Sestry rozmawiały z inicjatorami obu miejskich uchwał o tym, co wydarzyło się poza kamerami i nagłówkami po głosowaniach.
Czytaj nas częściej w Google
— Mnie i innych radnych nazywano „banderowcami”, mówiono nam, żebyśmy jechali do Ukrainy. Pod postami pojawiały się tysiące reakcji i setki negatywnych komentarzy. Myślę, że oprócz zwykłych użytkowników dodatkowo podsycały to rosyjskie boty. Rosja bardzo dobrze potrafi grać na ludzkich emocjach — opowiada Sestry radny Rady Miasta Gdańska Marcin Makowski, opisując falę hejtu, która pojawiła się po inicjatywie przyjęcia rezolucji potępiającej nienawiść i przemoc na tle narodowościowym.
[REKLAMA]
Impulsem do powstania dokumentu był protest „Nie bądź obojętny”, który odbył się przed Dworem Artusa w Gdańsku oraz w innych miastach Polski. Podczas protestu mówiono między innymi o przypadkach agresji, których w ostatnim czasie przybywało. To właśnie wtedy radny obiecał uczestnikom akcji, że przygotuje projekt odpowiedniej rezolucji.
Za podstawę posłużyło doświadczenie Sopotu, gdzie podobny dokument przyjęto kilka tygodni wcześniej. Po konsultacjach tekst trafił pod obrady Rady Miasta. Rezolucję poparli radni z klubów Wszystko dla Gdańska oraz Koalicji Obywatelskiej.

Partner Sestry
„Nie bądź obojętny” — manifestacja w Gdańsku. Zdjęcie: Artur Cichuta / Trojmiasto.pl
We Wrocławiu dokument potępiający nienawiść i przemoc ze względu na narodowość powstał po ataku na kilku młodych Ukraińców w pobliżu jednego ze sklepów. Jak mówi inicjatorka uchwały, radna Rady Miejskiej Wrocławia Anna Kołodziej, wiadomość o tym incydencie poruszyła nie tylko ją i jej klubowych kolegów, ale także wielu mieszkańców miasta.
Uchwałę przygotowano niemal natychmiast po ataku. Już następnego dnia dokument trafił do biura Rady Miejskiej, jednak do porządku obrad wprowadzono go dopiero około miesiąca później — ze względu na kalendarz posiedzeń i letnią przerwę w pracy rady. Za uchwałą zagłosowało 24 z 37 radnych. Część przedstawicieli Prawa i Sprawiedliwości była przeciw, dwóch radnych wstrzymało się od głosu. Niektórzy radni PiS opuścili posiedzenie przed głosowaniem.
W Gdańsku przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości, jak mówi Marcin Makowski, również dostrzegli w tej sprawie okazję do politycznej walki i zaczęli odwoływać się do społecznych emocji.
— Uważam za niegodne i haniebne wykorzystywanie takich sytuacji jako politycznego paliwa. Można mieć różne poglądy polityczne, ale nie można budować polityki na podziałach, negatywnych emocjach i ciągłym powracaniu do tematów historycznych, z których dziś nikomu nie przyjdzie nic dobrego — mówi Kołodziej o antyukraińskiej retoryce.
Od nienawiści — do UPA, ekshumacji i wieku poborowego
Najostrzejsze spory w obu miastach szybko wykroczyły poza samą kwestię agresji na tle narodowościowym.
— Jedna z najostrzejszych dyskusji wokół uchwały dotyczyła historii stosunków polsko-ukraińskich. W debacie publicznej ponownie zaczęły pojawiać się kwestie związane z UPA, ekshumacjami i innymi bolesnymi kartami przeszłości — mówi Marcin Makowski.
We Wrocławiu radnym również przypominano trudne momenty w historii polsko-ukraińskiej.
— Nasza wspólna historia rzeczywiście jest trudna dla obu stron i bardzo trudno oceniać ją wyłącznie w kategoriach czerni i bieli. Ale niezależnie od tego, jak patrzymy na wydarzenia sprzed wielu lat, w żadnym wypadku nie powinny one przenosić się na teraźniejszość — przekonuje Anna Kołodziej.
Podczas debaty nad uchwałą przeciwko nienawiści wrocławscy radni PiS poruszyli również kwestię ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym przebywających w Polsce.
— Nie mamy prawa oceniać ludzi, którzy znaleźli się w takiej sytuacji — uważa radna. — To indywidualna decyzja każdego człowieka. Ktoś ma bliskich, którzy wymagają opieki, ktoś ma problemy zdrowotne, ktoś od wielu lat mieszka w innym kraju i już tam układa sobie życie. My nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji. I bardzo chciałabym, żeby Polacy nigdy nie musieli stawać przed takim samym wyborem. Dlatego w moich oczach to raczej sposób na zdobywanie kapitału politycznego. Niestety zasada „dziel i rządź” wciąż działa.
W Gdańsku przeciwnicy uchwały zwracali również uwagę na przestępstwa popełniane przez obywateli Ukrainy. Autorzy dokumentu podkreślają jednak: odpowiedzialność powinien ponosić konkretny człowiek, a nie cała wspólnota narodowa.
