Niektóre spotkania MLS wyglądają jak szkolne mecze w podstawówce, gdy klasa gra na klasę. Jest dużo entuzjazmu, radosnego futbolu, nieodpowiedzialności w defensywie, chaosu i dziecięcych błędów. I – jak to na podwórku bywa – pada dużo goli. Ich znaczenia nie należy przeceniać, bo część z nich jest zdobywana bardzo łatwo, jakby to była gierka treningowa.

W meczu Toronto FC z Fire padło aż osiem bramek, a kapitalny mecz zaliczył zawodnik z numerem 9 na czerwonej koszulce. Nie tylko ustrzelił hat-tricka, ale był groźny niemal w każdej akcji ofensywnej swojego zespołu. Silny, szybki, z piekielnie mocnym uderzeniem. Znakomity! Nie nazywa się jednak Robert Lewandowski tylko Josh Sargent i gra dla Toronto. Wybrano go – całkiem słusznie – graczem meczu.

Druga „dziewiątka” na boisku, tym razem w białej koszulce, też strzeliła gola. Ale gol Lewandowskiego – choć po pięknej akcji zespołowej – należał do tych, które po prostu wypada strzelić. Polak pokonał bramkarza z pięciu metrów i chwała mu za to, ale też nie róbmy z tego zagadnienia. Drużyna z Toronto była beznadziejna w defensywie. Ta z Chicago niewiele lepsza, więc mecz skończył się hokejowym wynikiem 4:4.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Wiek to tylko liczba! Taką bramkę strzelił 40-latek

Bądźmy szczerzy: jak na razie przygoda Roberta w Chicago nie wygląda tak dobrze, jak wyglądać miała. „Lewy” niby coś tam gra, we wszystkich 12 meczach strzelił sześć bramek (pięć w MLS i jedną w Leagues Cup), czyli dramatu nie ma. No, ale szału też nie ma.

Kibice „Strażaków” zaczynają narzekać, bo Fire kupowało Roberta jako – czy się komuś to określenie podoba czy nie – „wice Messiego”. Polak dostał drugą pod względem wysokości pensję w MLS i miał „dowozić” wyniki prawie tak samo jak Messi. Niestety Robert „wice Messim” jest – póki co – jedynie pod względem płacy w MLS. Cała reszta obok genialnego Argentyńczyka nawet nie stała.

Raptem tydzień temu Leo wbił cztery gole w jednym meczu, przeciwko CF Montreal! I choć ostatecznie zaliczono mu „tylko” hat-tricka (pierwszą bramkę – zdobytą po rykoszecie – uznano za samobójczą), to robi to ogromne wrażenie. A przecież Messi ma za sobą wyczerpujący mundial, w którym Argentyna doszła aż do finału oraz traumatyczne przeżycia związane z niedawną śmiercią i pogrzebem ojca. Leo zaskakująco szybko wrócił do kapitalnej formy. W pojedynkę wygrywa mecze dla Interu Miami samą piłkarską jakością.

Tymczasem, obserwując mecze Chicago Fire, trzeba uczciwie powiedzieć, że te gole Roberta są… wymęczone. Naprawdę. Niektóre z nich wcale nie są efektem dobrych występów Polaka, a jedynie skutkiem błysku snajperskiego nosa, którego Robert zawsze miał i tak mu już zostanie.

W wielu spotkaniach Fire gra toczy się poza Polkiem, jakby był obok meczu i nie jest to na pewno kwestia niechęci partnerów do Lewandowskiego. Nie, to nie jest zamierzone.

Faktem jest natomiast, że drużyna z Chicago jest dziwnie zbudowana. To zespół kompletnie niezbalansowany, bez wysokiej jakości piłkarskiej na skrzydłach i w drugiej linii, z zawodnikami w składzie, którzy nie znaleźliby zatrudnienia np. w polskiej Ekstraklasie.

To w pewien sposób tłumaczy dużą bezradność Lewandowskiego w wielu spotkaniach. Ale też nie usprawiedliwia wszystkiego. Bo pod względem sportowym wyśrubowana – jak na warunki MLS – gaża Roberta (16 mln dolarów za sezon plus nawet do 4 mln w bonusach) kompletnie się nie broni. Na dzisiaj projekt jest przepłacony, to oczywiste.

