Wywiad odbył się podczas pierwszej edycji Impact Leading Minds.
Wyobraźmy sobie następujący scenariusz: Stany Zjednoczone, osłabione wojną z Iranem i skupione na listopadowych wyborach do Kongresu, dystansują się od Europy. Putin widzi, że Europa się zbroi i może to być ostatni moment na prowokację lub ograniczony atak — na któreś z państw bałtyckich lub na Polskę. Decyduje się więc na uderzenie — jeszcze przed zimą. Jak realistyczna jest to wizja?
Linas Kojala: Na pewno jest to najgorszy scenariusz, ale nie najbardziej prawdopodobny. Europa ma wciąż dla Stanów Zjednoczonych duże znaczenie. Niezależnie od tego, co mówi prezydent Trump, strategiczne interesy Amerykanów pozostają niezmienne od dziesięcioleci. I widać to nawet dziś, gdy Trump próbuje dystansować się od Europy.
Weźmy na przykład wojnę w Iranie. Amerykanie nie byliby w niej tak skuteczni, przynajmniej z militarnego punktu widzenia, gdyby Unia Europejska lub inne kraje europejskie nie zapewniły im zaplecza, nie zezwoliły na przeloty amerykańskich samolotów i nie udzieliły pomocy logistycznej niezbędnej wojskom USA do projekcji siły na Bliskim Wschodzie.
Pamiętam rozmowę, którą odbyłem z amerykańskim urzędnikiem bliskim prezydentowi Trumpowi na początku wojny w Iranie. Bardzo dużo można z niej wywnioskować o prawdziwym podejściu Stanów Zjednoczonych do Europy.
Ten urzędnik powiedział mi: „Cóż, chcieliśmy skupić się na regionie Indo-Pacyfiku. Wojna na Bliskim Wschodzie oznacza, że znów musimy poświęcić wiele uwagi Europie, bo Bliski Wschód jest pod wieloma względami geograficznie nierozerwalnie związany z Europą”.
Mamy przed sobą 18 miesięcy drugiej kadencji prezydenckiej Trumpa; liczne decyzje mogą jeszcze zapaść, ale myślę, że te słowa dużo mówią o jego podejściu do Europy.
Mimo to wycofał część amerykańskich żołnierzy z Niemiec i z Rumunii.
Tak, ale były to niewielkie jednostki — nie była to znacząca zmiana. Gdyby rzeczywiście chciał się zdystansować od Europy, wycofałby więcej żołnierzy. Dlaczego tego nie zrobił? Myślę, że Stany Zjednoczone doskonale rozumieją, że potrzebują europejskiej bazy, platformy, jaką stanowi Europa. Rozmieszczone na jej terenie amerykańskie jednostki nie służą wyłącznie odstraszaniu Rosji czy walce w przypadku potencjalnego ataku na NATO. Pomagają też Amerykanom realizować ich interesy w innych regionach.
To daje nadzieję, że Stany Zjednoczone mimo wszystko nie wycofają się z Europy, bo mają w niej swoje interesy. A skoro tak, to ich głównym interesem na tym kontynencie będzie powstrzymanie Rosji przed atakiem, uniknięcie trzeciej wojny światowej, która mogłaby rozpocząć się w Europie. To właśnie starają się osiągnąć Stany Zjednoczone — czy to wysyłając szefa CIA do Moskwy, czy pozostawiając część żołnierzy w Europie.
„Wciąż jesteśmy w fazie nadrabiania zaległości”
Załóżmy jednak, że Stany Zjednoczone mimo wszystko nie przyszłyby z pomocą w razie ewentualnego ataku. Czy Europa miałaby szansę samodzielnie obronić się przed Rosją?
Bądźmy realistami — w tej chwili nie. Oczywiście, Polska dysponuje siłami lądowymi zdolnymi do przeciwstawienia się rosyjskiemu atakowi. My w krajach bałtyckich pod wieloma względami podążamy za jej przykładem. Niemcy znacznie zwiększają wydatki na obronę i rozmieściły swój kontyngent na Litwie. Możemy więc wypełnić pewne nisze, ale bez amerykańskiego wywiadu, technologii i gotowości do walki — bo mimo wszystko Stany Zjednoczone mają w tym większe doświadczenie niż my — samodzielne przeciwstawienie się Rosji jest raczej niemożliwe.
