Maciej Kaliszuk: Nie bał się pan wyjechać do Kijowa w obecnej sytuacji?
Maciej Kędziorek: Gdybym się nie bał, to musiałbym być szaleńcem. Wiadomo, że się bałem. Mocno też jednak to weryfikowałem przez Tomka Kędziorę i kilka osób, które są związane z ligą ukraińską i postanowiłem zaryzykować.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Jak to się stało, że pan tam trafił? To w ogóle nietypowy kierunek dla polskiego trenera, a co dopiero w obecnej sytuacji.
To pytanie nie do końca do mnie. Z tego, co słyszałem, to zostałem wyselekcjonowany w internecie. Wiem, że na etapie rekrutacji wypytywano różne osoby na mój temat, między innymi Tomka Kędziorę, który w Dynamie jest postacią znaną i szanowaną. Dynamo to jeden z największych klubów w tej części Europy, zdobywało europejskie puchary, miało w składzie zawodników, którzy sięgali po Złotą Piłkę, a wartość tej drużyny niedawno przekraczała 100 milionów euro, więc było to dla mnie wyzwanie i możliwość odnalezienia się na innym rynku.
Czy w Kijowie towarzyszy panu rodzina?
Nie, jestem tam sam. Mieszkam w hotelu w bazie, około 25 kilometrów od centrum Kijowa. Jest położona w lesie, to spokojne miejsce i tam — odpukać — nic się nie dzieje. Pociski nie spadają, jak to się dzieje w centrum Kijowa. Jest tam w miarę bezpiecznie. Natomiast w centrum wieczorem codziennie coś się dzieje — uderzają drony, rakiety, pociski batalistyczne, każdego dnia wieczorem jest wyłączone światło, a wiele dzielnic Kijowa nie ma prądu. Ludzie starają zaopatrywać się w generatory.
Takich nieprzyjemnych sytuacji jest sporo. Już pierwszej nocy widziałem, jak przeleciało 700 rakiet i pocisków. Miałem okazję obserwować tę sytuację z balkonu i było to przerażające. Na Telegramie funkcjonuje kanał, na którym podawane są statystyki na temat wojny, wtedy była jedna z najbardziej intensywnych nocy w Kijowie. Podczas mojego pobytu tam zdarzyły się dwie jeszcze bardziej intensywne, ale wtedy graliśmy na wyjazdach.
Maciej Kędziorek: bałem się o bezpieczeństwo
Nie miał pan ochoty wyjechać?
Na pewno trochę bałem się o bezpieczeństwo. Samo życie w Kijowie wygląda tak, że ludzie na swój sposób zaadaptowali się do tego, bo te naloty niestety są codziennością. Dzieją się nocami i ludzie są do tego przygotowani.
Maciej Kędziorek (Foto: JAKUB WIECZOREK / newspix.pl)
To ataki na budynki cywilne? Rosjanie nie uderzają w cele wojskowe i ważną infrastrukturę?
Rosyjska propaganda twierdzi, że uderzają w obiekty strategiczne, a tak naprawdę atakowani są cywile i normalne bloki mieszkalne. Już pierwszego dnia przejeżdżaliśmy koło budynku, w który dwa dni wcześniej uderzyła rakieta. To był przerażający widok. W środku widać, że ludzie normalnie funkcjonują, ale jest pozbawiony jednej ściany.
W bazie tego pan nie widzi?
Nie widzę, to jest w dość sporej odległości od centrum miasta, ale będąc tam, ma się świadomość, że to jest to takie słodko-gorzkie uczucie. Z jednej strony widać piękne zabytki, a z drugiej strony są upamiętnione osoby, które zginęły na wojnie, jest dużo zdjęć, dat. To bardzo młodzi ludzie, mający po dwadzieścia kilka lat. Wszędzie są flagi, znicze, widać, co się dzieje. A z drugiej strony miasto jest naprawdę ładne.
Piłkarze też mieszkają w bazie?
Niektórzy w bazie, inni bliżej centrum, ja nie zdecydowałbym się na życie tam. W bazie jest w miarę bezpiecznie.
