Robert Lewandowski wszedł na boisko stadionu Soldier Field w 76. minucie gry i przydał się swojej drużynie. Zaliczył asystę przy golu Marena Haile-Selassie na 3:1. Chicago Fire wygrało, a Robert był po meczu – czemu trudno się dziwić – bardzo szczęśliwy. Jednak z naszej, polskiej perspektywy, ważniejsze jest prześledzenie, jak to się stało, że „Lewy” w tym meczu w ogóle zagrał.
Pewnie wielu z was miało taką sytuację w życiu: w pewnym momencie zaczynasz czuć się bardzo niekomfortowo, bo orientujesz się, że ktoś bezczelnie robi cię w konia. Mało tego, ten ktoś oczekuje jeszcze, że ty nie dasz po sobie poznać, że się zorientowałeś. Liczy, że z własnej woli będziesz udawać głupszego, niż jesteś, żeby tylko nie zrobiło się niezręcznie. Żeby pozostało niedopowiedziane, bo wtedy nie trzeba się publicznie z problemem konfrontować. Ty nadal czujesz się oszukany, a – mimo woli – udajesz. Najpierw nie dowierzasz, że ktoś śmiał tak bezczelnie cię potraktować, próbujesz to wyprzeć, kwestionować, a później już nie masz siły się z tym otwarcie mierzyć. Znacie to? Przeżyliście coś takiego?
Wizerunkowa porażka
Przyznam, że tak się właśnie poczułem, kiedy Robert Lewandowski w meczu z Rumunią dostał drugą żółtą kartkę i stało się jasne, że w poniedziałkowym meczu reprezentacji Polski z Bośnią nie zagra. Tak, wiem. Już słyszę te głosy części z was, którzy spytają, jakie mam dowody na to, że Robert te kartki wyłapał celowo, żeby zostać wcześniej zwolnionym ze zgrupowania kadry i zdążyć na mecz Chicago Fire z Vancouver Whitecaps. Nie, nie mam żadnych dowodów. Bo to jasne, że ich nie będzie. Kto niby miałby je dostarczyć? Sam Robert na siebie? Ale mam narzędzia: zdrowy rozum, logikę, pamięć, umiejętność kojarzenia faktów i trochę znam Roberta. Warto zauważyć, że już sam fakt, że kibice w kraju toczą dyskusję i spierają się, czy Lewandowski okiwał całą Polskę, czy nie okiwał, jest wielką wizerunkową porażką Roberta.
ZOBACZ WIDEO: Zieliński zabrał głos nt. Lewandowskiego. „Wszyscy wiemy”
Zacznijmy od tego, że kolizja terminów reprezentacji i klubu była znana od lipca, kiedy mecz Fire z Whitecaps został przeniesiony – z powodu zadymienia Chicago po pożarach lasów w Kanadzie – na 7.10, o godz. 2.30 czasu polskiego. Stało się wtedy jasne, że Lewandowski nie zagra albo w tym przełożonym spotkaniu MLS, albo w poprzedzającym go o kilkadziesiąt godzin, meczu reprezentacji z Bośnią w Zenicy. Jakie zatem były plany rozwiązania tej kolizji terminów? Pisałem już o tym, ale przypomnę raz jeszcze. Bo to ważne.
Po kolei. Najpierw cytat z portalu Weszło z 18 lipca: „Klub z MLS zamierza poprosić Jana Urbana o wcześniejszy powrót Lewandowskiego do Stanów Zjednoczonych. – Miejmy nadzieję, że uda się porozumieć z selekcjonerem reprezentacji Polski i że pozwoli on Robertowi wrócić wcześniej ze zgrupowania i zagrać z Vancouver – przekazuje Gregg Berhalter”. Jak na to zareagował wtedy Robert? Czy się oburzył na pomysł trenera Berhaltera? Czy powiedział, że takie zwolnienie byłoby wbrew jego woli? Bo np. dla niego priorytetem jest reprezentacja Polski? Nie, nic podobnego.
