Remigiusz Półtorak, Wirtualna Polska: Robert, kto jest twoim faworytem do Złotej Piłki w tym roku? Wyjątkowo wybór nie jest oczywisty.

Robert Pires, legendarny francuski piłkarz, który największe sukcesy odnosił w Arsenalu FC: Dlatego że nie ma jednego wyraźnego faworyta, a potencjalnych kandydatów sporo.

Na kogo byś postawił?

Myślę, że wszystko rozstrzygnie się między Kylianem Mbappé a Lamine’em Yamalem. Obydwaj dali poważne argumenty. Yamal w bardzo młodym wieku zdobył mistrzostwo Hiszpanii i tytuł mistrza świata, a to kluczowe tytuły. Może nie był wybitny we wszystkich meczach, ale odegrał swoją rolę w tych najważniejszych. Mbappé dla odmiany niczego zespołowo nie wygrał, nie zdobył żadnego trofeum, ale został najlepszym strzelcem La Liga, Ligi Mistrzów i mundialu. A to niebagatelne osiągnięcia. Wiele będzie zależało od tego, w jakim stopniu głosujący postawią na sukcesy indywidualne, a w jakim na zespołowe.

Nie możemy też zapominać o marketingu, który pewnie znowu odegra dużą rolę. A w sytuacji braku faworyta pewnie jeszcze większą niż zwykle.

To prawda, marketing będzie miał tu znaczenie. Wyniki w sezonie są kluczowe, ale wszyscy wiemy, że wpływ marketingowy Mbappe i Yamala jest na całym świecie ogromny. Dlatego uważam, że wygra ktoś z tej dwójki.

ZOBACZ WIDEO: „Lewy” ogłosi koniec reprezentacyjnej kariery? „Bije się z myślami”

A Kwaracchelia? Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wśród potencjalnych kandydatów pojawia się nazwisko piłkarza, który był najlepszy w Lidze Mistrzów, ale nie grał na mistrzostwach świata.

I myślę, że brak występów na mundialu piłkarza PSG robi tu różnicę, dlatego nie sądzę, żeby Kvara miał taką siłę przebicia.

Czas Złotej Piłki dla Roberta Lewandowskiego przeminął. Byłeś jednym z tych, którzy chętnie by mu przyznali to wyróżnienie w 2021 r. Ale Polak skończył 38 lat i choć nie jest na szczycie, jak kiedyś, to nadal zadziwia.

Macie naprawdę świetnego piłkarskiego ambasadora. Jednego z najlepszych na świecie. Nie ma w Polsce lepszego, nie mam co do tego wątpliwości. Zresztą, śledziłem Lewandowskiego w Barcelonie i uważam, że to był dla niego znakomity czas. Wszędzie, gdziekolwiek dotychczas grał, potrafił odcisnąć swoje piętno. Jest po prostu znakomitym napastnikiem.

Reprezentacja Francji otwiera za chwilę nowy rozdział. Teraz z Zinedine’em Zidane’em. Wyzwanie już jest ogromne, bo oczekiwania po Deschampsie są co najmniej takie same.

Myślę, że to jest dobry moment, żeby przede wszystkim podziękować Didierowi za ostatnie 14 lat i za to, co zrobił dla reprezentacji. Mówię szczególnie o dwóch trofeach: mistrzostwie świata i Lidze Narodów, ale też regularnym pojawianiu się w najlepszej czwórce wielkich turniejów. Przy obecnej konkurencji to nie jest takie oczywiste. Deschamps sam jednak uznał, że czas się zatrzymać i że potrzebny jest inny selekcjoner. „Zizou” był od początku najbardziej naturalnym kandydatem i teraz zajmuje jego miejsce. Jestem przekonany, że doskonale zdaje sobie sprawę, jak trudne czeka go zadanie. Wie, że będzie trudno, bo zaraz pojawi się duża presja i ogromne oczekiwania. Mówimy w końcu o reprezentacji Francji, której potencjał wszyscy znają. Ale presją bym się nie przejmował – Zidane wie, jak z nią żyć, zna to środowisko doskonale. Nie zapominajmy, że przez lata trenował Real, a praca w Madrycie jest na co dzień wyjątkowo wymagająca.

Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że tam presja była większa.

Dokładnie. Dlatego „Zizou” jest do niej przyzwyczajony. O to się nie obawiajmy. Ale wiemy też dobrze, że niezależnie od tego, czy jest się trenerem klubowym czy selekcjonerem, i tak zależy się wyłącznie od wyników. Możesz nazywać się Zidane, Platini, jakkolwiek chcesz, ale jeśli nie masz odpowiednich zawodników i składu, trudno o zwycięstwa. Na szczęście nowy selekcjoner jest w innej sytuacji, mamy we Francji niezwykłych piłkarzy i wyjątkowe pokolenie.