— W każdym społeczeństwie są ludzie, którzy popełniają przestępstwa. Trzeba o tym mówić otwarcie, a winni powinni zostać ukarani. Ale za działania pojedynczych osób nie może odpowiadać całe społeczeństwo — uważa Marcin Makowski.
Jednocześnie w Gdańsku nikt nie kwestionuje potrzeby rozmowy o trudnych kwestiach w relacjach między Polską a Ukrainą. Spory historyczne, polityka migracyjna czy przestępstwa popełniane przez pojedyncze osoby powinny być przedmiotem debaty. Nie mogą jednak stawać się uzasadnieniem dla zbiorowej odpowiedzialności, nienawiści czy przemocy — podkreśla Makowski.

Partner Sestry
Radni Gdańska głosują za przyjęciem apelu o wsparcie dla Ukraińców. Zdjęcie: Dominik Paszliński / gdansk.pl
Nie wykluczają zwiększenia liczby patroli
Jednym z kluczowych haseł wrocławskiej uchwały jest stwierdzenie, że „przestępca nie ma narodowości”. Zostało ono wpisane do dokumentu celowo, aby nie stwarzać wrażenia, że miasto chroni tylko jedną konkretną społeczność. Wkrótce po ataku na Ukraińców w pobliżu sklepu we Wrocławiu doszło do innego głośnego zdarzenia: młoda Polka padła ofiarą ataku nożem, a podejrzanym jest obywatel Ukrainy. Ten kontrast, jak mówi radna, po raz kolejny pokazał, dlaczego odpowiedzialności nie można przenosić z konkretnej osoby na cały naród.
— Przestępstwo popełnia nie naród, nie społeczeństwo, a nawet nie określona grupa, tylko konkretna osoba. Niezależnie od tego, jaki ma paszport, odpowiedzialność powinna ponosić właśnie ona, a nie całe społeczeństwo — podkreśla Anna Kołodziej.
W Gdańsku tymczasem coraz częściej mówi się o przypadkach agresji wobec cudzoziemców. Z obelgami spotykają się nie tylko obywatele Ukrainy. O podobnych doświadczeniach mówią także Białorusini i Gruzini. Szczególnie niepokojące są, zdaniem radnych, przypadki agresji wobec dzieci.
— W jednym z gdańskich centrów handlowych radna Jolanta Banach stanęła w obronie dwóch chłopców, których obrażał starszy mężczyzna. Był też przypadek Ukraińca, na którego ktoś napluł i którego obrażał ze względu na narodowość. Jego żona jest Polką, a dzieci mają polsko-ukraińskie pochodzenie, jednak nawet to nie uchroniło rodziny przed agresją. Nastroje antyukraińskie szybko się rozprzestrzeniają i jest to bardzo niepokojąca tendencja — zauważa Marcin Makowski.
Według szacunków władz lokalnych w Gdańsku mieszka dziś około 70–80 tysięcy Ukraińców. We Wrocławiu — około 120 tysięcy. Blisko 12 tysięcy ukraińskich dzieci uczęszcza do miejscowych szkół i przedszkoli.
Władze Wrocławia nie mówią obecnie o systematycznym wzroście liczby ataków. Straż miejska i policja nie odnotowują gwałtownego zwiększenia liczby takich zgłoszeń. Jednak incydenty, do których już doszło, sprawiają, jak przyznaje Anna Kołodziej, że cudzoziemcy czują się mniej bezpiecznie.
— Słowa mają siłę i pociągają za sobą konsekwencje. Kiedy narasta negatywna i agresywna retoryka, w pewnym momencie część ludzi może dojść do przekonania, że agresja jest dopuszczalna. A od agresji słownej bardzo łatwo przejść do działania — przekonuje Anna Kołodziej.
Co mogą zrobić miasta
Zarówno w Gdańsku, jak i we Wrocławiu przyznają, że sama uchwała ma przede wszystkim symboliczny charakter i nie może zastąpić pracy policji ani innych instytucji państwowych.
Dla Gdańska przyjęcie takiego dokumentu jest przede wszystkim wyrazem politycznego i społecznego stanowiska Rady Miasta — sygnałem dla parlamentarzystów, mediów, polityków i mieszkańców, że język nienawiści i agresja nie mogą stać się normą. Jednocześnie radni nie chcą, by dokument pozostał jedynie deklaracją. W Gdańsku planowane są zajęcia w szkołach poświęcone dezinformacji, mowie nienawiści i hejtowi. Władze miasta tłumaczą, że dzieci często przynoszą do szkoły poglądy i wzorce zachowań zasłyszane w domu, a ich konsekwencją może być nękanie rówieśników.
— Z jednej strony rodzice powinni dawać właściwy przykład, z drugiej — my również musimy bezpośrednio pracować z dziećmi i uczyć je odpowiednich zachowań — uważa Marcin Makowski.

Partner Sestry
Posłanka Gdańska Marcin Makowski. Zdjęcie: Piotr Połoczański
We Wrocławiu uchwała również postrzegana jest nie tylko jako reakcja na konkretny atak. Jej autorzy chcą postawić granicę już na poziomie języka, zanim dyskryminacyjna retoryka przerodzi się w przemoc fizyczną.