Kolejny cytat z Weszło z 18.07: „Jeszcze nie wiadomo, czy Lewandowski w ogóle pojawi się na tym zgrupowaniu. Kapitan kadry wciąż nie podjął decyzji o tym, czy chce w dalszym ciągu nakładać biało-czerwoną koszulkę. Podczas swojej prezentacji mówił: – Nie podjąłem żadnej decyzji, bo jeszcze nie musiałem jej podejmować. To, co było najważniejsze, to dołączenie do nowego klubu, teraz adaptacja. Myślę, że po paru tygodniach życia w Chicago będę miał odpowiedź na swoje wewnętrzne pytania, które pojawiają się w mojej głowie. Na razie ważniejsze jest, żeby tu pożyć, pograć, zobaczyć jak się czuję, jak wygląda nowe życie na nowym kontynencie. Później zacznę myśleć o innych sprawach”. No i co wyszło z tego myślenia? Jakie były efekty?
Czy Lewandowskiemu i jego teamowi udało się załatwić sprawę wcześniejszego zwolnienia napastnika z części zgrupowania kadry w cywilizowany sposób? Czy może ogłoszono w lipcu, sierpniu lub wrześniu jakąś wspólną decyzję, że np. ustalono z selekcjonerem Urbanem albo z prezesem Kuleszą, iż Robert wyjedzie ze zgrupowania wcześniej? Nie, nic podobnego.
Wyjmowanie gorącego kartofla z ogniska
W tzw. międzyczasie życie dopisało zaskakujący rozdział do tej – pożal się Boże – dramy. Na początku września tekst jednego z dziennikarzy „Super Expressu” został przy redagowaniu nieszczęśliwie wypaczony i w Polsce zaczęła żyć swoim życiem nieprawdziwa informacja, że „Lewy” przyjedzie tylko na pierwszy mecz Ligi Narodów. Była to oczywista bzdura, ale obóz Roberta długo jej nie dementował. Bo kwestia krótszej obecności kapitana na zgrupowaniu kadry była nadal niewygodna. Ciągle brakowało wypracowanego stanowiska. A jednak, gdy w efekcie artykułu „Super Expressu” rozkręciła się w Polsce afera, m.in. Zbigniew Boniek i Grzegorz Lato zaczęli krytykować Roberta, że wybiera sobie mecze, trzeba było reagować.
Do gaszenia pożaru w polskich mediach został wysłany kolega „Lewego”, który jest cytowany przez dziennikarzy jako „otoczenie Roberta”: – To totalny fake news. Nigdy nie było takiego pomysłu, żeby Robert przyleciał na jeden mecz. Co do przyszłości, jeszcze chwila cierpliwości i wszystko będzie jasne. A więc znów – zauważmy to – nie pojawiło się twierdzenie, że w ogóle nie ma tematu zwolnienia Lewandowskiego z części zgrupowania. Kupiono jedynie trochę czasu, a sprawa zwolnienia z ostatniego meczu – co od początku było istotą sprawy – pozostała nadal niezałatwiona.
Nie wiemy, jak przebiegały rozmowy – i czy w ogóle były prowadzone – z selekcjonerem albo z prezesem PZPN. A jednak obóz Lewandowskiego na coś czekał, niczego nadal nie deklarował. Być może ani Kulesza, ani tym bardziej Urban nie chcieli poparzyć rąk przy wyjmowaniu gorącego kartofla z ogniska. Łatwo sobie wyobrazić, jak kibice przyjęliby fakt, że na mecz z Bośnią w Zenicy zostajemy z jednym napastnikiem – Mateuszem Żukowskim, bo selekcjoner (lub prezes) zgodził się zwolnić wcześniej Lewandowskiego, żeby ten jeszcze zdążył zagrać mecz w MLS. A tak? Stało się. Samo. Robert dostał dwie żółte kartki i tuż po meczu z Rumunią szybko pożegnał się z selekcjonerem i kolegami z kadry. I – jak już wiemy – zdążył zagrać w meczu przeciwko Vancouver Whitecaps.