Przyznam, że cierpliwość, którą wykazał Zidane, jest godna uwagi.

Ale to też pokazuje, jak bardzo mu zależało na prowadzeniu reprezentacji. Na pierwszej konferencji, mimo takiego doświadczenia, widać było zresztą, jakie emocje mu towarzyszą. Przez lata odrzucał oferty z klubów, bo wiedział, czego chce. Zachowywał spokój w wypowiedziach, pozwolił Deschampsowi spokojnie kontynuować pracę. Trzeba to docenić. Z drużyny mistrzów świata mieliśmy wcześniej Blanca, potem Deschampsa, teraz przyszedł czas na Zidane’a. Trzeba dać mu pracować i przede wszystkim zaufać tak samo, jak ufaliśmy pozostałym.

Znasz go bardzo dobrze – oczywiście z czasów wspólnej gry, ale zapewne też jako trenera. Co jest najmocniejszą stroną Zidane’a w szatni?

Umiejętność zarządzania zespołem. W czasie, gdy był zawodnikiem, może nie było tego aż tak widać, „Zizou” nie odzywał się przesadnie, pokazywał na boisku, co potrafi, ale do roli trenera przygotowywał się długo i zrobił to znakomicie. Rzadko zwraca się na to uwagę, ale według mnie zrobił przez ten czas kolosalne postępy w komunikacji – zarówno z zawodnikami, jak i z mediami. Widzieliśmy to na konferencji: był spokojny, swobodny, nie unikał żadnych pytań, nawet tych nieco politycznych. Poradził sobie, bo ma już duże doświadczenie w takich sytuacjach.

Posłużę się tu jedną z najbardziej kultowych fraz, gdy selekcjoner Aime Jacquet zachęcał cię do „wzmocnienia gry”, do „większej agresywności” („Robert, muscle ton jeu” – red.). Mam wrażenie, że to samo stało się z publicznym wizerunkiem Zidane’a. Przeszedł tu ogromną przemianę, przede wszystkim w kontaktach z mediami.

Właśnie o to chodzi. „Zizou” bardzo „wzmocnił” – jak pan mówi – swoją komunikację z otoczeniem. Wie, czego chce i dokąd zmierza. Kiedy wygrywasz Ligę Mistrzów trzy razy z rzędu, to nie jest przypadek. To talent i praca. Bo talent trzeba szlifować. Był wybitnym piłkarzem, dziś jest świetnym trenerem. Potrafił oddzielić te dwie role. Wiedział, co musiał robić jako piłkarz, a teraz jako trener mierzy się z inną presją. Musi znowu udowodnić, że jest dobry na tym stanowisku. A poza tym, jak masz trenera takiego jak Zidane, to wywołuje szacunek, bo nie ma we Francji bardziej poważanej osoby w środowisku sportowym, która by powszechnie wzbudzała pozytywne emocje. Ale jest jeszcze coś. „Zizou” potrafi otoczyć się odpowiednimi ludźmi. Najbliższych współpracowników, najbardziej zaufanych ma jeszcze z czasów Realu, ale pewnie wsparcie Fabiena Bartheza też mu bardzo pomoże w podejmowaniu decyzji. Jest wyraźny lider – Zinedine Zidane – a za nim stoi cały zespół. I ten zespół też jest zaprawiony w boju.

We Francji mówi się „nie ma nigdy dwóch bez trzech”. Myślisz, że PSG ma dobre perspektywy na trzeci z rzędu tytuł w Lidze Mistrzów?

Nie da się ukryć, że Paryżanie znowu będą należeć do faworytów. PSG to dziś bardzo silny zespół, który opiera się na trenerze doskonale znającym futbol i swoją drużynę. Co ważne, świetnie nią zarządza. Mówiłem o tym przy Zidane’ie. Umiejętne zarządzanie szatnią pełną gwiazd jest dzisiaj na wagę złota i widać, jakie przynosi efekty. Ostatnio we Francji było głośno o sytuacji z Ousmane’em Dembélé, który został zmieniony już w połowie meczu, potem dostał tydzień wolnego. Wiedzieliśmy, że relacje między trenerem a liderem zespołu były czasami napięte, ale sytuacja się rozładowała, bo Luis Enrique lubi rozmawiać i mówi wprost, co mu się nie podoba.

I ma wyniki.

To oczywiście najważniejsze, ale obserwując go, mam też przekonanie, że jest bezpośredni i jasno pokazuje zawodnikom, czego od nich oczekuje. Kiedy masz taką rozmowę ze swoim trenerem, nie ma niedomówień, są jasne komunikaty. Wracając do Dembélé, zawodnik może być też po prostu zmęczony. Nawet kilkudniowy odpoczynek pozwala mu się rozluźnić, zrzucić presję i zacząć od nowa. Siłą Luisa Enrique jest właśnie zarządzanie ludźmi.

Formy jeszcze nie ma, jak na początku każdego z poprzednich sezonów Hiszpana w Paryżu, ale siła mentalna tej drużyny jest diametralnie inna pod wodzą Enrique.

Nie jestem zaskoczony. Grałem przeciwko niemu, gdy był piłkarzem, i na boisku zachowywał się tak samo – waleczny, nieodpuszczający do końca. Przekazał to podejście swoim zawodnikom. Jeśli po raz kolejny zdarza się, że przegrywasz nawet dwiema bramkami i potrafisz w końcówce doprowadzić do remisu, to nie może być przypadek.

Porażka Arsenalu w finale Ligi Mistrzów bolała?

Pewnie, że tak. Grałem tam wiele lat, oglądałem finał z Arsenem Wengerem, chciałem, żeby Arsenal wreszcie wygrał, ale trzeba przyznać, że PSG był lepszy.

Zastanawiam się, czy ten sezon nie będzie jednak dla Paryżan okresem przejściowym, mimo zgrania i wypracowanych automatyzmów, dlatego że zespół został trochę przebudowany i nowi gracze muszą nauczyć się stylu Luisa Enrique.

Aż tak daleko bym chyba nie szedł. Nie sądzę, żeby to był sezon „przejściowy”. Są za bardzo doświadczeni. Dla mnie to kontynuacja planu wprowadzonego przez prezesa Al-Khelaifiego i Luisa Enrique. Praca zaplanowana na trzy lata. Pierwsze podsumowanie będziemy mogli zrobić w styczniu. Zobaczymy, czy nadal będą tak silni i czy pojawią się kontuzje. W drużynie wszystko może się zdarzyć, a konkurencja też już inaczej patrzy. Nie zmienia to faktu, że Paris Saint-Germain pozostaje jednak w Lidze Mistrzów jednym z głównych faworytów.

Wespół z innymi znanymi piłkarzami wystąpiłeś z publicznym apelem o zmiany na szczytach piłkarskiej władzy. Zasadnicze pytanie jest dzisiaj jedno: czy Gianni Infantino może przetrwać tę burzę? Bo rezygnować wcale nie zamierza.

Już widać, że będzie stawiał opór do końca. Oczywiście, jest wiele osób, które uważają, że trzeba pamiętać o tym, co zrobił wcześniej dla futbolu, szczególnie w Afryce, gdzie ma największe poparcie. Jednak próba sprzedaży prywatnej firmie 20 proc. praw do wielkich imprez takich jak mundial była błędem. Mistrzostw świata nie można sprzedać. A Infantino chciał tak zrobić i to ukradkiem, bez niczyjej wiedzy. UEFA i inne federacje musiały zareagować, bo jeśli chcesz przeprowadzić taką operację, to trzeba najpierw zapytać o zdanie piłkarzy, piłkarki i kibiców. Futbol pod rządami Infantino stał się za bardzo komercyjny. Wystarczy spojrzeć na ceny biletów podczas ostatniego mundialu. To nie jest normalne.

UEFA zrezygnowała jednak z pomysłu bojkotu imprez organizowanych przez FIFA, jednocześnie atakując Infantino od strony prawnej. To wystarczy przed marcowymi wyborami prezydenta FIFA?

Bojkotu nie ma, ale myślę, że presja ze strony UEFA nadal jest duża. Europa ma świadomość, że gdyby Infantino został ponownie wybrany, to może wrócić do pomysłu komercjalizacji mundialu.

Pojawi się wspólny kandydat UEFA, Azji i strefy CONCACAF, który mógłby stawić czoła Infantino? Bo o to najpewniej toczy się dzisiaj gra.

Na dzisiaj prawdopodobnym wspólnym kontrkandydatem wydaje Kanadyjczyk (Victor Montagliani, prezydent strefy CONCACAF i wiceszef Rady FIFA – red.), ale nawet jeśli tak się stanie, nie będzie mu łatwo pokonać Infantino. Tym bardziej trzeba podjąć dobrą decyzję dla dobra futbolu.

Rozmawiał Remigiusz Półtorak