Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.
- „Z kalendarza wynika, że moja kadencja zaczyna się 16 września. Mam nadzieję, że wszystko odbędzie się zgodnie z przepisami, ale co zrobi pan prezydent – to pytanie do niego” – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską sędzia TK Maciej Berek.
- „Nie dam się namówić na żadną rozmowę scenariuszową – byłoby to z mojej strony skrajnie nieodpowiedzialne” – odmawia spekulowania na temat ewentualnego blokowania ślubowania przez prezydenta.
- „Ależ oni się boją” – tak nowo wybrany sędzia TK komentuje burzę wokół jego kandydatury przed głosowaniem w Sejmie.
- „Premier powiedział zgodnie z prawdą, że 'byłem jego prawą ręką’ – to nie to samo, co robili posłowie PiS-u na komisji, mówiąc 'jest pan ministrem kandydującym do Trybunału'” – odpowiada krytykom.
- „Państwo nie może być zakładnikiem jednej osoby, która jawnie oświadcza, że nie wykona orzeczenia skierowanego do państwa polskiego” – tak mówi o prezesie Święczkowskim i odmowie wykonania zabezpieczenia ETPC.
Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak, Wirtualna Polska: Czy po tej całej burzy nie żałuje pan, że zdecydował się kandydować do Trybunału?
Maciej Berek, wybrany przez Sejm na sędziego TK: Dla prawnika bycie sędzią Trybunału Konstytucyjnego jest jednym z największych zaszczytów, jakie mogą go spotkać, a Trybunał jest, i ja w to bardzo wierzę, jednym z najważniejszych organów w państwie. Więc nigdy nie powiem, że żałuję. Natomiast koszt jest bardzo duży, bo skala ataku, jaki został przypuszczony w ostatnich paru dziesiątkach godzin przed głosowaniem sejmowym, była istotna.
Nie spodziewał się pan tego? Przesiada się pan na tę funkcję prosto z rządu.
W ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin przed głosowaniem skumulowało się kilka zjawisk naraz. Najpierw mówiono, że nie powinienem kandydować, bo współpracowałem z premierem. Potem, że nie spełniam wymagań z ustawy, która wprawdzie nie obowiązuje, ale „dobrze by było, żeby były przestrzegane”. Potem wyciągnięto zarzuty formalne. W czwartek wieczorem posłowie PiS zapowiedzieli wniosek o zabezpieczenie do TK, bo – jak zrozumiałem – ustawa o Trybunale Konstytucyjnym nie „spinała się” z ustawą o Trybunale Stanu. Mówię to z ironią: każdy prawnik wie, że gdy jedna ustawa „nie zgadza się” z drugą, nie idzie się z tym do Trybunału, który ocenia zgodność ustaw z Konstytucją, a nie relacje między ustawami.
Kolejnego dnia mieliśmy słynne szczekanie na sali obrad i ministra Boguckiego, który przyjechał z Kancelarii Prezydenta włączyć się w debatę – czego w historii polskiego parlamentu nie było: przedstawiciel prezydenta próbujący wpłynąć na głosowanie posłów w sprawie, w której prezydent formalnie nie uczestniczy. Jak miałbym to podsumować, to chyba tak, jak napisał mi ktoś ze znajomych: „Ależ oni się boją”.
Przytacza pan głównie krytykę adwersarzy politycznych. Ale pana kandydatura wzbudziła kontrowersje też w środowiskach NGO-sów – był apel dziewięciu organizacji, bardziej przecież sprzyjających linii koalicji niż PiS-u. Nie przeszła panu przez myśl obawa, że to jednak nie był najlepszy pomysł?
Ten apel nigdy do mnie nie dotarł – żadna z tych organizacji mi go nie przekazała, choć na ich czele stoją osoby, które znają mój numer telefonu i adres mejlowy. Znam go oczywiście z mediów i szanuję te organizacje. Mam dwie uwagi. Po pierwsze – było dla mnie zaskakujące i smutne, że akurat moje kandydowanie wzbudziło aż tak gwałtowną reakcję, podczas gdy sytuacje, które subiektywnie wydają mi się dużo bardziej zagrażające standardom państwa prawa, takiej reakcji nie wywołują – również dzisiaj.