Paraliż decyzyjny
Wróćmy jednak do połowy września, jeszcze przed zgrupowaniem. W efekcie przedłużającego się paraliżu decyzyjnego na skuteczne przygotowanie gruntu (czyli narracji dla kibiców) było już zbyt późno. A poza tym, przez przypadkowego fake newsa „Super Expressu”, klimat do wcześniejszego zwolnienia Lewandowskiego ze zgrupowania stał się nieprzychylny. Robert musiał się w końcu zadeklarować co dalej z jego grą w kadrze. Czekać dłużej już się nie dało. Zrobił to w wywiadzie z Mateuszem Skwierawskim dla „Wirtualnej Polski”. Zaledwie… 3 dni przed początkiem zgrupowania. Poniżej kluczowy fragment rozmowy.
Uporządkujmy: we wrześniu i październiku kadra rozegra cztery spotkania w Lidze Narodów: dwukrotnie z Bośnią i Hercegowiną, ze Szwecją oraz Rumunią. Rozumiem, że przyjeżdżasz na całe zgrupowanie?
– Oczywiście. Od początku było takie założenie. Przyjeżdżam na całe zgrupowanie i jestem do dyspozycji trenera od początku do końca.
Jak to się skończyło, wszyscy wiemy. Robert nie zagrał w Zenicy, ale zagrał w Chicago. Dla wątpiących jeszcze dwa fakty.
Lewandowski rozegrał w reprezentacji 170 meczów. Bardzo dużo. Proszę sobie wyobrazić, że nigdy (sic!) wcześniej nie pauzował w reprezentacji z powodu dwóch żółtych kartek! A przecież wcześniej też graliśmy ważne mecze, nawet ważniejsze niż Liga Narodów, bo stawką był awans na mundial czy na mistrzostwa Europy. I jakoś wtedy nie poniosły Roberta nadmierne emocje, które kazałyby mu kopnąć piłkę po gwizdku sędziego (żółta kartka ze Szwecją, 28.09.2026) albo ostro zaatakować rywala przy linii bocznej, w okolicach środka boiska (żółta kartka z Rumunią, 02.10.2026). Takie zawieszenie za dwie żółte kartki przytrafiło się Robertowi dopiero teraz, po raz pierwszy w jego długiej, reprezentacyjnej karierze. Przypadkiem akurat wtedy, kiedy bardzo potrzebował go jego klub – Chicago Fire. Co za zbieg okoliczności.
Język ciała
Drugi fakt. Przed piątkowym meczem z Rumunią mieliśmy w reprezentacji aż sześciu piłkarzy zagrożonych zawieszeniem w przypadku otrzymania żółtej kartki. Wśród tych zagrożonych byli także obrońcy, którzy są najbardziej narażeni na otrzymywanie kartek. Proszę sobie wyobrazić, że aż pięciu z sześciu reprezentantów udało się tak uważnie grać przeciwko Rumunom, że uniknęli napomnienia sędziego. Sztuka ta nie udała się tylko jednemu piłkarzowi – napastnikowi Robertowi Lewandowskiemu. Bez komentarza.
Po meczu z Rumunią kapitan – tak, tak, cały czas rozmawiamy o kimś, kto dumnie nosi opaskę kapitana reprezentacji – tłumaczył, że to wszystko w ferworze walki, z ambicji itd. Na trafne pytanie reporterki TVP Sport, Mai Strzelczyk, czy kapitan mimo wszystko pojedzie do Bośni, by w tak ważnym spotkaniu wspierać kolegów w szatni i po prostu być z nimi przed meczem, Robert zaczął dość nerwowo się tłumaczyć, że to byłoby sztuczne i niepotrzebne, a on… nie lubi sztuczności. Dobre, nie?
Otóż taki David Alaba pojechał z reprezentacją Austrii na Euro 2024 w Niemczech, mimo że z powodu zerwania wiązadła w kolanie nie mógł grać. Selekcjoner Austrii Ralf Rangnick włączył go do oficjalnej delegacji jako „niegrającego kapitana”, by wspierał drużynę mentalnie z ławki rezerwowych i w szatni, pełniąc funkcję łącznika między zespołem a sztabem szkoleniowym. Trzeba by powiedzieć Alabie, że to, co robił, było sztuczne, bo może do dzisiaj o tym nie wie.