Trudno się mieszka w bazie całą drużyną? To jakby być non stop na obozie przygotowawczym.
Trochę tak, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nie narzekam, baza jest na niezłym poziomie. Przyjechałem tutaj do pracy, skupiam się na tym i to dla mnie istotne.
Maciej Kędziorek podczas treningu Dynama Kijów (Foto: Archiwum prywatne)
Nie miał pan momentów zwątpienia? Nie myślał pan, by wracać do Polski?
Nie, momentu zwątpienia nie miałem. Byłem na to nastawiony. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać i byłem świadomy tego, co mnie czeka i co może się wydarzyć.
Rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza od pana wyobrażeń?
Jest taka, jak się spodziewałem. Miałem dobry research, dobrze zdiagnozowałem sytuację, na razie wygląda to tak, jak się spodziewałem.
Jaki wojna ma wpływ na piłkarzy? Często o tym rozmawia się w szatni?
Mamy sporo zawodników, którzy pochodzą z regionów, które opanowali Rosjanie. Ich rodziny mieszkają w regionie donieckim, w Ługańsku i często piłkarze nie są myślami, gdzie być powinni, bo wiadomo, że to są sprawy najważniejsze. Często ich rodzice, dziadkowie, starsze osoby, nie chcą się przenosić i zostawić dorobku życia, a tam się dzieją straszne rzeczy.
By zdać sobie sprawę, jak ta wojna wygląda, polecam film „20 dni Mariupolu”, który jest dostępny na Canal+. To jeden z bardziej wstrząsających dokumentów, jakie widziałem. Ekipa filmowa w pierwszych dniach wojny zostaje zamknięta w Mariupolu i wszystko jest pokazane z bliska z kamery. Widać, jak wszystko jest ostrzeliwane. Po jego obejrzeniu długo nie mogłem dojść do siebie.
Brat piłkarza Dynama Kijów jest na wojnie
Piłkarze Dynama mają żołnierzy w rodzinach?
Tak, świetnym przykładem jest Kola Michajlenko, nasz środkowy pomocnik. Niebawem do kin będzie wchodził film, jak jego brat walczył na froncie, a on w tym czasie walczył o awans na igrzyska olimpijskie. Brat służy w artylerii i ma sporo zastrzeleń. Nie chcę wchodzić w fachowe słownictwo, powiem więc tylko, że jest żołnierzem, który ma się czym wykazać.Takich przypadków jest więcej.
Podczas meczów doświadczył pan niebezpiecznych sytuacji, gdy trzeba było schodzić do schronu?
Tak, dwa razy. Jak graliśmy mecz, z Obołonem i Ołeksandrią, to początek spotkania był opóźniony ze względu na alarm, a wtedy trzeba iść do schronu, ale znam z opowieści chłopaków sytuacje z zeszłego sezonu, że jeden mecz był trzykrotnie przerywany. Musieli za każdym razem schodzić do schronu, potem wychodzili, rozgrzewali się i tak dalej, przez co mecz trwał bardzo długo. Liczba widzów na trybunach jest uzależniona od pojemności schronu, u nas może pomieścić półtora tysiąca osób i tyle samo może być na meczu. W Polsce są pełne stadiony i tego mi tam brakuje. Poza tym w młynach na ukraińskich stadionach jest wielu młodych chłopaków, mających po 15-16 lat, gdyż starsi są na wojnie.
Kibice Dynama Kijów podczas meczu z LNZ Czerkasy (Foto: Danylo Antoniuk / Getty Images)
A jak się gra w piłkę w takich warunkach?
Powiem szczerze, że bardzo trudno. Do tego są duże problemy z logistyką. W związku z tym, że nad Ukrainą jest zamknięte niebo, trzeba się poruszać pociągiem lub autobusem. Do Lublina wyjeżdżaliśmy nocnym pociągiem z kuszetkami, ruszaliśmy około 23, a na miejscu byliśmy o 9-10 następnego dnia. Rano na ogół mieliśmy trening w Lublinie, a jak to był wyjazdowy, to zaraz po nim lecieliśmy, zostawaliśmy na noc, potem wracaliśmy samolotem, a w niedzielę graliśmy mecz. Spędzaliśmy bardzo dużo czasu w podróży.
