeżeli jakiś turysta znajduje się na eksponowanym terenie, już niezależnie od tego, czy jest w klapkach, szpilkach czy w pełni przygotowany, ale czuje się zmęczony, przestraszony, niepewny, to od razu zapala nam lampkę alarmową. Jeżeli ludziom w takim stanie pozwolimy schodzić (nawet jeżeli wskażemy drogę i będziemy ich prowadzić), to jest to prosta droga do nieszczęścia. Nie wolno tego robić.
Jak zauważa dr Kosiński, jeżeli ktoś decyduje się, by zadzwonić do ratowników i poprosić o pomoc, „to być może to osoba, która posłuchała własnego instynktu, pokonała wewnętrzny opór i zrozumiała, że jeżeli będzie szła dalej, to skończy się to źle”. — My często działamy prewencyjnie, wysyłamy ekipy ratownicze po ludzi, którzy w trudnej dla nich sytuacji mogą potencjalnie odnieść obrażenia, w tym śmiertelne — po prostu ewakuujemy ich, nim dojdzie do najgorszego (a prawdopodobieństwo jest wysokie) — tłumaczy specjalista.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideoTOPR jak taksówka? Ratownicy mają na to jedną odpowiedź
Czasami można usłyszeć głosy, że śmigłowiec jest jak taksówka i kiedy ktoś jest zmęczony albo mu się po prostu nie chce iść, to trzeba wezwać TOPR. — Oni przylecą, zabiorą i wszystko będzie fajnie. Kiedyś traktowałem taką opinię jako krzywdzącą, wręcz obraźliwą dla TOPR — przyznaje dr Kosiński i tłumaczy: — Naszą misją jest ratowanie życia za wszelką cenę, każdy z nas poświęca dla tej idei wszystko — swoje życie rodzinne, osobiste, pracę, dom. Wszystko po to, by biec z góry i udzielać pomocy. W tej chwili nie przejmujemy się już niezbyt mądrymi uwagami, że działamy, gdy nie powinniśmy działać. Statystyka i liczby mówią same za siebie.
Redakcja poleca: Idziesz w góry? Najpierw sprawdź, co masz w telefonie. Trzy rzeczy mogą uratować życie
— Oczywiście nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości i co byłoby, gdybyśmy podjęli inną decyzję. Może wszystko skończyłoby się dobrze, ale czy na pewno? Przy takim ruchu turystycznym jak w ostatnich latach wypadki zdarzają się często falami i trudno jest ocenić kto powinien być ratowany w pierwszej kolejności, a kto może poczekać — przyznaje lekarz, podkreślając, że najważniejsze jest to, że nikomu nie można odmówić udzielenia pomocy.
To jest etos pracy TOPR. „Niechaj rzuci kamień, ten, kto jest bez winy”
— Bez względu na okoliczności nikt z nas nie powie złego słowa o ludziach, których ratowaliśmy. Nikt — mówi wprost Sylweriusz Kosiński. — To jest właśnie etos pracy TOPR. Jeżeli człowiek wpada w tarapaty, niezależnie od tego, z jakiego powodu, to my jako ratownicy musimy mu pomóc. I nigdy nie posuniemy się do tego, by w jakikolwiek sposób go deprecjonować lub coś mu udowadniać. Owszem, zrobił głupotę, bo i tak się zdarza, ale niechaj rzuci kamień ten, kto jest bez winy.
Zamiast tego TOPR-owcy starają się takim ludziom wytłumaczyć ich błąd. — „Teraz ci się udało, ale nie rób tego następnym razem. Jeżeli chcesz, przyjdź na szkolenie, pomożemy ci”. I takie podejście się sprawdza. Człowiek jest tylko człowiekiem. Raz zrobi jeden błąd, za chwileczkę drugi, już inny. Najczęściej jednak tych samych błędów już się nie popełnia. Tak przynajmniej wynika z mojego doświadczenia, ale również ze statystyk. Niestety, człowiek się uczy głównie na swoich błędach. A jeżeli jakieś zdarzenie dotyczy innych, to myślimy o tym krótko i uważamy, że nam by się to na pewno nie przydarzyło — przyznaje ekspert. Na dowód tego wraca do jednej z największych tragedii w historii polskich Tatr — katastrofalnej w skutkach burzy na Giewoncie z 22 sierpnia 2019 r. (o tragedii na Giewoncie i jej unikalnych skutkach rozmawialiśmy z dr Kosińskim).
— Akurat zbliżała się burza i już słychać było grzmoty. W tym momencie ktoś pokazał mi rolkę nakręconą kilka minut wcześniej na szlaku wejściowym na Giewont. Wszyscy albo stali w kolejce, albo wolno szli w górę — nikt nie zawrócił… A z drugiej strony znam osoby, które w przeszłości były ratowane, a potem postanowiły zostać ratownikami, również w TOPR. I to są świetni ratownicy, bo najlepiej rozumieją, co czuje człowiek, który uległ wypadkowi w górach i czeka na pomoc.
Dr hab. n. med. Sylweriusz Narcyz Kosiński — naczelny lekarz Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR), członek Rady Fundacji Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR, specjalista w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii, na co dzień związany ze Szpitalem Powiatowym w Zakopanem.
Jest współtwórcą pierwszego w Polsce i jednego z pierwszych na świecie Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej w Krakowie, rozwijanego wspólnie z dr. hab. Tomaszem Darochą. Za to osiągnięcie obaj lekarze zostali nagrodzeni przez Światową Organizację Zdrowia.

Treści z serwisu Medonet mają na celu polepszenie, a nie zastąpienie, kontaktu pomiędzy Użytkownikiem a jego lekarzem. Serwis ma charakter wyłącznie informacyjno-edukacyjny. Przed zastosowaniem się do porad z zakresu wiedzy specjalistycznej, w szczególności medycznych, zawartych w Serwisie należy bezwzględnie skonsultować się z lekarzem.