Wróćmy jednak do naszej polskiej dramy. Polecam ten krótki wywiad Mai Strzelczyk z Lewandowskim (materiał wideo nadal dostępny na tvpsport.pl), bo język ciała wijącego się jak piskorz Lewandowskiego mówi więcej niż tysiące słów. Ja po tym obrazku nie miałem już żadnych wątpliwości. Ale nie mam problemu, że ktoś nie wierzy w aż taki tupet kapitana reprezentacji. Bo rzeczywiście to się nie mieści w głowie. Każdy ma prawo do swojej opinii i ja odmienne opinie szanuję. Ale mam też prawo nie godzić się na ten dyskomfort, o którym pisałem na początku tego tekstu. Nie chcę udawać, że jestem głupszy, niż jestem.
Kosztowna nieobecność
Na koniec rozprawmy się z jeszcze jednym mitem, który wśród kibiców mocno się zakorzenił i często powraca w komentarzach. Brzmi on mniej więcej tak: „Robert ma już tyle pieniędzy, że nic nie musi. Poza tym to on nam robi grzeczność, że przylatuje do Polski z Ameryki, a przecież nie musi, mógłby tę reprezentację olać”. Otóż legendarne już nienasycenie Roberta, które stało się motorem jego kolejnych sukcesów w karierze, nie ogranicza się wyłącznie do aspektu sportowego. Po drugie, czy Robert poświęca się dla reprezentacji albo – jak mówią niektórzy – „dla orzełka”? Otóż doceniam fakt, że „Lewy” przylatuje na kadrę ze Stanów. Ale też – przepraszam za cynizm – ojczyzna pięknie mu się odwdzięcza. Także finansowo.
Lewandowski zarabia krocie od krajowych sponsorów, od firm z Polski. Państwowe (obecnie Totalizator Sportowy, Bank Pekao SA) i prywatne spółki zostawiają potężne budżety reklamowe w kieszeni Roberta. A warto podkreślić, że to nie jest tak, iż Lewandowski reklamuje głównie wielkie globalne marki za granicą. Nie. Ten prawdziwy biznes „Lewy” robi na reklamowaniu produktów i usług właśnie tu, w Polsce.
I teraz: jak myślicie, czy jego sponsorzy byliby gotowi tak dużo płacić za udział w reklamie piłkarza, który nagle w Polsce stałby się niemal nieobecny i – po rezygnacji z gry w reprezentacji – byłby piłkarzem jedynie Chicago Fire? Czy banki, firmy odzieżowe, samochodowe i inne płaciłyby miliony za reklamowanie się wizerunkiem piłkarza, którego grę można u nas zobaczyć wyłącznie w internecie na platformie Apple TV? Przecież oglądalność w Polsce meczów MLS, które są rozgrywane w środku naszej nocy, jest śladowa. Odejście Roberta z reprezentacji Polski oznaczałoby dla niego de facto rezygnację z milionów złotych przychodu z reklam.
Nie znam motywacji Roberta i nawet nie chcę się ich domyślać. Nikt nie kwestionuje, że Lewandowski jest w tej chwili najlepszym polskim napastnikiem i na dodatek kompletnie nie mamy dla niego alternatywy. A jednak wiem, że w kwestii reprezentacji Polski nie tylko Robert rozdaje karty. On do tej pory po prostu robił to, co chciał. Ale co by to było, jakby mu na to nie pozwolić? Jakby mu kazać ponownie skalibrować życiowe priorytety? Nie chodzi o żadne cuda, tylko o postawienie z powrotem na nogi tego, co w reprezentacji Polski stanęło już na głowie.
Że się nie zgodzi? Pamiętajmy, że Lewandowski też ma bardzo dużo do stracenia. I może właśnie dlatego warto wreszcie przestać udawać, że w tej historii nie ma żadnego problemu. Bo jeśli kapitan reprezentacji może najpierw powiedzieć, że jest do dyspozycji trenera od początku do końca zgrupowania, a kilkanaście dni później, dzięki dwóm żółtym kartkom, znaleźć się dokładnie tam, gdzie potrzebował go jego klub, to kibic też ma prawo powiedzieć, że czuje absmak i dyskomfort, że ktoś oczekuje od niego, by udawał, że nic nie widzi i że jest głupszy, niż jest.