Poza tym owszem, w Europie zwiększamy wydatki na obronność i zbrojenia, ale tak naprawdę wciąż jesteśmy w fazie nadrabiania zaległości. Wiele europejskich krajów przeznacza dziś środki na obszary, w które nie inwestowały przez lata. Nawet jeśli wydatki na obronę w większości krajów europejskich wynoszą obecnie ponad 2 proc. PKB, a w niektórych państwach zbliżają się nawet do 4 czy 5 proc. PKB, nie oznacza to, że faktycznie zwiększamy nasze zdolności wojskowe do imponującego poziomu. Robimy to, czego nie zrobiliśmy przez bardzo długi czas.

Paulius Peleckis / Stringer / Getty Images
Niemiecka brygada na Litwie, Wilno, 22 maja 2026 r.
Samo przygotowanie do zmniejszonej obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych w Europie zajęłoby dużo czasu. Dlatego wszyscy starają się do tego nie dopuścić.
Bo świat jest pełen autokracji — to Rosja, Chiny i wiele innych krajów. Dlatego mimo różnych tarć czy nieporozumień uważam, że wszyscy mają świadomość, że trzeba działać wspólnie, ramię w ramię. Jak powiedział kiedyś Benjamin Franklin: „musimy trzymać się razem, bo inaczej z całą pewnością wszyscy będziemy wisieć osobno”.
Działania Rosji wobec Europy przestały mieć już wyłącznie hybrydowy charakter — coraz częściej słyszymy o wtargnięciach rosyjskich dronów w przestrzeń powietrzną państw europejskich, zamachach czy próbach sabotażu. Jak powinniśmy nazywać obecną sytuację? Czy jesteśmy już w stanie wojny z Rosją?
To bardzo ważna kwestia. Ciągle używamy terminu „wojna hybrydowa”, który jest eufemizmem i w pewien sposób maskuje rzeczywistość. Niedawno rząd Niemiec poinformował, że doszło do incydentu z dronem na lotnisku, jednoznacznie wiążąc z nim rosyjskie służby wywiadowcze. W jaki sposób jest to hybrydowy atak? Absolutnie taki już nie jest. To, że dron nie wybuchł, wynikało z pewnej usterki technicznej, ale zamiar był oczywisty.
Dla mnie wygląda to jednoznacznie — na próbę ataku terrorystycznego, która na szczęście nie doszła do skutku. Nie oznacza to jednak, że nie może się to wydarzyć w najbliższej przyszłości. Musimy nazywać rzeczy po imieniu. Z mojej perspektywy nie była to akcja hybrydowa, bo mogła spowodować ofiary śmiertelne.
Po drugie — musimy zrozumieć jedno: osiągnięcie 100-procentowego bezpieczeństwa jest dziś i w najbliższej przyszłości praktycznie niemożliwe. Są przeróżne sposoby destabilizowania społeczeństw, także takie, które jeszcze jakiś czas temu wydawały się nie do pomyślenia, bo były zbyt kosztowne. Mowa tu o cyberatakach, akcjach propagandowych w mediach społecznościowych, które niezwykle trudno kontrolować czy o dronach. Drony są stosunkowo tanie, niektóre kosztują nawet po kilka tysięcy euro, a mogą wyrządzić ogromne szkody.
Istnieją więc różne działania, które nasi przeciwnicy mogą podjąć, by nam zagrozić. A że osiągnięcie pełnego bezpieczeństwa nie jest już realistycznym scenariuszem, jedyne, co możemy zrobić, to ograniczać ryzyko. I wypracować odpowiednią odpowiedź — reagowanie po fakcie nie jest rozwiązaniem. Jeśli będziemy tylko reagować na to, co nas spotyka, zawsze będziemy o jeden lub dwa kroki w tyle. Musimy działać proaktywnie. Odstraszanie działa tylko w taki sposób. Polski czy Litwy nie trzeba do tego przekonywać — my wiedzieliśmy to już wcześniej. W innych częściach Europy było różnie, ale na szczęście powoli się to zmienia.
„Najbardziej Putina prowokuje słabość”
Co rozumiesz przez proaktywną postawę? Jak powinniśmy reagować na te ataki, by nie sprowokować Putina i nie doprowadzić do eskalacji wojny?
Najbardziej Putina prowokuje słabość. Do niedawna część europejskich przywódców myślała, że wspierając Ukrainę, prowokuje Putina — co widać było szczególnie przed 2022 r. To była ewidentna porażka Zachodu. Rosję sprowokowało przekonanie, że europejskie kraje może i lubią Ukrainę, ale nie będą ryzykować własnego dobrobytu, by ją wesprzeć. To utwierdziło Putina w przekonaniu, że może zaatakować i po prostu przejąć kontrolę nad sąsiednim krajem.
Nie jest to zresztą nic nowego. Już w czasie zimnej wojny George Kennan — ekspert ds. Związku Radzieckiego i radca w ambasadzie USA w Moskwie — w swoim słynnym „Artykule X” zauważył, że podstawową zasadą systemu radzieckiego było dążenie do wykrycia słabości po drugiej stronie. Jeśli Związek Radziecki ją u kogoś dostrzegał, atakował. Jeśli widział siłę — militarną lub innego rodzaju — zwalniał tempo.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Myślę, że ma to zastosowanie również dzisiaj. A to oznacza, że musimy wykazać się większą tolerancją na ryzyko. Jeśli widzimy, że Rosja nieustannie nas atakuje, wykorzystując do tego różnorodne środki, to być może moglibyśmy wykorzystać na przykład cyberprzestrzeń nie tylko do obrony, ale także do proaktywnego eliminowania pewnych zagrożeń. To tylko jeden przykład.
Drugim przykładem jest Ukraina. Kraj ten w pewnym sensie broni nie tylko siebie, ale także nas przed Rosją, wykorzystując własne zasoby wojskowe. Uważam, że poziom wsparcia, jakiego udzielają jej europejskie kraje, wciąż nie sięga 100 proc. — nawet nie zbliża się do tej wartości. Owszem, jako Europa robimy więcej niż przed rokiem czy dwoma laty, ale niektórzy europejscy przywódcy wciąż wydają się na coś czekać. Nie jestem pewien, na co — poziom ryzyka stale rośnie.
Czego europejscy przywódcy wciąż nie rozumieją w sposobie myślenia Putina?
Obecnie to zrozumienie jest dużo większe niż wcześniej. Myślę jednak, że przez długi czas część europejskich liderów była przekonana, że Putin jest racjonalnym przywódcą. Uważali, że nie rozpocznie inwazji na pełną skalę na Ukrainę, bo to coś rodem z XX w. — w naszych czasach nikt nie prowadzi już takich wojen. Że jest na tyle mądry, by zrozumieć, że ostatecznie będzie to dla niego porażka. To okazało się nieprawdą.
Myślę też, że mało kto wyobrażał sobie, że w Europie wybuchnie wojna, w której przeciwnik poniesie tak ogromne straty, jak Rosja — sięgające nawet 1,5 mln ofiar. Dla wielu europejskich przywódców byłby to koszt zupełnie nie do zaakceptowania. W Rosji wydaje się to nie mieć żadnego znaczenia. Nie ma tam żadnego masowego buntu przeciwko Putinowi, nie widać oznak niezadowolenia wśród elit — przynajmniej publicznie — z faktu, że co miesiąc tracą od 30 do 40 tys. żołnierzy.
„Trzeba być ostrożnym, gdy śpi się obok niedźwiedzia”
To coś strasznego. Oznacza to jednak, że mamy do czynienia z bardzo trudnym przeciwnikiem — nie bylibyśmy w stanie ponieść takich strat jak on. Najtańszą opcją jest więc powstrzymanie go i próba uniknięcia jakiegokolwiek scenariusza, który kazałby nam podejmować działania, jakie Putin próbuje nam narzucić.
„Polska jest wiodącym krajem w regionie”
Wspomniałeś wcześniej, że kraje bałtyckie podążają w tym samym kierunku co Polska, jeśli chodzi o rozbudowę sił lądowych. Jaką rolę odgrywa Polska w systemie bezpieczeństwa tego regionu?
Jest absolutnie kluczowa. Myślę, że Polska jest wiodącym krajem w regionie pod względem potencjału wojskowego i ambicji oraz ze względu na to, że stacjonuje w niej tak duża liczba amerykańskich żołnierzy — miejmy nadzieję, że będzie to obecność stała, a nie rotacyjna. Kiedy jakiś polski polityk udaje się do Waszyngtonu i rozmawia z prezydentem Trumpem, rozmowa oczywiście dotyczy stosunków między Polską a Stanami Zjednoczonymi, ale w krajach bałtyckich w pewnym sensie czujemy, że reprezentuje i nas — bo jeśli w Polsce stacjonuje więcej amerykańskich żołnierzy, to Litwa może oczekiwać, że część żołnierzy z Polski trafi również do niej. Jest to dla nas niezwykle ważne.
Oczywiście Polska odgrywa również zasadniczą rolę w zapewnianiu Ukrainie wsparcia logistycznego, a także politycznego. To ma ogromne znaczenie. Myślę, że w przyszłości dojdzie do dalszego zacieśnienia współpracy między Polską a krajami bałtyckimi, szczególnie Litwą, w zakresie obrony i bezpieczeństwa, choćby ze względu na Przesmyk Suwalski.
Jak dziś oceniasz tę współpracę?
Zmierzamy we właściwym kierunku. Powstało wiele wspólnych projektów infrastrukturalnych, które mogą służyć celom zarówno cywilnym, jak i wojskowym. Litwa, wraz z innymi krajami bałtyckimi, w końcu zerwała połączenia elektroenergetyczne z Rosją, które pochodziły jeszcze z czasów radzieckich i funkcjonowały aż do 2025 r. To wszystko dzieje się za pośrednictwem Polski. Ilekroć przyglądamy się naszemu bezpieczeństwu z punktu widzenia energetyki, wojskowości, gospodarki czy handlu, zawsze dochodzimy do tego samego wniosku — że nie da się pominąć Polski.
Czego powinniśmy się najbardziej obawiać w Europie w ciągu najbliższych pięciu lat?
W wielu europejskich krajach zbliżają się wybory. A każde wybory pociągają za sobą dyskusję na temat tego, czy powinniśmy kontynuować wsparcie dla Ukrainy, utrzymać wydatki na obronę na obecnym poziomie — i wiele innych kwestii. Mam nadzieję, że nie stanie się to punktem spornym w społeczeństwach europejskich. Niezależnie od ideologicznych różnic nie powinno być żadnych wątpliwości co do tego, że Europa musi być bezpieczna i musi dysponować odpowiednimi narzędziami do tego, by zapewnić sobie to bezpieczeństwo.

NurPhoto / Contributor / Getty Images
Premier Polski Donald Tusk i premier Litwy Inga Ruginiene po rozmowach w Warszawie, 7 października 2025 r.
Kraje europejskie muszą mieć środki do obrony własnej. Idea Europy funkcjonującej w ramach liberalnej demokracji, zajmującej się wyłącznie handlem i w ogóle nie dbającej o sprawy wojskowe, odeszła w przeszłość, takiej Europy już nie ma. Zapomnijmy o tym. To był miły okres, ale już minął. Nigdy nie powróci, nawet jeśli zajdą w Rosji pewne zmiany.
A w Europie zachodzą jakieś zmiany w podejściu do Rosji?
Na pewno nastąpiła zmiana na lepsze. Niedawno byłem we Francji i rozmawiałem z tamtejszymi ekspertami o nadchodzących tam wyborach prezydenckich. Oczywiście pojawił się temat Marine Le Pen i jej wcześniejszych powiązań z Rosją. Obecnie jednak nawet ludzie ze Zgromadzenia Narodowego, którym kieruje Marine Le Pen, mówią o Rosji w zupełnie inny sposób niż wcześniej. Oczywiście, po dojściu do władzy mogą zmienić ton. Myślę jednak, że zachowanie Rosji zmieniło sposób, w jaki jest ona postrzegana w Europie — nawet przez tych, którzy wcześniej byli skłonni do rozmów z Putinem, a może nawet do nawiązania z nim współpracy i liczyli na pragmatyczne stosunki. W tym kontekście Putin przegrał kolejną bitwę — o wpływy w Europie.
Myślę też, że niektóre europejskie kraje — zwłaszcza te położone dalej od krajów bałtyckich, Polski i krajów skandynawskich — muszą się przekonać, że kiedy mówimy o działaniach hybrydowych lub atakach terrorystycznych podejmowanych przez Rosję, nie ograniczają się one już do bezpośredniego jej sąsiedztwa. Bo do takich działań dochodziło już choćby w Portugalii i innych zachodnich krajach, które rzekomo funkcjonują w odmiennym kontekście bezpieczeństwa. Żaden współczesny kontekst bezpieczeństwa nie uwzględnia położenia geograficznego.
Dlatego należy wzmacniać poczucie wspólnego bezpieczeństwa. To jednak musi się zacząć od uświadomienia zachodnim społeczeństwom, że Rosja nie jest już problemem tylko krajów północno-wschodnich, ale całej Europy.