Szymon Piegza, Onet: Bóg się rodzi, moc truchleje, a my nie lubimy uchodźców, nie lubimy Żydów, właściwie już przestaliśmy nawet lubić samych siebie.

Ojciec Wiesław Dawidowski OSA: A przecież cały opis Bożego Narodzenia jest głęboko teologiczny, socjologiczny i polityczny. U świętego Łukasza te trzy różne motywy skupiają się jak w soczewce. Ewangelista nie bez powodu pisze o świętej rodzinie, która była rodziną uchodźców.

„Nie było miejsca dla ciebie, tyś musiał szukać żłóbeczka”.

Jest to historia o gościnności na Bliskim Wschodzie, bo to gościnność jest sprawą fundamentalną! Właściwie niegościnność jest śmiertelnym grzechem, który wołającym o pomstę do nieba.

Można kogoś nie lubić, ale na Bliskim Wschodzie nawet wrogowi pozwala się wejść do swojego domu. A ponieważ św. Łukasz w swojej opowieści dedykowanej pierwszym chrześcijanom wydobył właśnie ten moralny element, to możemy wnioskować, że gdzieś w przestrzeni pierwotnego Kościoła istniał problem nie tylko niegościnności, ale także niechętnego traktowania migrantów.

Szopka w kościele w Przemyślu

Szopka w kościele w PrzemyśluPAP/Darek Delmanowicz

Znany ksiądz tłumaczy znaczenie Świąt. „To powinna być dla nas lekcja”

Zastanawiam się, ilu z nas przyjęłoby do siebie rodzinę uchodźców. Rodzinę Jezusa Chrystusa z Nazaretu.

Autor Ewangelii wskazuje nam, jakim systemem wartości powinni kierować się chrześcijanie. Przede wszystkim gościnność.

Ale ważniejsze jest to, co leży głębiej w ewangelicznej narracji u św. Łukasza. Bóg, chcąc przezwyciężyć ludzką hardość serca, potrafi uniżyć się do tego stopnia, że pozwala złożyć się w żłobie. Dlatego Boże Narodzenie powinno być lekcją dla nas wszystkich, przypominającą, że pokoju nie buduje się na przemocy, ale na pomocy.

Proszę księdza, w Polsce z miesiąca na miesiąc w siłę rośnie partia, która jawnie głosi antysemickie hasła.

Jezus był Żydem, jego matka była Żydówką, a jego ziemski ojciec Józef był Żydem sprawiedliwym, czyli w pewnym sensie był chasydem.

Pierwszy raz w najnowszej historii Polski prezydent jest nacjonalistą.

Wielka szkoda, że obecny prezydent odmówił zapalenia świecy chanukowej w Pałacu Prezydenckim. To nie była tylko piękna tradycja, ale także sygnał, że istnieje w Polsce społeczność, która wprawdzie nie podziela naszego świata chrześcijańskiego, ale jest ściśle związane z tym, co pan prezydent nazywa jako „bliskie jego osobie”.

Ponadto chrześcijaństwo bez judaizmu nie potrafi zrozumieć samego siebie, a judaizm jest religią wewnętrznie związaną z chrześcijaństwem, czego nauczał Jan Paweł II, na którego pan prezydent tak chętnie się powołuje.

Czyli nie odrobiliśmy tej lekcji z Ewangelii.

Religia to jest rzeczywistość, która łączy nas z Bogiem, a zbawienie to posiadanie komunii z Bogiem. To dokonuje się w naszym umyśle, transcendencji. Jak mówił święty Augustyn: stajemy się tym, czym się karmimy.

Dziś to raczej antysemityzm, ksenofobia, nacjonalizm.

Tacy się stajemy, i to jest gorzka prawda, chociaż nie cała prawda, bo przecież nie wszyscy tacy się stajemy. Polska nigdy nie była krajem monoetnicznym, zawsze była wielokulturowa.

Monoetniczność to dzieło Stalina, o czym niestety w wielu kręgach nie chce się pamiętać. Polska Jagiellonów, Polska przedrozbiorowa, II Rzeczpospolita była wielokulturowa i o tym przypominał nam Jan Paweł II w swojej pracy „Pamięć i Tożsamość”. Niestety, to nauczanie dzisiaj wielu zakopuje w swoich piaskownicach infantylnego myślenia o tożsamości.