Ale też oczywiste jest, że oczekiwania wobec Lewandowskiego były zbyt duże. Nierealistyczne. Kupowanie Polaka jako „wice Messiego” z nadzieją, że Robert będzie robił na boisku taką różnicę jak Leo w Interze Miami, było naiwnością, grubym nieporozumieniem albo nieznajomością tematu. Bo jeśli ktoś myślał, że kupuje „game changera”, to znaczy, że nie oglądał poprzedniego sezonu Roberta w barwach FC Barcelony.

„Lewy” co prawda nadal może być świetnym egzekutorem, lisem pola karnego, skutecznym napastnikiem, ale sam meczów nie wygra. Więc pod względem rozdmuchanych oczekiwań Amerykanie są sami sobie winni. Nie można sprowadzać 38-letniego piłkarza w 2026 roku i liczyć, że będzie w takiej formie jak w 2020, gdy wygrywał Ligę Mistrzów z Bayernem. To umysłowa aberracja.

Skoro Amerykanie tego nie wiedzieli wcześniej, to źle o nich świadczy. Sami się oszukali. Zrobili zakupy w niewłaściwym sklepie. A reklamacji tutaj się nie przyjmuje. „Lewy” ma dwuletni, wypasiony kontrakt w Fire i raczej sam z niego nie zrezygnuje.

Niestety, im gorzej idzie Robertowi w klubie, tym gorzej także dla reprezentacji Polski. Bo „Lewy” czuje presję w Ameryce. Sam ma świadomość, że „nie dowozi” na miarę swojej płacy i na miarę pokładanych w nim oczekiwań. Będzie więc się starał zrobić co tylko się da, by nie rozczarować obecnego pracodawcy i kibiców z Chicago.

Jak się zatem zachowa wobec dylematu: co wybrać reprezentację czy obowiązki klubowe? Być na całym najbliższym zgrupowaniu kadry, czyli od 21 września do 5 października czy też wyjechać wcześniej i zdążyć przynajmniej na zaległy mecz z Vancouver Whitecaps (7 października)?

Oznaczałoby to, że „Lewy” nie będzie do dyspozycji selekcjonera Jana Urbana na drugi mecz Polski z Bośnią (5 października). To i tak byłoby rozwiązaniem z gatunku „panu Bogu świeczkę, a i diabłu ogarek”, bo Polak w takim wypadku i tak opuściłby ligowe spotkanie MLS Charlotte – Fire (27 września). W tym ostatnim meczu mógłby zagrać wyłącznie wtedy, gdyby publicznie ogłosił, że rezygnuje z występów w reprezentacji lub że czasowo je zawiesza.

Niestety, Robert zwleka z decyzją i do dzisiaj nie zadeklarował, jakie ma priorytety. Zostawił sobie bufor komfortu, żeby poczekać z takimi deklaracjami do ostatniej chwili. Tyle że dłużej czekać się nie da, bo niebawem trzeba wysyłać powołania na Ligę Narodów, więc decyzję Lewandowskiego i tak szybko poznamy.

W tzw. międzyczasie już się koło tematu zdążyło w Polsce zagotować. „Super Express” podał informację, że napastnik Chicago Fire co prawda nie zamierza rezygnować z gry w narodowych barwach, ale z uwagi na napięty terminarz MLS miałby wrócić do USA już po pierwszym spotkaniu z Bośnią (25 września).

Krytycznie na ten temat zdążyli się już wypowiedzieć nasi dwaj byli, wielcy piłkarze. Grzegorz Lato ostrzega, że wybieranie sobie meczów przez Roberta, w których pasuje mu zagrać, jest prostą drogą do rozbicia drużyny. Że jeśli Lewandowski chce kontynuować występy w drużynie Biało-Czerwonych, to nie może stawiać selekcjonerowi żadnych ograniczeń.

Natomiast Zbigniew Boniek nazwał całą sytuację „hecą”, wskazując, że powinno się odbyć spotkanie Jana Urbana i prezesa PZPN Cezarego Kuleszy z Robertem, by ten zadeklarował czy przez najbliższe dwa lata będzie grał we wszystkich meczach reprezentacji.

Tzw. otoczenie Lewandowskiego szybko zdementowało doniesienia „Super Expressu”, ale było to dementi bardzo oszczędne i niepodpisane. Dowiedzieliśmy się z niego tyle, że nigdy nie było pomysłu, żeby Robert przyleciał na tylko jeden z czterech najbliższych meczów reprezentacji w Lidze Narodów. A co do przyszłości to tzw. otoczenie RL zaapelowało o cierpliwość, bo niebawem wszystko się wyjaśni.

