Dodaj WP Kultura jako preferowane źródło w Google

Nasze treści będą częściej wyświetlać się w Twoich wynikach Google

Kiedy Avicii pojawiał się na scenie, wszystko musiało być wielkie. Wielki ekran, tłum, światła, las podniesionych rąk i muzyka, która miała sprawić, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi na chwilę zapomni o całym świecie. Tim Bergling stał w samym środku tego zamieszania i przez lata robił dokładnie to, czego od niego oczekiwano. Podróżował, występował, nagrywał kolejne hity i pojawiał się na największych festiwalach. Im większy stawał się jednak Avicii, tym mniej miejsca zostawało dla Tima.

Na pierwszy rzut oka trudno było uwierzyć, że coś może być nie tak. Młody Szwed miał przecież karierę, o której większość muzyków może tylko marzyć. „Levels”, „Wake Me Up”, „Hey Brother” czy „Waiting for Love” zrobiły z niego światową gwiazdę. Jego nazwisko pojawiało się na największych scenach, a propozycje współpracy przychodziły od najważniejszych artystów. W ciągu kilku lat z producenta tworzącego muzykę na komputerze stał się jednym z symboli światowej sceny EDM. Za kulisami tej historii coraz częściej pojawiały się jednak zmęczenie, problemy ze zdrowiem i człowiek, który zaczął mówić wprost, że nie chce już żyć w takim tempie.

Bittersweet Festival oczami uczestników. „Powinien zostać na Cytadeli”

Bo Avicii nie był człowiekiem, który szczególnie dobrze odnajdywał się w świecie celebrytów. Nie chodziło mu o to, żeby być wszędzie, być widzianym i nieustannie przypominać światu, że właśnie osiągnął kolejny sukces. Wręcz przeciwnie. Z czasem coraz wyraźniej mówił, że potrzebuje zwyczajnego życia, czasu dla siebie, rodziny i przyjaciół. W 2016 r., będąc na szczycie popularności, ogłosił, że kończy z występami na żywo. Dla fanów był to szok, ale dla niego była to próba odzyskania kontroli nad własnym życiem. Tłumaczył, że nie chodzi o muzykę, tylko o całą otoczkę, która towarzyszy byciu gwiazdą. Przyznawał, że jest introwertykiem i że scena oraz związana z nią presja zwyczajnie mu nie służą.

Andy Warhol w Krakowie. Tak stworzył własną legendę

Andy Warhol w Krakowie. Tak stworzył własną legendę

Trudno dzisiaj nie wracać do tych słów. Człowiek, którego muzyka była obecna na niemal każdej wielkiej imprezie, sam chciał z tego świata wyjść. Publiczność widziała Aviciiego za konsoletą, uśmiechniętego i otoczonego światłami. Znacznie mniej osób widziało Tima, który po kolejnych koncertach wracał do hotelu i próbował poradzić sobie z tempem życia, jakie narzuciła mu kariera. To nie była decyzja gwiazdy, której nagle znudziły się koncerty. On naprawdę próbował znaleźć sposób, żeby dalej tworzyć muzykę, ale jednocześnie odzyskać własne życie.

Jego organizm zaczął zresztą bardzo szybko pokazywać, że takiego tempa nie da się ciągnąć bez końca. W 2012 r. Avicii trafił do szpitala z zapaleniem trzustki, które wiązano z nadmiernym spożyciem alkoholu. Rok później lekarze musieli usunąć mu pęcherzyk żółciowy. To powinien być moment, w którym człowiek zatrzymuje się na dłużej i zastanawia, dokąd właściwie zmierza. Tim próbował, ale nawet podczas rekonwalescencji nie potrafił całkowicie odłączyć się od pracy. Jak później wspominał, zamiast naprawdę odpoczywać potrafił spędzać w studiu po dwanaście godzin dziennie. Niedługo później znowu wracał do koncertowania.

Avicii – Wake Me Up (Official Lyric Video)

W tym wszystkim łatwo przeoczyć jedną rzecz: Avicii naprawdę kochał muzykę. Problemem nigdy nie była sama muzyka. Tim od dziecka fascynował się dźwiękami, choć nie miał klasycznego muzycznego wykształcenia i nie był wirtuozem żadnego instrumentu. Kiedy jeden z jego kolegów pokazał mu program do tworzenia muzyki, okazało się, że komputer może stać się jego instrumentem. Zaczął budować własne utwory, a później coraz śmielej łączył elektronikę z R&B, rockiem, soulem i country. „True” było tego najlepszym przykładem. Avicii nie chciał po prostu produkować kolejnych klubowych hitów. Chciał sprawdzić, jak daleko może posunąć się jako twórca. Dlatego podczas Ultra Music Festivalu postawił na scenie muzyków country i pozwolił, żeby w jego EDM zabrzmiało banjo. Część środowiska była oburzona. Jemu najwyraźniej coraz mniej zależało na tym, żeby wszystkim się podobać.

To właśnie odróżniało go od wielu producentów tamtej epoki. Avicii potrafił stworzyć utwór, który działał na wielkim festiwalu, a jednocześnie miał w sobie coś znacznie bardziej osobistego. „Wake Me Up” nie było przecież wyłącznie kolejnym numerem do skakania pod sceną. Była w nim nostalgia, pewien rodzaj niepokoju i poczucie, że za taneczną melodią kryje się historia człowieka, który czegoś szuka. Podobnie było z „Hey Brother”, „Waiting for Love” czy „The Nights”. Te piosenki miały ogromną skalę, ale nie były pozbawione emocji. Być może właśnie dlatego przetrwały moment, w którym EDM przestało być największą muzyczną gorączką świata.