Po drugie: ta nieobowiązująca ustawa, do której się odwołują, to nie był tylko przepis o karencji między funkcją polityczną a kandydowaniem do TK. To był cały pakiet standardów – w tym obowiązek przyjęcia ślubowania przez prezydenta w ciągu 14 dni, a gdyby prezydent tego nie dopełnił – możliwość złożenia ślubowania na piśmie z podpisem notarialnie poświadczonym. Jeśli chcemy stać na straży tych standardów, to stańmy na straży wszystkich. Dlaczego więc te same organizacje nie mówią równolegle i równie donośnie, że sędziowie Markiewicz, Taborowski, Korwin-Piotrowska i Dziurda realizują ten drugi standard i on też powinien być uszanowany?
Mówiły, gdy prezydent nie zapraszał ich na ślubowanie. Ale czy pana kandydowanie nie osłabia mandatu koalicji do zmian w TK? Krytykowaliście przecież ruchy PiS-u, jak wysłanie do TK posłanki Pawłowicz, Piotrowicza czy Święczkowskiego, który przyszedł prosto z rządu – z funkcji prokuratora krajowego i szefa ABW. Pan też przyszedł bezpośrednio z rządu.
Nie mówię, że organizacje nie artykułowały wcześniej sprzeciwu. Mówię, że akurat wobec mojej kandydatury przybrał on wyjątkowo silną, wyrazistą formę, jakiej nie było przy innych, moim zdaniem równie dyskusyjnych sytuacjach. To rzeczywiście mnie zastanawia. Co do mojej ścieżki: przepracowałem dla państwa 28 lat, z czego ostatnie trzy jako członek rządu. Zacząłem jako młodszy referent w Kancelarii Senatu, potem pracowałem jako prawnik w wielu urzędach, aż w końcu byłem szefem Rządowego Centrum Legislacji. Do funkcji rządowej doszedłem ścieżką urzędniczą i prawniczą, nie polityczną – i widzę różnicę między tą drogą a drogą sędziego Święczkowskiego.
Przez osiem lat byłem członkiem Głównej Komisji Orzekającej w sprawach naruszenia dyscypliny finansów publicznych, orzekałem w sprawach wiceministrów, wójtów, kanclerzy uczelni – nigdy nikt nie zarzucił mi tam niczego poza merytoryczną oceną. Także z tego czerpię przekonanie, że wiem, na czym polega niezawisłość sędziowska, i mam nadzieję to udowodnić.
Sędzia TK: Trybunał trzeba uzdrowić, a nie zresetować
Ale te zarzuty nie dotyczą tego, co było 20 lat temu, tylko ostatnich trzech lat – był pan przecież prawą ręką premiera w kreowaniu rozwiązań legislacyjnych rządu.
Trybunał Konstytucyjny orzeka wyłącznie w sprawach wnoszonych przez uprawnione podmioty, nie z urzędu. Jeśli w konkretnej sprawie zajdzie sytuacja, w której zgodnie z wypracowanymi przez TK standardami sędzia zaangażowany wcześniej w daną legislację powinien się wyłączyć z orzekania – będę tych standardów przestrzegał. W historii Trybunału bywali sędziowie, którzy wcześniej byli posłami czy senatorami, i nikt nie miał wątpliwości, że potrafią rzetelnie orzekać. To, co się teraz dzieje, to odreagowanie tego, jak w przestrzeni publicznej oceniano aktywność orzeczniczą sędziów, którzy nie potrafili oderwać się od swoich politycznych umocowań.
A jak się pan odnosi do zarzutów formalnych – np. ze strony BerekFakty.pl – o niespełnianie wymogu dziesięcioletniego stażu?
Użyto wszelkich możliwych argumentów, żeby zdyskredytować moją kandydaturę – od niespełniania wymogów formalnych, przez zarzut, że jestem polityczny, po insynuacje o Trybunale Stanu. Ustawa o TK wymaga m.in. dziesięcioletniego wykonywania zawodu radcy prawnego. Zgodnie z ewidencją radców prawnych mam zgłoszone wykonywanie tego zawodu przez 17 lat – i nikt mi tego zgłoszenia odebrać nie może, bo taka jest historyczna prawda.
Pojawiły się dwa typy argumentów: że powinien pan mieć w tym czasie umowy zlecenia oraz że nie można zaliczyć do tego stażu bycia legislatorem czy dyrektorem departamentu prawnego.
Formy wykonywania zawodu radcy prawnego określa ustawa o radcach prawnych. Będąc urzędnikiem na takich stanowiskach jak moje, nie można prowadzić działalności gospodarczej, czyli mieć kancelarii. Ale zawód radcy prawnego to świadczenie pomocy prawnej – w tym praca nad projektami aktów normatywnych i sporządzanie opinii prawnych. Każdy radca sam decyduje, czy wykonuje zawód, czy nie – wykonywanie zawodu to nie jest to samo, co tylko wpis na listę radców. Ale do wykonywania zawodu nie trzeba prowadzić działalności zarobkowej ani ewidencji umów.
Czyli np. bycie szefem Komitetu Stałego można zaliczyć do tego stażu?
Nie, bycie szefem Komitetu Stałego to funkcja, nie wykonywanie zawodu radcy prawnego. Podobnie bycie ministrem. Natomiast to, że mogę wykonywać zawód radcy prawnego równolegle z pełnieniem funkcji publicznej, było już sprawdzane – jeśli dobrze pamiętam, to właśnie poseł Jabłoński próbował swego czasu dowieść, że nie mogę być członkiem władz samorządu radców prawnych w czasie bycia ministrem. Nie ma takiego zakazu. Musiałbym się bardzo mocno zastanawiać, gdybym chciał być czyimś pełnomocnikiem na zewnątrz, ale nic nie stoi na przeszkodzie, bym doradzał czy wspierał prawnie.
Może pan podać przykład takiego doradzania w trakcie kariery?
To jest związane z tym, że jeśli ktokolwiek się do mnie zwraca jako do radcy prawnego, to objęte to jest tajemnicą zawodową, nie informuję więc publicznie o tym, z kim współpracuję czy kogo wspieram.
Co z zaprzysiężeniem Berka? Człowiek Nawrockiego: duże wątpliwości
Drążymy ten wątek, bo pojawił się w wypowiedziach Kancelarii Prezydenta. Sejm pana wybrał. Zgodnie z ustawą prezydent powinien teraz przyjąć pana ślubowanie. Coś już wiadomo?
O to proszę pytać Kancelarię Prezydenta. Z kalendarza wynika, że moja kadencja zaczyna się 16 września. Mam nadzieję, że wszystko odbędzie się zgodnie z przepisami, ale co zrobi pan prezydent – to pytanie do niego.
Ma pan chyba jakiś plan B na wypadek zwlekania ze ślubowaniem?
Próba rozmowy o „planie B” sprowadza się do tego, żeby pośrednio potwierdzić założenie, że dojdzie do ignorowania przepisów ustawowych. Na taką wycieczkę intelektualną zaprosić się nie dam. Tuż przed naszą rozmową czytałem wypowiedź prezesa Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysława Rosatiego i mogę ją w całości powtórzyć: jestem sędzią Trybunału od momentu wyboru przez Sejm, niezależnie od dyskusji, która toczyła się po ogłoszeniu mojej kandydatury.
Tylko że może pan pójść 17 września gotowy do orzekania, a prezes Święczkowski powie, że nie nawiązał z panem stosunku pracy – i będziemy mieli sytuację jak z czwórką niedopuszczonych sędziów.
Jeśli tak się zdarzy, będziemy to starali się rozwiązać krok po kroku.
A zadzwoni pan wtedy do ministra Kierwińskiego, żeby przyjechał z policją?
Cudowny obrazek do cudownej odpowiedzi. Ale nie mogę teraz upubliczniać scenariuszy „co by było gdyby”. Prawnik musi je mieć w głowie, ale pierwszym scenariuszem jest wiara w to, że wszystkie zaangażowane organy będą przestrzegać przepisów.
Widzieliśmy jednak, jak to wyglądało z szóstką sędziów – czterech dopuszczono, dwóch nie, a sędzia Patyra czekał na ślubowanie bardzo długo.
Rozumiem atrakcyjność tego pytania, ale ono zakłada z góry, że prezydent nie odbierze ode mnie ślubowania. Przypomnijmy: minister Bogucki najpierw mówił o błędach proceduralnych przy szóstce sędziów, potem się okazało, że ich nie ma, a na końcu wypłynęło, że prezydent „wybierał sobie” na podstawie życiorysów – dwóch z sześciu. To prawniczo nie ma żadnego uzasadnienia. Minister Bogucki lubi mówić, że prezydent jest „strażnikiem konstytucji” – art. 126 ust. 1. Tylko że to student drugiego roku prawa wie, że ten przepis określa funkcję ustrojową, a nie przyznaje konkretnych kompetencji.
Nie ma przepisu pozwalającego prezydentowi wybierać sobie, życiorys którego sędziego TK mu pasuje. To wszystko zaczęło się w 2015 r., gdy prezydent Duda po raz pierwszy nie przyjął ślubowania od sędziów wybranych przez Sejm, powołując się na uchwały Sejmu – a przecież TK orzekł, że co do trójki z nich podstawa wyboru była prawidłowa i ślubowanie powinno zostać przyjęte.
Bezwzględna większość. Sejm wybrał nowego sędziego TK
Nie obawia się pan, że w pana przypadku Pałac sięgnie po wyrok TK sygn. K 34/15, który przywoływano przy szóstce – jest tam fragment, który może uzasadniać zwłokę prezydenta z przyjęciem ślubowania, bo może powołać się na to, że „dana osoba nie ma zdolności prawnej do objęcia mandatu sędziego”?
Nie mogę tworzyć supozycji, w jaki sposób ten scenariusz miałby wyglądać. Muszę wierzyć, że scenariusz jest jeden – zgodny z prawem. Przypomnę tylko sędziego Patyrę: wybrany w czerwcu, dwa tygodnie przed rozpoczęciem kadencji, czekał potem jeszcze cztery tygodnie na zaproszenie do ślubowania. Jakie jest prawne uzasadnienie takiego czekania? Jeśli ktoś przekonał prezydenta, że może odebrać ślubowanie od sędziego TK w dowolnie wybranym przez siebie momencie, to w tym miejscu ścisła logika prawnicza się kończy.
Jaki jest w ogóle plan na odblokowanie Trybunału? Rząd nie publikuje orzeczeń TK, a Trybunał nie może zebrać się w pełnym składzie, bo prezes Święczkowski nie uznaje czwórki sędziów.
Mamy czterokrotny spadek liczby rozstrzyganych skarg konstytucyjnych względem 2015 r. – a to jest coś, co konstytucja przyznaje każdemu obywatelowi. Do prawidłowego funkcjonowania Trybunału potrzeba trzech rzeczy: dopuszczenia do orzekania wszystkich i wyłącznie prawidłowo wybranych przez Sejm sędziów; osoby na czele Trybunału, co do której nie ma zastrzeżeń; oraz wyznaczania składów zgodnie z obowiązującymi regułami.
Czyli mówi pan prezesowi Święczkowskiemu: przestań być prezesem?
Jeśli prawnicy różnią się w ocenie sprawy, a traktują ją serio, godzą się na to, że rozstrzyga ją sąd. A skoro mówimy o jednym z najwyższych sądów w Polsce, jedynym miejscem, które może to rozstrzygnąć, jest sąd poza Polską – bo w Polsce nie ma instancji nad Trybunałem. Mamy w ETPC sprawę dotyczącą sędziów niedopuszczonych do orzekania i niedługo będzie rozstrzygnięcie. Polska ratyfikowała tę konwencję i nigdy nie powiedziała, że nie uznaje orzeczenia ETPC.
Nie widzi pan ścieżki krajowej? Bo droga przez ETPC czy TSUE od razu wywoła po jednej ze stron burzę o cedowanie rozstrzygania własnych spraw na zewnętrzne ciało.
Ale my już cedowaliśmy rozstrzyganie niektórych kwestii na zewnętrzne ciała – na Trybunał w Strasburgu, gdy zostaliśmy członkiem Rady Europy, i na TSUE, gdy wstąpiliśmy do Unii Europejskiej. Ludzie mają prawo żądać rozstrzygnięcia przez trybunał międzynarodowy wtedy, gdy krajowy system sądowniczy kończy im drogę orzekania w danej sprawie.
Berek w Trybunale. Dobry kandydat, zły sposób na odbudowę Trybunału [OPINIA]
Proszę zobaczyć zresztą, jak sprytnie żongluje w tej sprawie prezes Święczkowski. Z jednej strony mówi, że ETPC nie powinien się tą sprawą w ogóle zajmować, bo do Strasburga można iść dopiero po wyczerpaniu drogi krajowej. Z drugiej – w innym wywiadzie – twierdzi, że żaden polski sąd nie ma prawa orzekać, czy ktoś jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego, czy nie. Więc zależnie od potrzeby: raz każe sędziom iść do sądu, raz mówi, że żaden sąd nie może w tej sprawie orzekać.
Tymczasem przystąpiliśmy do konwencji, na podstawie której ten Trybunał działa, ratyfikowaliśmy ją, uznajemy się za członka tej organizacji, a ten Trybunał orzekał już w setkach spraw wnoszonych przez polskich obywateli. Nikt inny, tylko sam Trybunał, ma prawo do ustalenia, czy jakaś sprawa może być przez ten organ rozstrzygnięta, czy nie. A każde państwo – członek Rady Europy i każdy organ w tym państwie mają obowiązek zastosować się do orzeczenia.
Sędziowie mają już zabezpieczenie ETPC nakazujące dopuszczenie ich do orzekania. I cisza.
Wszystkie organy państwa powinny robić wszystko, by zapewnić realizację tego zabezpieczenia. Na pewno mamy dziś realny problem prawny – zostało wydane zabezpieczenie, które nie zostało zrealizowane. Prędzej czy później będziemy mieli już samo orzeczenie ETPC w tej sprawie.
Zaakceptowałby pan jako sędzia sytuację, w której formą przełamania oporu prezesa byłoby wejście siłowe z policją?
Uważam, że wszyscy sędziowie TK powinni uruchomić wszelkie zasoby prawniczo-intelektualne, żeby pomóc wyjść z tej sytuacji. Państwo nie może być zakładnikiem jednej osoby, która jawnie oświadcza, że nie wykona orzeczenia skierowanego do państwa polskiego.
Ale skoro zgromadzenie ogólne zwołuje prezes, który nie ma żadnego interesu, by je zwoływać, bo wie, czym by się to dla niego skończyło – to jak w praktyce miałoby to zadziałać?
Wszystkie obowiązujące w tej sprawie przepisy są dobrze przeanalizowane i będą dobrze zastosowane.
Czyli nie odpowie pan, jaka to recepta?
Nie odpowiem, tak samo jak na pytania powyżej. Nie powiem: oto plan B – jak Berek.
A profesor Sadurski proponował, żeby Trybunał zebrał się na „emigracji”, poza Aleją Szucha. Wyklucza pan taki scenariusz?
Nie dam się namówić na żadną rozmowę scenariuszową – byłoby to z mojej strony skrajnie nieodpowiedzialne.
W sieci rozgorzała dyskusja. Komentują wybór Berka
A co z budżetem Trybunału? To bezprecedensowe, żeby jakaś instytucja państwa nie wysłała własnego projektu budżetu.
To prezes Święczkowski tak bardzo obawiał się zwołania zgromadzenia ogólnego, że próbował dowodzić, iż zgromadzeniem jest dyrektor biura Trybunału. W komunikacie TK jest zapisane, że budżet wysłano „w trybie zgodnym z 30-letnią praktyką” – proszę pytać autora tego komunikatu. Projekt budżetu rzeczywiście przygotowuje urzędnik, ale zawsze musiał być zatwierdzony przez Zgromadzenie Ogólne. Z tego, co wiem, nikt wcześniej zgromadzenia tej kompetencji nie pozbawiał.
Jak sobie pan wyobraża funkcjonowanie w instytucji, która z perspektywy budżetu państwa ma nie istnieć – i nie będzie z czego panu wypłacać pensji?
Moja pensja nie jest tu przedmiotem szczególnej troski. Ale zwróćmy uwagę na coś innego: spośród czterech niedopuszczonych do orzekania sędziów trzy osoby mają zatrudnienie na uczelniach, ale jedna go nie ma – i ta osoba jest w tej chwili niewidoczna dla systemu ubezpieczeń społecznych. Ubezpieczenie zdrowotne można jeszcze załatwić przez zgłoszenie jako członek rodziny, ale do ubezpieczeń społecznych sędziowie mają szczególny status i po prostu nie istnieją w systemie. To jest branie ludzi za zakładników. Dla mnie to większy dramat niż pytania o budżet na 2027 r. – a my o tym w ogóle milczymy.
Dojdzie pana zdaniem do przyjęcia budżetu państwa bez budżetu Trybunału?
Rada Ministrów, nie otrzymawszy projektu zatwierdzonego przez zgromadzenie ogólne, nie miała prawa umieszczać go w projekcie budżetu państwa – więc działania rządu oceniam jako zgodne z ustawą o finansach publicznych i ustawą o TK. Sędziowie wystąpili do prezesa Święczkowskiego po raz kolejny o zwołanie zgromadzenia, żeby tę sprawę konwalidować.
Kiedy TK zacznie działać i kiedy rząd zacznie publikować jego orzeczenia?
Gdy spełnione zostaną te trzy warunki, o których mówiłem. Niepublikowanie orzeczeń nie było kwestią widzimisię – to uchwała Sejmu stwierdziła, że Trybunał utracił zdolność wykonywania swoich funkcji, a organy traktujące jego orzeczenia jako konstytucyjne narażają się na zarzut naruszenia konstytucji. Potem doszło do grudniowego orzeczenia TSUE stwierdzającego, że poprzez działania TK Polska narusza obowiązki traktatowe. I dlatego Sejm zdecydował się zacząć przywracać funkcjonowanie Trybunału poprzez wybory sędziów.
Ktoś teraz pyta: „ale jak to, wybrali sobie sześciu?” – nie wybrali sobie, tylko wybrali sześciu właśnie po orzeczeniu TSUE. Sejm podjął wtedy kolejną uchwałę wyjaśniającą, jak będzie przywracał zgodne z prawem funkcjonowanie TK.
Były prezes TK o kandydaturze Berka. „Z jednym się nie zgadzam”
Ale z drugiej strony słyszymy: przecież Sejm uchwałą nie może o takich rzeczach decydować.
A prezes Święczkowski może decydować jednoosobowo? Mamy sytuację, której przepisy w ogóle nie przewidziały – nikt sobie nie wyobrażał takiego kryzysu. Kto ma na tę eskalację odpowiedzieć, jeśli nie organ pochodzący z wyborów?
Pojawiają się domysły, że pana wejście do Trybunału, gdzie sędziowie wybrani przez obecny Sejm będą mieli większość, to krok do osłabienia prezydenta Nawrockiego, a nawet do podważania wyników wyborów.
Trybunał nie działa z urzędu. Trybunał orzeka wyłącznie w procedurach inicjowanych przez uprawnione podmioty. Jestem sędzią wybranym przez Sejm, ale jeszcze przed dopuszczeniem do orzekania – nie mogę czynić żadnych supozycji co do przyszłych wniosków. To byłoby absolutnie niedopuszczalne.
Pojawia się też zarzut, że tak naprawdę chodzi panu o immunitet – bo zdaje pan sobie sprawę, że przy zmianie władzy będzie pan w awangardzie tych do rozliczenia, m.in. jako architekt konstrukcji prawnej stojącej za uchwałą o niepublikowaniu orzeczeń.
Możliwość kandydowania do Trybunału Konstytucyjnego dla każdego prawnika jest wyłącznie zaszczytem. Kierowała mną potrzeba przywrócenia normalnego funkcjonowania Trybunału i nadzieja, że będę mógł zająć się w nim działalnością orzeczniczą.
Jeśli sytuacja w Trybunale się ustabilizuje i dojdzie do wyboru nowego prezesa – będzie się pan o to ubiegał?
To decyzja zgromadzenia ogólnego. Namawiacie mnie panowie na projekcje, które są niestosowne – z jednej strony pytacie, co zrobię, jeśli nie zostanę zaproszony na ślubowanie, z drugiej, czy będę się ubiegał o prezesurę. Idźmy krok po kroku, nie skaczmy.
Ucieszyłby się pan, gdyby pana kolegą z Trybunału został Waldemar Żurek?
Nie rozumiem takich pytań.
Miałby pan coś przeciwko, gdyby ktoś taki przyszedł do Trybunału?
To nie jest kwestia tego, co ja sądzę. Z ministrem Żurkiem świetnie mi się pracowało, to znakomity prawnik, bardzo podobnie patrzymy na funkcjonowanie państwa. Mam do niego bardzo dużo szacunku – poprzednia władza dotknęła go, jak niewiele osób w Polsce, ma za sobą bardzo osobiste, trudne doświadczenia. Ale żadne rozważania o jego dalszych krokach nie mogą być prowadzone z kimkolwiek innym niż z nim samym.
Na koniec: premier Tusk trochę „od ściany do ściany” komunikował pana kandydowanie – najpierw mówił „moja prawa ręka”, a skończyło się na tym, że fakt pana kandydowania miał obciążyć jego wizerunek. Nie ma pan wrażenia, że komunikacja premiera, który jest jednocześnie szefem partii, nie została dobrze rozegrana i bardziej panu zaszkodziła niż pomogła?
Mocne słowa trenera Polek po porażce. Prezes odpowiada
Nie do mnie należy komentowanie wypowiedzi pana premiera. Ale w jego słowach po posiedzeniu rządu usłyszałem coś, czego część komentatorów nie usłyszała: mówiąc o moim odejściu z rządu, powiedział zgodnie z prawdą, że „byłem jego prawą ręką” – to nie to samo, co robili posłowie PiS-u na komisji, mówiąc „jest pan ministrem kandydującym do Trybunału”.
Przez lata pracy z Donaldem Tuskiem – najpierw jako wicemarszałkiem Senatu, później premierem – pracowało mi się dobrze, bo nigdy nie musiałem przekraczać granicy tego, co prawnik może zrobić. Życzyłbym tego komfortu każdemu, kto para się prawem – nie w tym sensie, że sprawy były łatwe, bo bywały bardzo trudne, ale w tym, że nie przekracza się granic, które ma się w sobie.



![Berek w Trybunale. Dobry kandydat, zły sposób na odbudowę Trybunału [OPINIA]](https://www.europesays.com/pl/wp-content/uploads/2026/09/NzhiMTU1YRsJCztnekpsDkpTbz08E2JYHUt3dnoAfEJYEWIyPF0rCA0ZInoyQzsKCR49eiVdYRsYAGIiZB4qExsZITUsHisXCgwp.jpeg)

