(…) W końcówce lat osiemdziesiątych Polska nie była krajem szczęśliwym ani spełnionym. Narzekano na wszystko: na sklepy, na mieszkania, na politykę, na brak perspektyw. A jednak wystarczyło przejechać most nad Bugiem, by ta sama Polska zaczynała wyglądać inaczej.
Nie jak Zachód, ale jak przedsionek Zachodu. Nie jak raj, lecz jak strefa przejścia.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Związek Sowiecki był blisko — geograficznie i mentalnie. Ale był też czymś radykalnie innym. Miał inny rytm ulicy, inny ciężar spojrzenia milicjanta, inny zapach instytucji. Był światem, w którym państwo objawiało się przede wszystkim w patrolu. W człowieku w mundurze, który mógł zatrzymać, przeliczyć, zakwestionować.
Dla pokolenia wchodzącego w dorosłość u progu lat dziewięćdziesiątych to porównanie było formacyjne. Polska była średnim miejscem. Pomiędzy rajem Zachodu a policyjnym obłędem Wschodu. W tej strefie pośredniej rodziło się przekonanie, że różnice są stopniowalne. Że można nadrobić dystans. Że historia przyspiesza.
Ten rozdział opowiada o tym doświadczeniu. O Polsce, która uczyła się rozpoznawać siebie poprzez dystans wobec rozpadającego się imperium. I o tym, jak bardzo to lustro — wschodnie — ukształtowało wyobraźnię lat dziewięćdziesiątych.

Mikołaj Starzyński, udostępnione przez MP / fot. Mikołaj Starzyński
Michał Przeperski
Na cześć Polski: hip, hip, hurra!
— Pierwszy raz byłem w Brześciu nad Bugiem. Początek marca 1988. Wycieczka z warszawskiego liceum Konopnickiej pod patronatem TPPR. Akurat panowało specyficzne wzmożenie, by jeździć właśnie do Brześcia. To była jedna z ostatnich kampanii oficjalnej przyjaźni. Dla większości była de facto kampanią zakupową. Dla mnie nie, choć licealna nauczycielka rosyjskiego uważała, że zahandlowałem świetnie.
O swoich podróżach opowiada mi Tomek. Wtedy warszawski licealista, dziś warszawski intelektualista.
Autokar, wszystko zorganizowane. Jedna noc tam, wizyta w jakiejś sowieckiej szkole, oficjałka z lokalną młodzieżą. Chwila czasu dla siebie i powrót. Czasy pieriestrojki, uśmiechy sowieckich obywateli jakby bardziej szczere. Ale to jednak Sowiety.
— Na granicy w Terespolu — pełna kontrola. Mnie jednego wzięli na bok, zaczęli straszliwie maglować. W sumie nie byłem zdziwiony: mama była od lat zaangażowana w podziemną Solidarność. Ale mało tego, mama wpadła na świetny pomysł: skoro jadę tam, to może wyślę już stamtąd list do jakiegoś dalekiego kuzyna, notabene popa. Ona go napisała, ja miałem go po prostu wrzucić do skrzynki. Jednak pogranicznicy list znaleźli, bo całkowicie mnie przeszukali.

mat. prasowe / udostępnione przez Weronikę Zembrzycką
Okładka nowej książki „Prawie Zachód”
Moment grozy. Aresztują? Mundurowi z gwiazdą na czapce byli ewidentnie zachwyceni, że nie znaleźli przemytu, ale — jak wierzyli — sprawę polityczną. List głośno odczytali, wymachiwali rękami, śmiali się głośno. Wreszcie, przeprowadzili do małego pomieszczenia. Chwyt za nadgarstek niczym w imadle.
Palec po palcu sowiecki pogranicznik wyliczał czekające go represje. Wylecisz ze szkoły. Matka straci pracę. Ojciec straci pracę. Nigdy nie zobaczysz uniwersytetu. Zapomnij o paszporcie.
— Ci mundurowi używali specyficznej mieszanki językowej polsko-rosyjskiej, właściwej dla pogranicza. Niby swojsko. Ale jednak odgrażali się, że złota będą szukać nawet w tyłku.
Ze ściany rzeczowo patrzył niedosiężny Gorbaczow, na technokratycznym portrecie, właściwym dla epoki. Na biurku mosiężna figurka Dzierżyńskiego panowała nad sytuacją.
— Wydawało mi się, że trwa to wieki. Wreszcie przynieśli mi kopertę z nadrukowanym już znaczkiem, kazali włożyć list do środka, zaadresować go i wrzucić do skrzynki. Puścili mnie dopiero, gdy wrzuciłem go do skrzynki na ich oczach.
Lekcja pieriestrojki dla niezaawansowanych. Grożą, srożą się, zamachują. Ale i uśmiechają się, pomagają, ostatecznie nie biją. Terror, ale w skali mikro, jakby delikatnie. Minęła raptem godzina, a przecież uczucie było takie, jakby to wszystko trwało całe dnie. W autobusie czekała na Tomka partyjna dyrektorka szkoły i nie mniej partyjna rusycystka. One prowadziły tę wycieczkę. Ucieszyły się, pojechaliśmy dalej.
Granica w Terespolu nie była tylko linią oddzielającą dwa państwa. Była próbą charakteru. W 1988 roku przekraczało się ją ciałem: rewizją, przeszukaniem, przeliczeniem banknotów, strachem o przyszłość. Polska nie była jeszcze wolna, ale już była inna. Ta różnica nie miała jeszcze języka politycznego. Miała język napięcia mięśni i suchości w ustach.
Dla siedemnastolatka to była pierwsza lekcja, że system może się uśmiechać i jednocześnie trzymać za nadgarstek jak w imadle. W tym sensie pieriestrojka nie była reformą. Była modulacją strachu.
— Ale jak wracaliśmy po tych dwóch dniach, to na granicy to samo. Znowu wzięli mnie na rewizję. Wreszcie, gdy z niej wróciłem, dyrektorka i rusycystka manifestacyjnie mnie wycałowały. Ruszyliśmy do Polski, a momencie przekraczania granicy, na moście nad Bugiem któraś z nich wstała i zakrzyknęła: „na cześć Polski — hip, hip hurra!”.