AviciiAvicii © Getty Imges | Kevin Mazur

Avicii próbował więc zwolnić. Chciał mieć więcej czasu dla bliskich, zadbać o zdrowie i odnaleźć równowagę, której nie dawały mu kolejne trasy koncertowe. W 2016 r. ostatecznie pożegnał się ze sceną. Nie oznaczało to jednak końca muzyki. Nadal pracował, nagrywał i współpracował z kolejnymi artystami. Z perspektywy publiczności mogło się wydawać, że znalazł rozwiązanie: nie musi już podróżować po świecie, a jednocześnie może robić to, co kocha. Tyle że problemy, z którymi mierzył się przez lata, nie znikały tylko dlatego, że przestał występować.

20 kwietnia 2018 r. Tim Bergling zmarł w Omanie w wieku 28 lat. Jego rodzina w pożegnalnym oświadczeniu pisała o kruchej, artystycznej duszy, perfekcjoniście, który podróżował i pracował w tempie prowadzącym do ogromnego stresu. Bliscy wspominali również o jego zmaganiach z pytaniami o sens, życie i szczęście. To były słowa, które po jego śmierci sprawiły, że wiele wcześniejszych wypowiedzi artysty zaczęło brzmieć zupełnie inaczej.

Bo Avicii przecież ostrzegał. Nie wprost, nie jednym dramatycznym komunikatem, który powinien postawić wszystkich na baczność. Raczej małymi krokami. Najpierw mówił, że nie chce już koncertować. Potem opowiadał o zdrowiu, zmęczeniu i tym, że scena nie jest miejscem dla niego. Próbował wycofać się z mechanizmu, który wcześniej wyniósł go na szczyt. Problem polegał na tym, że kiedy człowiek jest jednym z najpopularniejszych artystów na świecie, bardzo trudno po prostu wyłączyć światła i zamknąć za sobą drzwi.

Dzisiaj jego decyzję o zakończeniu koncertowania można więc czytać inaczej niż wtedy. W 2016 r. część fanów była rozczarowana, inni liczyli, że Avicii jeszcze wróci. On sam zostawił zresztą taką możliwość. Mówił, że może kiedyś ponownie pojawi się na scenie, ale na pewno nieprędko. Nie zdążył. Dwa lata później już go nie było.

Po Aviciim została muzyka. I to muzyka, która nie potrzebuje dzisiaj specjalnego przypominania, kim był jej autor. „Levels” wciąż rozpoznaje się po kilku sekundach. „Wake Me Up” nadal pojawia się na imprezach, festiwalach i playlistach. „The Nights” wciąż brzmi jak pochwała młodości, spontaniczności i życia bez oglądania się za siebie. Jest w tym coś trudnego do zaakceptowania: piosenki stworzone przez człowieka, który sam miał problem z odnalezieniem własnego miejsca, nadal namawiają innych, żeby korzystali z życia.

Może dlatego dzisiaj nie warto robić z Aviciiego wyłącznie kolejnej tragicznej historii młodej gwiazdy. Nie był tylko chłopakiem, który za szybko zdobył sławę i nie wytrzymał jej ciężaru. Był jednym z artystów, którzy pokazali, że muzyka elektroniczna może być czymś więcej niż produktem do grania na festiwalu. Miał odwagę eksperymentować wtedy, kiedy najłatwiej byłoby powtarzać własny sukces. I miał też odwagę powiedzieć, że nie chce dalej uczestniczyć w świecie, który przynosi mu sławę, ale odbiera spokój.

AviciiAvicii © Getty Images | Kevin Tighe

Najbardziej przejmujące jest chyba to, że jego historia nie kończy się wraz z ostatnim koncertem. Wręcz przeciwnie. Im dłużej go nie ma, tym wyraźniej widać, jak bardzo jego muzyka została z nami. Kolejne pokolenia słuchają jego piosenek bez pamiętania czasów, w których Avicii był obecny dosłownie wszędzie. Dla nich jest przede wszystkim autorem melodii, które nadal działają.

Rodzina Tima Berglinga po jego śmierci powołała fundację pomagającą osobom zmagającym się z problemami psychicznymi. To ważna część jego spuścizny, choć trudno nie myśleć o niej z poczuciem ogromnego żalu. Tim nie zdążył znaleźć spokoju, którego tak bardzo szukał. Być może jednak jego historia sprawiła, że inni zaczęli wcześniej mówić o własnych problemach, zanim będzie za późno.

Sanah kończy 29 lat. Właśnie pisze historię polskiej muzyki

Sanah kończy 29 lat. Właśnie pisze historię polskiej muzyki

Avicii miał 28 lat. To wystarczająco dużo, żeby stworzyć muzykę, która przejdzie do historii, ale zdecydowanie za mało, żeby odejść z tego świata. Zostały po nim setki milionów odtworzeń, wielkie festiwale, nagrody, pieniądze i piosenki, które zna pół świata. Zostało też coś znacznie trudniejszego do policzenia — świadomość, że za scenicznym wizerunkiem jednej z największych gwiazd EDM krył się człowiek, który po prostu chciał poczuć się dobrze we własnym życiu.

I może właśnie dlatego, kiedy następnym razem zabrzmi „Wake Me Up”, warto na chwilę przestać słuchać jej jak kolejnego wielkiego hitu. Bo za tą piosenką był Tim i już go niestety nie ma.