To jest jedna z przyczyn słabszej postawy Dynama w tym sezonie?
Jak zobaczymy wyniki Dynama czy Szachtara po meczach pucharowych, to widać, że i my, i Szachtar notowaliśmy wtedy gorsze rezultaty. Na pewno ma to spory wpływ i stąd rozczarowujące wyniki.
Ale czy wszystko można wytłumaczyć tymi podróżami? Oczywiście poziom ligi spadł i to przekłada się na postawę w pucharach, ale w samej lidze też Dynamo zawodziło i po rundzie jesiennej zajmuje czwarte miejsce. Jakie są więc inne powody, że Dynamo obniżyło loty?
Na pewno podróże to jedna z przyczyn, ale problemów było więcej, doszło do zmiany trenera. Jestem w klubie dopiero cztery miesiące i nie chciałbym wchodzić w szersze diagnozy, bo przebywam tu zbyt krótko, bym mógł coś mądrego powiedzieć. Mam swoje przemyślenia i pomysły. Na pewno podróże i logistyka nie ułatwiły nam zadania, teraz tego „problemu” nie będziemy mieli i nasze wyniki powinny ulec poprawie.
Jest duże rozczarowanie, że odpadliście z Ligi Konferencji? Zwłaszcza że awansowały niezbyt mocne zespoły jak na przykład macedońska Shkendija.
To bardzo duże rozczarowanie, Dynamo jest takim klubem, dla którego drugie miejsce w lidze, to porażka, a odpadnięcie z pucharów to duża porażka. Kibicuje mu wiele osób w całej Europie. Mamy świadomość, że nie spełniliśmy ich oczekiwań, czujemy sportową złość, bo wiemy, jak to wygląda. Nie mam jednak przekonania, czy to system rozgrywek jest obiektywny. Niektóre zespoły miały łatwe losowanie, a my trafiliśmy na najtrudniejsze drużyny z każdego koszyka, jak Crystal Palace czy Fiorentina.
A jak kibice do tego podchodzą? Jest nerwowo czy mają inne problemy na głowie?
Najważniejszym tematem pozostaje wojna, ale wiadomo, że nie są zadowoleni. Nie wiem do końca, co pisze się w internecie, bo jeszcze nie posługuję się na tyle dobrze językiem, by to zrozumieć, ale da się odczuć niezadowolenie. Dynamo jest jak Legia czy Lech, ktoś się źle spojrzy czy źle odezwie, to są artykuły i zdjęcia. Presja medialna jest spora, dało się odczuć, że o Dynamie mówiło się bardzo dużo.
Centrum Kijowa (Foto: Archiwum pywatne)Maciej Kędziorek: Ukraińcy nie oddadzą ziemi
A jakie panują nastroje w społeczeństwie ukraińskim? Mam wrażenie, oczywiście patrząc z polskiej perspektywy, że z jednej strony Ukraińcy nie zamierzają oddać żadnych ziem Rosjanom i planują dalej walczyć, ale z drugiej strony ukraińscy mężczyźni, którzy nie zostali dotąd powołani do wojska, to nie chcą iść na front. Wielu uciekło za granicę, inni się ukrywają.
Nie chciałbym wchodzić w takie szczegóły, nie znam aż tak dobrze sytuacji. Jak w każdym społeczeństwie, zdarzają się osoby takie i takie. Ale jak wielokrotnie rozmawiałem na ten temat z piłkarzami, to zawsze z ich strony padają słowa, że Ukraińcy nie oddadzą ziemi i będą walczyć do końca, to ich ziemia, i zrobią wszystko, by nadal była ukraińska, że będą walczyć do ostatniej kropli krwi. Takie deklaracje słyszałem i to oddaje ducha, jaki charakteryzuje Ukraińców. Na pewno ludzie są jednak zmęczeni. Podczas nalotów schodzą do metra czy do garażu. Brakuje światła i ogrzewania, a jest zima. Ludzie są zmęczeni, a z drugiej strony nie chcą oddać Rosjanom tego, co do nich nie należy.
