Bez „CPN” inflacja w sierpniu byłaby na pewno jeszcze wyższa. Przewiduję, że po odejściu od „CPN” przekroczy poziom 4% – już wrzesień przyniesie taki jej wynik. Bo ceny ewidentnie się nie zatrzymują. A wyższe ceny paliw przekładają się na wyższe ceny wszystkiego: transportu, usług, produkcji. Również spodziewam się w związku z tym wzrostu cen żywności. Co prawda jesień to okres zbiorów i ceny nie powinny rosnąć. Ale moim zdaniem będą rosły, bo rolnicy absolutnie muszą sobie skalkulować koszty droższego paliwa, zwłaszcza droższego diesla. Wobec tego sytuacja z inflacją wygląda dla konsumentów źle – mówi w rozmowie z Maciejem Pawlakiem dla portalu filarybiznesu.pl Janusz Szewczak, analityk gospodarczy, były główny ekonomista Kasy Krajowej SKOK.
Maciej Pawlak: Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wg szybkiego szacunku w GUS w sierpniu 2026 r. wzrosły o 3,4% w porównaniu z analogicznym miesiącem ub. roku, a w porównaniu z lipcem – wzrosły o 0,4%. W ten sposób powróciła do wysokości znanej z lata ub. roku. Największy wzrost cen rok do roku w sierpniu br. dotyczył paliw w prywatnych środkach transportu (o 24,2%; i o 5,2% w stosunku do lipca br.). W znacznie mniejszym stopniu (wzrost rok do roku o 4,1%) dotyczyło to cen energii elektrycznej, gazu i innych paliw. Dlaczego paliwa zdrożały aż tak bardzo, skoro przez dużą część sierpnia obowiązywał wznowiony program „CPN”? Gdyby nie obowiązywał jak bardzo mogłoby to wpłynąć na wysokość inflacji w sierpniu? Jak może się kształtować inflacja w kolejnych miesiącach po uwolnieniu cen paliw od września?
Janusz Szewczak: Poziom 3,4% inflacji w relacji rok do roku to dość duży jej wzrost. To także duży jej wzrost porównując ją z poprzednim miesiącem – lipcem – o prawie pół procent. Stanowi to dowód, jak znaczący wpływ na inflację mają paliwa, zwłaszcza benzyna i diesel. Może w mniejszym stopniu gaz – chociaż w tej chwili to właśnie ceny gazu rosną chyba najbardziej dynamicznie. Zatem inflacja będzie wyraźnie rosła. Można się więc pożegnać na razie z obniżkami stóp procentowych przez RPP.
Jak wpływ na inflację będzie miało porzucenie przez rząd „CPN”?
Odejście od tego programu przy jednoczesnym wprowadzeniu od pierwszych dni września programu „Ceny Paliw Wyżej”, i to dużo wyżej – bo tylko w ciągu 1 dnia od porzucenia CPN przyrost cen paliw za litr wyniósł nawet 1-1,2 zł, oznacza dla polskich kierowców ogromny skok w górę. I żadne przyczyny geopolityczne i ekonomiczne nie uzasadniają aż takiego wzrostu cen w Polsce. Jest to jeden z najwyższych takich wzrostów w Europie i chyba również na świecie. Przy tym minister Motyka opowiada brednie o tym, że tak ogromny skok w cenach z miesiąca na miesiąc to wynik konfliktu w Zatoce Perskiej (który przecież trwa już od pół roku), a także rezultat wet prezydenckich. Takie opinie to kabotyństwo do entej potęgi, dlatego, że mają one niewiele wspólnego z tymi kwestiami. W rezultacie powstają ogromne marże dla firm paliwowych, a jednocześnie zwiększa się łupienie klientów. Gdyby nie to, że prezydent Nawrocki skierował ustawę „od ponadnormatywnych zysków firm energetycznych, tzw. windfall tax” do Trybunału Konstytucyjnego, to obecnie ceny paliw na polskich stacjach benzynowych byłyby jeszcze wyższe. Przypomnijmy, że są one dziś na poziomie ok. 8 zł/l (benzyny) i prawie 9 zł/l w przypadku diesla.
Jakie są tego konsekwencje?
Ceny paliw mają fundamentalny wpływ na koszty działalności przedsiębiorstw, na usługi ale i na koszty utrzymania przeciętnego Kowalskiego.
Na ile „CPN” miał wpływ na inflację w sierpniu, a jak bardzo odejście od tego programu podwyższy ją w kolejnych miesiącach?
Bez „CPN” inflacja już w sierpniu byłaby na pewno jeszcze wyższa. Przewiduję, że po odejściu od „CPN” przekroczy poziom 4% – już wrzesień przyniesie taki jej wynik. Bo ceny ewidentnie się nie zatrzymują. A wyższe ceny paliw przekładają się na wyższe ceny wszystkiego: transportu, usług, produkcji. Również spodziewam się w związku z tym wzrostu cen żywności. Bo przecież jesień to okres zbiorów i ceny nie powinny rosnąć. Ale moim zdaniem będą rosły, bo rolnicy absolutnie muszą sobie skalkulować koszty droższego paliwa, zwłaszcza droższego Diesla. Wobec tego sytuacja z inflacją wygląda dla konsumentów źle. Natomiast nie szkodzi to specjalnie rządowi – bo przecież z jego punktu widzenia przekłada się to na wyższe wpływy z podatków. Widać, że w tym przypadku nie ma specjalnej troski ze strony rządu. Zawsze winą za rosnącą inflację rząd obarcza Narodowy Bank Polski, co ma oczywiście niewiele wspólnego z obecną rzeczywistością ekonomiczną. Natomiast na pewno wszystko to będzie oznaczało wzrost kosztów utrzymania Polaków i uszczuplenie ich portfeli.
PKB wzrósł w II kwartale br. w porównaniu z II kw. ub. roku niewyrównany sezonowo realnie o 3,9% rok do roku. W 2 kwartale 2026 r. realny PKB wyrównany sezonowo (w cenach stałych przy roku odniesienia 2020) był wyższy niż przed rokiem o 3,8%. Jak podał GUS w 2 kw. 2026 r. głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego był popyt krajowy. Popyt konsumpcyjny wzrósł w skali roku o 2,8%, a inwestycyjny zwiększył się wówczas o 8,4%. Co może być przyczyną tego, że przy stosunkowo wysokim wzroście PKB, zwłaszcza na tle większości krajów UE, deficyt budżetowy i dług publiczny nie maleją, ale wciąż rosną?
No właśnie. Polska jest dziś doskonałym przykładem oderwania się wskaźnika wzrostu PKB od sytuacji finansowej państwa i podmiotów gospodarczych. Bo w finansach publicznych panuje obecnie absolutny dramat. Sam nazywam to już nawet nie dramatem greckim, ale apokalipsą finansów publicznych. A więc stale rosnącego deficytu budżetowego i długu publicznego. Są to już w obu przypadkach ich monstrualne wielkości, które już nawet nie docierają do Polaków. Bo przez tylko jedną kadencję tego rządu wypracowano ponad 1 bln zł deficytu łącznie, a – przypomnę – niegdyś Balcerowicz załamywał ręce nad 200-miliardowym deficytem przez 4 lat poprzednich rządów. To pokazuje, że dziś informacje o katastrofalnym stanie finansów publicznych w naszym kraju mają niewielki wpływ na warunki życia, na rozwój gospodarczy. Wobec tego wskaźnik PKB jest dziś bardzo mylący.
W jakim sensie?
To oznacza zamówienia na kredyt w ramach KPO czy „der SAFE” – oba programy mają swoje odbicie we wskaźnikach. Natomiast nie mają żadnego realnego przełożenia na płynność przedsiębiorstw i na ich zyski. Wobec tego jeśli nawet wzrost PKB będzie się utrzymywał powyżej 3% rocznie, co nie jest wcale takie pewne, to niewiele się to przełoży na dochody budżetowe naszego państwa. W ub. roku, w zaplanowanym przez rząd budżecie, zabrakło 42 mld zł dochodów z podatków. Sadzę, że w br. zabraknie ok. 50 mld zł z tego źródła. To będzie się wiązało z blokadami wydatków pod koniec roku w poszczególnych resortach, co z pewnością zaordynuje pan Domański, który moim zdaniem dawno już utracił kontrolę nad sterowaniem finansami publicznymi. Również rosnące koszty obsługi długu publicznego, które zakładane są na poziomie 107 mld zł w przyszłym roku – mogą okazać się jeszcze większe.
Z czego to wynika?
Ponieważ skończyła się era taniego pieniądza. Rentowność polskich obligacji 10-letnich przekroczyła 6,20%, najwyżej od kwietnia 2023 r. A więc coraz drożej będzie się pożyczać i coraz więcej za to płacić. Jest to zjawisko coraz bardziej powszechne, że wzrost PKB nie odzwierciedla stanu finansów publicznych państwa, ani nie wpływa na poziom jego konkurencyjności.
Wielkość bezrobocia w krajach UE według Eurostatu na koniec lipca br. ogółem wyniosła 6,1%. Przy czym w kilku z nich, w tym w Polsce, sięgało poziomu poniżej 4% (Cypr – 3,9%; Malta – 3,5%; Polska – 3,4%; Czechy – 3,3%, Słowenia – 3,5%), a jednocześnie powyżej 8% – w takich krajach, jak: Hiszpania 10,0%, Francja 8,3% Finlandia 10,5% czy Szwecja 8,7%). Czy w Polsce z 3,4% bezrobociem możemy nie obawiać się pogorszenia się tego wskaźnika?
Mimo stosunkowo niskiego bezrobocia w Polsce u nas obserwowana jest coraz większa liczba zwolnień zbiorowych w zakładach pracy. W dodatku proces ten na jesieni br. jeszcze przyspieszy. Stoimy przed zupełnym Armagedonem w odniesieniu do takich branż, jak przemysł motoryzacyjny w związku z zamierającymi zamówieniami z Niemiec. Również grozi u nas bardzo poważna liczba zwolnień w branży transportowej, logistyce i przewozach. Zaczyna to już być widoczne. Będzie pod tym względem gorzej niż lepiej. Chociaż nam wciąż generalnie brakuje rąk do pracy. I jesteśmy wciąż jeszcze w dużej mierze wspierani w wielu miejscach pracy choćby przez Ukraińców. Jednak w sumie nie wygląda to wszystko dobrze. Obecnie panuje pod tym względem „cisza przed burzą”. Tym bardziej, że zjawiska kryzysowe pojawiają się w całej Europie. I można się już niedługo liczyć z większym kryzysem niż ten obecny.