Szopka

Szopkameunierd / Shutterstock

Jest coraz więcej ataków na uchodźców z Ukrainy, Ukrainki zabraniają mówić swoim dzieciom w ich języku, bo wtedy Polacy mogą je pobić na ulicy.

Jestem tym głęboko wstrząśnięty. Sam czekam na stanowczy głos naszych biskupów w sprawie uchodźców i imigrantów.

Mówił o tym już biskup Zadarko, z którym blisko współpracuję, kiedyś pięknie wypowiadał się kard. Ryś, ale wspólnie w Episkopacie nie było takiego głosu. A przecież biskupi amerykańscy, włoscy i inni jasno potępili obecną politykę imigracyjną aktualnej administracji amerykańskiej.

Zrobił to zresztą też papież Leon XIV.

Ponieważ taka jest katolicka nauka społeczna!

Dziś w radio usłyszałem, jak jakiś minister chwalił się, że w tym roku nie dopuszczono do przekroczenia nielegalnej granicy 30 tys. razy przez nielegalnych imigrantów. Myślę, że taki przekaz w przeddzień Bożego Narodzenia nie jest dobry.

Dlaczego?

Bo on to nie buduje atmosfery otwartości na Innego. A przecież święta Bożego Narodzenia mają nas otworzyć na solidarność z najuboższym. Jeżeli Bóg stał się najsłabszy, wybrał drogę uniżenia, pokory i pogardy, to dla nas to jasna wskazówka, że właśnie tam znajdziemy Boga. Nie wśród sytych i bogatych.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Co powinno być lekcją z Bożego Narodzenia?

Jakie elementy teologiczne są obecne w opowieści o Bożym Narodzeniu?

Dlaczego gościnność jest ważna w kontekście świąt?

Jakie przesłanie na temat uchodźców przekazał ojciec Wiesław Dawidowski?

Znany ksiądz zwraca uwagę na symbol Świąt. „I co wtedy zrobimy, otworzymy drzwi?”

Jak mamy otworzyć się na najsłabszych, skoro nie chcemy już pomagać ludziom, którzy uciekają przed wojną?

Chrześcijaństwo zawsze wymagało od nas dużej odwagi. W Polsce ta odwaga przejawiała się w postaci stawiania na stole pustego talerza.

Ten pusty talerz na wigilijnym stole ma przypominać o biednych, opuszczonych, samotnych, którzy w każdej chwili mogą zapukać i przyjść do naszego domu. I co wtedy zrobimy, otworzymy drzwi?

Ciekawe, w ilu domach ten pusty talerz jeszcze leży na stole przez święta.

Chrześcijanie celebrują Boże Narodzenie jako wspomnienie, ale też jako anamnezę. Anamneza po grecku to dynamiczna obecność Boga.

Co to oznacza?

W tym rodzinnym świętowaniu uświadamiamy sobie, że właśnie w tym momencie przychodzi do nas Bóg. On uniżył się wobec nas i my go mamy przyjąć. To jest ten wymiar mistyczny, religijny, transcendentny naszego świętowania. Sentymentalne wspomnienie Bożych narodzin nie ma żadnego znaczenia, jeżeli to nie stanie się żywą rzeczywistością w nas.

Żywą, czyli jaką?

Taką, która przynosi konkretne konsekwencje. To nie jest łatwe. Sam podziwiam ludzi, którzy spędzają święta z osobami bezdomnymi, z osobami innego wyznania, czy mentalności, bo to wymaga przezwyciężenia osobistych lęków.

I wyjścia z własnej strefy komfortu.

Bo na tym polega chrześcijaństwo, żeby przyjąć wiarę w Jezusa ze wszystkimi tego konsekwencjami! Wiara bożonarodzeniowa to nie jest wiara świecidełek, tylko zrozumienia doniosłości, odkupienia człowieka i jego tragicznego położenia.