Panuje tam nienawiść do Rosjan?
Tak, to nie dzieje się od 2022 r., ale zaczęło się wcześniej. Przypomnijmy sobie wydarzenia na Majdanie, przy dużym udziale Rosji, wcześniej była pomarańczowa rewolucja. Nienawiść do Rosji jest ogromna, zresztą można sprawdzić, ile osób zginęło.
Tego dokładnie nikt nie wie.
Nie mówię o wojnie, ale w ogóle o tym, co się działo przez ostatnie dziesięć lat.
Ciężko zmobilizować piłkarzy w takiej sytuacji?
Piłkarze mają świadomość, że przez swoją grę i swoje występy niosą ludziom ukojenie, że mogą dzięki temu na chwilę oderwać się od trudnej codzienności, by ludziom dostarczyć trochę rozrywki związanej z piłką i normalnym życie. Mamy w zespole taką świadomość i poczucie misji, tu bardzo mocno się to podkreśla. Przed meczem najpierw gra się hymn Ukrainy, potem jest minuta ciszy, a pierwsze kopnięcie w meczu wykonuje albo weteran, albo dzieci kogoś, kto zginął na wojnie. Niedawno mieliśmy taką sytuację, że mecz zaczynała dwójka małych dzieci, chłopiec i dziewczynka, których tata poległ na wojnie. To było wstrząsające. Trudno wtedy skupić się na piłce.
Na ulicach widać tę wojnę, ludzi z protezami, śladami, które zostawiła wojna, widzi się ludzi, którzy przeżywają żałobę i którzy cierpią. Nie chciałbym, by kiedykolwiek w Polsce to się wydarzyło. Będąc w naszym kraju, a będąc w Kijowie, widać zupełnie inną perspektywę. Nie zdajemy sobie sprawy, jak to trudne i ile może to wyrządzić zła.
Piłkarze Dynama Kijów przed meczem z Weresem Równe (Foto: Juri Juriew / Getty Images)
W Polsce ludzie do tej wojny się częściowo przyzwyczaili, a do tego wzrosły antyukraińskie nastroje.
Myślę, że za tym stoi rosyjska propaganda. Widać, ile w internecie jest manipulacji, fake newsów, propagandy, napuszczania jednych na drugich. Rosjanie wykonują sporą robotę, by nas skłócić. Wiadomo, że między naszymi narodami są niewyjaśnione sytuacje, które zawsze będą nas dzieliły i tą nutą bardzo często Rosjanie grają.
Ta sytuacja i życie w ciągłym zagrożeniu odbija się na pana psychice?
Na pewno oddziałuje. Jestem tylko człowiekiem z krwi i kości. Mam świadomość, gdzie jestem i gdzie funkcjonuję, staram się ze wszystkim radzić. To dla mnie niezwykłe doświadczenie. Nie mówią nawet tego pod kątem trenerskim, ale ludzkim. Na pewno moje życie będzie inne, a moje postrzeganie wielu rzecz się zmieni, niezależnie, ile czasu tu spędzę.
Myśli pan, by w Dynamie zostać na kolejny sezon czy trudno tam żyć dłużej niż rok?
Zobaczymy. Nauczyłem się, że w piłce czasami tydzień to jest dużo. Jestem zadowolony z klubu, w którym pracuję, realizuję się pod względem zawodowym, nie wykluczam, by zostać na kolejny sezon.
Widać, że poziom ligi ukraińskiej obniżył się od początku rosyjskiej inwazji? W rankingu UEFA Ukraina spadła z 12. miejsca na 27.