Tadeusz Zagodziński / PAP
Wizyta Michaiła Gorbaczowa w Polsce, rok 1988. Na pierwszym planie, od lewej: żona przewodniczącego Rady Państwa PRL Barbara Jaruzelska, Michaił Gorbaczow, sekretarz generalny KPZR, jego żona Raisa Gorbaczowa i Wojciech Jaruzelski, przewodniczący Rady Państwa PRL, I sekretarz KC Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej
Dla samych Polaków Polska roku 1988 była absolutnie nie do przyjęcia. Ale widziana zza wschodniej granicy wydawała się oazą wolności. Warszawscy licealiści czuli się jak pionierzy kosmicznych podróży, łamiący zasady fizyki i powracający z wnętrza czarnej dziury. Tak zdumiewająca była dla nich tamtejsza rzeczywistość. Raz, że ludzie na ulicy nie za bardzo chcieli gadać z młodymi Polakami. Wydawało się, że w Brześciu po prostu boją się cudzoziemców. A dwa, że kontrola nad spontanicznymi zachowaniami społecznymi działała w najlepsze.
— Spacerując po Brześciu, natknęliśmy się na gigantyczny sklep monopolowy. Kolejka po horyzont, prawdziwie wspaniała, musieliśmy zrobić jej zdjęcie. Stanąłem na jej tle, a kolega ze swoim Zenitem poszedł na drugą stronę ulicy. Nie minęła chwila, a już był przy nim milicjant. Kolega został aresztowany. Ja zostałem przerażony. Z kolejki tylko sentencjonalnie ktoś rzucił: fotografirował, fotografirował — i dofotografirowałsja.
Strach totalny. Wróci jeszcze? Zabiorą go na Syberię? W takiej chwili, zwłaszcza jak ma się siedemnaście lat, to subtelności wielkiej polityki nie mają znaczenia. Znowu jednak wypuścili go po półgodzinie.
— Milicjant przesłuchał go, opieprzył i kazał fotografować zabytkowe cerkwie. Pod żadnym pozorem kolejki.
Może na eksport Związek Sowiecki miał twarz eksportowego genseka, ale grupie polskich licealistów wydawał się odmętem policyjnego obłędu. W partnerskiej szkole dzieciaki bały się gadać, a całe otoczenie było nieprawdopodobnie dziadowskie. Na hotelowym parkingu w Brześciu polski Autosan — skądinąd wątpliwy cud techniki — robił wrażenie krążownika szos. Na ulicach nie było żadnych zachodnich samochodów, nawet tych drugiej świeżości.
Powrót do przeszłości. Dziewięć dowodów na to, że Rosja wróciła do ZSRR
Sklepy i lokale usługowe miały na witrynach plakaty z 70. rocznicą rewolucji październikowej. (Sprzed pięciu miesięcy). Zegarmistrz? Nie, nie ma zegarków, na witrynie królują Leniny zamiast asortymentu. Hotelowa recepcja? Przyozdobiona plakatem z Leninem i Krupską. Sklep warzywny? Imienia 60. rocznicy sowieckiej Białorusi. Na ulicy co i rusz wpadało się na wojskowych.
— W 1985 byłem po raz pierwszy we Francji. Wszystko było kolorowe. Raj. Dlatego pierwsza wizyta w Sowietach była jeszcze większym szokiem. W tym układzie Polska jawiła się jako takie średnie miejsce. Na zachodzie raj. Na wschodzie super syf i państwo policyjne. U nas — jednak! — tylko średni syf.
„Średni syf” był kategorią historyczną. Polska końca lat osiemdziesiątych nie była ani światem wolności, ani światem zamkniętym. Była strefą przejścia. W porównaniu z Zachodem — frustrująco zapóźniona. W porównaniu ze Wschodem — zaskakująco swobodna.