Praktyczna praca na rzecz integracji cudzoziemców we Wrocławiu rozpoczęła się na długo przed przyjęciem dokumentu. W mieście działają punkty informacyjne dla migrantów, w których można uzyskać pomoc w sprawach administracyjnych, a także organizacje społeczne, takie jak Fundacja Ukraina i Nomada. Miasto wspiera dzieci, które mają trudności z językiem polskim, organizuje dodatkowe zajęcia, a w szkołach pracują asystenci nauczycieli.
— Ważne jest dla mnie to, że mamy nie tylko duże miejskie programy czy strategię integracji, ale również codzienne inicjatywy na poziomie konkretnych dzielnic i małych społeczności — mówi Anna Kołodziej.
Jako osobny problem radna wskazuje dezinformację. W mediach społecznościowych aktywnie rozpowszechniane są twierdzenia, że Polska rzekomo wydaje nadmierne kwoty na Ukraińców, na ochronę zdrowia, edukację czy świadczenia społeczne, w tym program 800+.
— Myślę, że w tej kwestii nie zaszkodziłby jasny i zdecydowany publiczny komunikat premiera lub rządu. Dezinformacja jest poważnym problemem.
Jak mówi radna, analizy ekonomiczne pokazują coś przeciwnego: Ukraińcy, którzy pracują w Polsce, płacą podatki, zakładają firmy i tworzą miejsca pracy, przynoszą polskiej gospodarce więcej, niż państwo wydaje na ich wsparcie. Dlatego, jej zdaniem, Polsce brakuje systemowej kampanii informacyjnej, która obalałaby fałszywe informacje za pomocą konkretnych danych.
j korzyści niż państwo wydaje na ich wsparcie. Właśnie dlatego, zdaniem posłanki, w Polsce brakuje systemowej kampanii informacyjnej, która obalałaby fałszywe informacje za pomocą konkretnych danych liczbowych.
„Nasze korzenie są w rzeczywistości bardzo bliskie”
Dla Anny Kołodziej polsko-ukraińska bliskość ma również osobisty wymiar. Jedna z jej babć pochodziła z Ukrainy, z okolic Charkowa. Po II wojnie światowej rodzina znalazła się na Dolnym Śląsku.
— Na Dolnym Śląsku bardzo wiele osób ma podobną historię rodzinną — ich rodzice, dziadkowie czy babcie przyjechali ze wschodu po II wojnie światowej. Dlatego nasze korzenie często są ze sobą powiązane.

Partner Sestry
Uroczystość otwarcia Skweru Przyjaźni Polsko-Ukraińskiej, Wrocław, 24 sierpnia 2026 r. Zdjęcie: Bartosz Mokrzycki
Jednocześnie, obok codziennej integracji Ukraińców, coraz wyraźniejsza staje się polityzacja tematu migracji. Zdaniem radnej część prawicowych ugrupowań w Polsce chce wykorzystywać temat cudzoziemców do mobilizowania wyborców, tworząc obraz grupy, którą można obarczać winą za problemy społeczne. W Gdańsku główny przekaz uchwały również skierowany jest nie tylko do Ukraińców, lecz także do polskiego społeczeństwa: spory polityczne i historyczne nie powinny decydować o stosunku do ludzi, którzy żyją obok nas.
— Ukraińcy są częścią miasta i mają prawo czuć się tutaj bezpiecznie, a otwartość i solidarność powinny być potwierdzane nie tylko słowami, lecz także konkretnymi działaniami — podkreśla Marcin Makowski.
„Nawet opiekujemy się nawzajem swoimi kotami”
Do samych Ukraińców mieszkających we Wrocławiu Anna Kołodziej kieruje inny przekaz, niezwiązany ani z polityką, ani z historycznymi sporami.
— Ukraińcy są również Wrocławianami i Wrocławiankami. Pracują tutaj i razem z innymi budują to miasto. Każdy, kto wybrał Wrocław jako miejsce do życia, powinien czuć się tutaj jak w domu.
W moim budynku, dwa piętra niżej, mieszka ukraińska rodzina. Nawet opiekujemy się nawzajem swoimi kotami, kiedy jest taka potrzeba. To właśnie takie ludzkie historie lepiej niż polityczne spory pokazują, jak naprawdę współistnieją Polacy i Ukraińcy we Wrocławiu.
Radna uważa, że przypadki agresji są pojedyncze i nie odzwierciedlają postawy większości polskiego społeczeństwa. Jako dowód przywołuje pierwsze miesiące po pełnoskalowej inwazji Rosji: jeszcze zanim państwo zdążyło zorganizować systemową pomoc, tysiące Polaków zaczęły działać oddolnie.
— Jako Polce jest mi wstyd za takie przypadki, do których dochodzi teraz. Chciałabym za nie przeprosić, choć osobiście nie mam z nimi nic wspólnego.Bardzo chciałabym, żeby wszyscy Ukraińcy, którzy obecnie mieszkają w Polsce, czuli się tutaj jak w domu.