Swego czasu Dynamo wydało 50 kilka mln euro w jednym okienku transfery, w tej chwili to zupełnie nierealne. Ciężko mi odnieść się do przeszłości, na pewno było łatwiej pozyskiwać zawodników, bo w tej chwili boją się przychodzić do ligi ukraińskiej i obcokrajowcy prezentują różny poziom.
Maciej Kędziorek: Polska będzie faworytem w meczu z Ukrainą
Szachtar dalej jednak dużo wydaje. Tego lata 36 mln euro.
Tak, ale Szachtar na co dzień funkcjonuje we Lwowie, w bazie właściciela Ruchu Lwów i tam rozgrywa mecze.
A tam jest bezpieczniej niż w Kijowie.
Tak, bo jest dalej od terenów znajdujących się pod rosyjską okupacją. Obcokrajowcy w lidze ukraińskiej są zróżnicowani. Analizując przed meczem rywala, widziałem, że zdarzają się zawodnicy, na których dyrektor sportowy w Polsce by nawet nie spojrzał. A do ligi ukraińskiej tacy trafiają, bo nie chcą przychodzić tu piłkarze z najwyższej półki i robi się pewien problem. Zespoły są zróżnicowane pod względem poziomu, mają siedmiu — ośmiu dobrych zawodników, a kolejnych ośmiu jest już przeciętnych.
Piłkarze Dynama Kijów w meczu z Fiorentiną w Lidze Konferencji (Foto: Gabriele Maltinti / Getty Images)
A co z reprezentacją Ukrainy? Jeśli dojdzie do meczu z Polską w barażach o awans do mundialu, o ile nasz zespół pokona Albanię, a Ukraina Szwecję, to jak pan ocenia szansę? Polska będzie faworytem?
Moim zdaniem tak, Polska będzie faworytem. Jak jednak zobaczymy nazwiska zawodników tej drużyny i kluby, których grają, to nie deprecjonowałbym zespołu ukraińskiego.
Na papierze wygląda nieźle, ale z trudem zakwalifikował się do barażów, dopiero w końcówce ostatniego meczu eliminacji z Islandią.
Myślę, że Polska powinna być faworytem, bo ewentualny mecz odbędzie się na neutralnym terenie w Walencji. Nasza drużyna powinna sobie poradzić, ale to jedno spotkanie i wszystko jest możliwe. Jeśli do niego dojdzie, będę oczywiście trzymał kciuki za naszą kadrę.
Był pan pierwszym trenerem w Radomiaku, a przyjął pan posadę asystenta. Zwykle, gdy szkoleniowiec zaczyna już samodzielnie prowadzić zespół, to nie wraca do roli tego drugiego.
Skusiła mnie praca w takim klubie jak Dynamo, chciałem sprawdzić się za granicą. Trafiła się propozycja w momencie, gdy byłem bez pracy, choć znajdywałem się blisko jednego wyzwania. Poza tym przez większość kariery pracowałem jako asystent, to dla mnie nie jest żadna ujma, ale mam plan, by prędzej czy później, być pierwszym trenerem.
W Polsce?
Chciałbym spróbować za granicą, to fajne i rozwojowe doświadczenie, uczę się nowego języka, poznaję inną kulturę i inne spojrzenie na piłkę. Jak będzie taka możliwość, to będę chciał raz na jakiś czas popracować za granicą.
Tymczasem pana były klub Radomiak zajmuje siódmą pozycję w Ekstraklasie, z minimalną stratą do miejsca pucharowego. Postawa tego zespołu pana zaskakuje?
Wiosna wszystko zweryfikuje, tabela jest bardzo spłaszczona, dwie porażki mogą ją wywalić do gór nogami. Teraz Radomiak dysponuje bardzo dobrym składem i nie chodzi tylko pierwszy skład, ale i ławkę. Minęły dwa lata, odkąd stamtąd odszedłem, a z tamtej drużyny zostało pięciu — sześciu zawodników.
Skład się zmienił, ale nie koncepcja budowy drużyny. Dalej klub opiera się na piłkarzach mówiących po portugalsku.
Myślę, że teraz ci zawodnicy prezentują trochę wyższy poziom niż wcześniej.