Że się wyjaśni to wiemy, bo wszyscy mamy kalendarze. Po drugie w kwestii tak istotnej dla reprezentacji chciałbym, żeby się wypowiadał ktoś z imienia i nazwiska, bo wtedy taka publiczna deklaracja jest wiążąca. Najlepiej sam Robert Lewandowski.

I choć domyślam się, kto kryje się pod zgrabnym pseudonimem „otoczenie Roberta Lewandowskiego”, domyślać się nie muszę. Po co mam zgadywać, czy to powiedziała jego żona, matka, siostra czy któraś z córek? Przecież mogę się pomylić.

Jest w tym temacie jedna, bardzo ważna kwestia. Mianowicie nie chciałbym, żeby Robert Lewandowski znów postawił w mało komfortowym położeniu Jana Urbana. Już tak raz zrobił, gdy się spóźnił na zgrupowanie kadry przed ważnymi meczami eliminacji do mundialu w listopadzie 2025, bo patriotycznie – a jakże by inaczej – musiał rozświetlać na biało-czerwono Empire State Building w Nowym Jorku. Urban nie robił o to afery, ale swoje na pewno pomyślał.

„Lewy” już wcześniej miewał inne „obowiązki”, gdy wybierał sobie mecze kadry. Jak to się skończyło dla Michała Probierza pamiętamy. A inny selekcjoner Paulo Sousa zgodził się na absencję „Lewego” w spotkaniu z Węgrami, bo Portugalczyk miał to wtedy w głębokim poważaniu. On już sam mentalnie się ewakuował z Polski do nowej roboty w Brazylii.

Nie zrzucajmy zatem ponownie na barki Jana Urbana tego ciężaru, żeby to selekcjoner musiał decydować co zrobić z tą – jak to określił Boniek – „hecą”. To nie jest pytanie wyłącznie do selekcjonera i do prezesa PZPN czy pozwalamy komukolwiek (nawet jeśli się nazywa Robert Lewandowski) wybierać sobie mecze reprezentacji, w których pasuje mu zagrać.

To jest pytanie do każdego z was drodzy czytelnicy, bo to jest reprezentacja nas wszystkich, a nie tylko Urbana czy Kuleszy. Jak wy się z tym czujecie?

Może uważacie, że jest tak, iż Robert jest na tyle wyjątkowy oraz zasłużony, że trzeba mu na to pozwolić i niech gra, kiedy może i kiedy chce, bo i tak nie mamy lepszych. Czy tak?

A może jest zupełnie inaczej: w kwestii reprezentacji Polski macie podejście zasadnicze i uważacie, że tu nie ma miejsca na kompromisy i priorytety muszą być jasne i publicznie sprecyzowane.

Na sprawę można patrzeć różnie, można mieć odmienne punkty widzenia. Jestem to w stanie zrozumieć, choć wydaje mi się, że np. taki Luka Modrić w kwestii reprezentacji Chorwacji nie miałby żadnych rozterek. Ale nie o Modricia tu chodzi.

Chodzi o nasze podejście do kadry. Bo jeśli rozstrzygamy w tak istotnej kwestii dotyczącej najważniejszej drużyny w kraju, to zróbmy to transparentnie, przy otwartej kurtynie.

Niech Robert zwoła konferencję prasową, niech naświetli swój punkt widzenia, niech się odbędzie dyskusja, niech pościerają się opinie.

Reprezentacji Polski w ostatnich latach najbardziej szkodziły kwestie skrywane, rozstrzygane pokątnie, w zaciszu gabinetów, w hotelowych pokojach, w szatni. Choćby słynne dzielenie na mundialu pieniędzy obiecanych przez premiera Morawieckiego albo afera helsińska, gdy pogubił się nie tylko Michał Probierz, ale też kilku liderów kadry. Nawet taki facet z krwi i kości jak Adam Nawałka nie potrafił z klasą przeprowadzić operacji odebrania opaski kapitana reprezentacji Kubie Błaszczykowskiemu. Bo to też było wtedy tajne przez poufne, kuluarowe, ukrywane przed głównym zainteresowanym. Niepotrzebnie.

Już czas, żebyśmy zaczęli o reprezentacji Polski rozmawiać transparentnie. Nic o nas, bez nas, bo reprezentacja to nasza drużyna. Rozmawiajmy zatem otwarcie o tym, co nam pasuje, a co jest totalnym przegięciem. Rozmawiajmy o tym szczerze z szacunku zarówno dla kadry jak i dla samego Roberta Lewandowskiego.

Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty