Kiedy myśl ucieka w stronę polskich zamków, w głowie od razu pojawia się Dolny Śląsk i jego potężne warownie. Wystarczy jednak zboczyć z utartych tras i spojrzeć na centralną część kraju. W województwie łódzkim, niedaleko Grabowa i Łęczycy, stoją ruiny, które spokojnie mogą konkurować klimatem z bardziej znanymi miejscami. Nie udają wielkiej twierdzy, ale historia tego miejsca przyciąga jak magnes. Zwłaszcza że pojawia się w niej sam diabeł.

Zobacz wideo Tak powstaje tajemniczy „Zamek w Stobnicy”. Byliśmy na miejscu

Jaka jest legenda związana z zamkiem Besiekiery? Sam diabeł Boruta maczał tam swoje paluchy

Zamek w Besiekierach powstał na przełomie XV i XVI wieku jako prywatna siedziba rodu Sokołowskich. Nie był to obiekt budowany na pokaz, lecz przemyślana konstrukcja obronno-rezydencjalna. Wzniesiono go na sztucznej wyspie otoczonej wodą, co już na starcie dawało sporą przewagę nad potencjalnym przeciwnikiem. Mury wyrastały niemal wprost z fosy, a całość miała formę zwartego czworoboku z wieżą bramną i budynkiem mieszkalnym od północy. To była architektura, która miała działać. Chronić, kontrolować przestrzeń i jednocześnie podkreślać pozycję gospodarza.

Z czasem zamek zmieniał właścicieli i role. Na początku XVII wieku trafił w ręce związane z rodem Batorych, później przeszedł modernizację za sprawą Jana Szczawińskiego. Wtedy też zyskał bardziej reprezentacyjny charakter. Surowa gotycka bryła została złagodzona, pojawiły się elementy dekoracyjne, a wnętrza zaczęły przypominać wygodną siedzibę, nie tylko punkt oporu. Od tego momentu obiekty zaczął pełnić funkcję miejsca do życia.

Zamek w Besiekierach jest jednym z niewielu dobrze zachowanych średniowiecznych obiektów obronnych z cegły w województwie łódzkim

Zamek w Besiekierach jest jednym z niewielu dobrze zachowanych średniowiecznych obiektów obronnych z cegły w województwie łódzkimFot. Wikipedia/Kazimierz Stronczyński/Domena Publiczna

Etap ten nie trwał jednak długo. Wojny, kryzysy i zmieniające się potrzeby sprawiły, że twierdza stopniowo traciła znaczenie. Pożar w XVIII wieku przyspieszył jej upadek, a kolejne lata przyniosły degradację. W XIX wieku obiekt był już częściowo opuszczony, a jego mury zaczęły służyć jako… źródło budulca. Cegły z zamku trafiły do okolicznych gospodarstw i tak, kawałek po kawałku, dawna rezydencja zamieniała się w ruinę.

Do dziś zachował się pełen obwód murów, fragmenty domu mieszkalnego oraz resztki wieży bramnej. Na szczęście układ zamku pozostał czytelny, co pozwala odkrywać przestrzeń nawet bez przewodnika. W ostatnich latach przeprowadzono prace konserwatorskie, odtworzono fosę i uporządkowano teren. Ruina nie została wygładzona ani przesadnie odtworzona. I właśnie to nadaje jej wyjątkowy charakter. 

W tym miejscu trudno nie wspomnieć o legendzie. Na tych terenach od dawna krąży opowieść o „zamku bez siekiery”, która brzmi jak historia z pogranicza sprytu i ironii losu. Według niej jeden z właścicieli założył się z Borutą, że wzniesie swoją siedzibę bez użycia siekiery. Stawką była dusza – jeśli przegra, odda ją diabłu. Warunek wydawał się prosty. A może nawet zbyt prosty. Budowa ruszyła, mury rosły, wszystko zmierzało do szczęśliwego finału. Rycerz był święcie przekonany, że przechytrzył przeciwnika.

I właśnie wtedy pojawił się Boruta. Nie kwestionował samej budowy, tylko jej interpretację. Podszedł do jednego z robotników i zapytał o imię. Odpowiedź, która padła, była zaskoczeniem: Siekierka. To wystarczyło, by diabeł wygrał. Bo przecież „siekiera”, choć w nietypowej formie, była obecna przy wznoszeniu zamku. Reszta historii jest już tylko konsekwencją tego momentu. Rycerz stracił duszę, a nazwa pozostała do dziś.

Jakie są miejsca warte zobaczenia w województwie łódzkim? Okolice Besiekier skrywają perełki

Zwiedzanie zamku w Besiekierach wygląda inaczej niż w większości znanych warowni. Nie ma tu kas ani godzin otwarcia, nie ma też tłumów turystów. Wstęp jest wolny przez cały rok, a teren można odkrywać we własnym tempie. Po pracach zakończonych w 2024 roku miejsce zostało uporządkowane i zabezpieczone. Naprawiono mury, odgruzowano dziedziniec i odnowiono fosę, dzięki czemu spacer stał się wygodniejszy i bezpieczniejszy. Do ruin zamku prowadzi kładka, a wokół powstała przestrzeń do odpoczynku. Są ławki, trochę zieleni i miejsca, gdzie można po prostu usiąść i popatrzeć na pozostałości murów odbijające się w wodzie. Bez pośpiechu, bez przewodnika, za to z dużą przestrzenią dla wyobraźni.

Jeśli mamy czas na coś więcej niż same Besiekiery, okolica daje nam sporo możliwości. Najbliżej jest do zamku w Łęczycy, który działa jak naturalne przedłużenie klimatu legendy. Tam wszystko jest bardziej „namacalne”. Można wejść do środka, zobaczyć ekspozycje i wspiąć się na wieżę, z której rozciąga się zachwycająca panorama. To właśnie w Łęczycy najmocniej wybrzmiewa postać Boruty, więc opowieść z Besiekier nagle dostaje drugie życie. Zestawienie dwóch miejsc działa więc zaskakująco dobrze. Cisza ruin i żywa historia zamkowych sal tworzą spójną, uzupełniającą się całość.

Kilka kilometrów dalej czeka zupełnie inny klimat. Archikolegiata Najświętszej Marii Panny i św. Aleksego w Tumie nie próbuje niczego upiększać ani przyciągać turystów na siłę. Grube mury, niewielkie okna i ciężka bryła sprawiają, że to miejsce odbiera się bardziej przez atmosferę niż detale. Wnętrze jest proste, spokojne, trochę surowe… I właśnie dlatego zostaje w pamięci praktycznie każdego, kto je odwiedzi. 

Na koniec dobrze zostawić coś lżejszego. Uniejów wprowadza zupełnie inny rytm. Więcej przestrzeni, więcej luzu. Termy, odnowiony zamek arcybiskupów i bulwary nad Wartą pozwalają spiąć dzień spokojną klamrą. To taki naturalny finał trasy: od surowych ruin, przez historię opowiedzianą w murach, aż po miejsce, w którym można po prostu usiąść, złapać oddech i spokojnie się zrelaksować. Czy legenda o „zamku bez siekiery” brzmi dla ciebie wiarygodnie? Zapraszamy do udziału w naszej sondzie.