Pierwsze słowo Adama po upadku w raju brzmiało: przestraszyłem się, bo jestem nagi i schowałem się. Natomiast św. Józef słyszy od anioła: Nie lękaj się. Narodzenie Jezusa od początku naznaczone jest tym terminem: nie lękaj się.

Jeżeli uchwycimy doniosłość tego wydarzenia, to zrozumiemy, że Boże Narodzenie to nie jest opowiastka dla dzieci przy choince, ale to jest dramat Boga.

Jezus w stajence

Jezus w stajencePafnuti / Shutterstock

Co zrobić, żeby to zrozumieć, żeby dobrze przeżyć przyjście Jezusa?

Trzeba się zastanowić nad tym, co to znaczy „Bóg obecny w moim życiu”. Bóg jest ciągle ekskluzywny i my przez to też jesteśmy ekskluzywny. Tymczasem kluczowa jest jedna z mów pożegnalnych Jezusa, w której on utożsamia siebie z głodnymi, z wypędzonymi, z więźniami, z nie nakarmiony, z pragnącymi i z nagimi.

Tutaj daje nam wskazówkę św. Augustyn, że wprawdzie nie jest możliwe, aby tutaj na ziemi zbudować idealne państwo, bo państwo ziemskie zawsze będzie kierowało się egoizmem, i przemocą, czyli zaprzeczeniem miłości Boga i bliźniego, ale jednak trzeba próbować to robić.

„Jeżeli jakakolwiek religia zostaje wykorzystana do celów politycznych, to jest to jej śmierć”

Dziś religia coraz częściej wykorzystywana jest do polityki.

To jest wina polityków, ale staje się to problemem ludzi religii i odwieczny problem napięcia na linii cezaropapizmu i papocezaryzmu. Jeżeli jakakolwiek religia zostaje wykorzystana do celów politycznych, to jest to jej śmierć.

Tak uważali wszyscy ostatni papieże, łącznie z Janem Pawłem II. Od lat głoszę tezę, że jeśli Kościół staje się oblubienicą jednego pokolenia, tam to stanie się wdową następnego.

Niektórzy politycy uważają, że żyjemy dziś w czasach przedwojennych, że wojna w Strefie Gazy się nie skończy, a Władimir Putin wcale nie zatrzyma się w Ukrainie. Jaką rolę Kościół mógłby odegrać w tej trudnej sytuacji?

Kościół musi być narzędziem przebaczenia i wspólnym głosem pojednania. Jeśli nie odgrywa tej roli, to ludzie szukają sobie innych autorytetów.

Ja głęboko wierzę, że w tych niebezpiecznych czasach Kościół tym bardziej może przybliżyć ludzi do siebie nawzajem. Również tych, którym intelektualnie, czy ideologicznie nie jest po drodze.

Biskupi też to rozumieją?

Tego nie wiem. Niedawno rozmawiałem z jednym imamem w Jerozolimie i on powiedział mi bardzo mądrą rzecz. Religia nie jest czymś złym. Wszystkie religie są czymś dobrym. Złem mogą być przywódcy religijni, napuszczający jednych na drugich.

Tutaj też bardzo chciałbym takiego wspólnego głosu biskupów w sprawach społecznych. Może on będzie jutro, a może dopiero za kilka lat.

Za kilka lat to już może być za późno. Za kilka lat Polacy mogą walczyć w okopach i nie będą mieli czasu na czytanie listów biskupów.

Zgadzam się, że w Polsce potrzebny jest taki synod biskupów, który włączyłby do wspólnego namysłu również świeckich. Dopiero takie spotkanie i wymiana poglądów może przynieść jakieś dobre owoce.

Mógłby stać się przyczynkiem do przełamania lęków społecznych przed obcymi lub lęku panującego w samym Kościele. Pisałem o tym przed laty w Tygodniku Powszechnym. I co? Pies z kulawą nogą tego nie przeczytał.

Dużo jest tego lęku w Kościele?

Jest i to widać, choć też wcale nie jest tak, że wszystko jest źle i wszystko powinniśmy krytykować. Uważam, że jeśli chcemy coś zmieniać, to najpierw trzeba zadać pytanie, czego oczekujemy, a później zastanowić się, jak to osiągnąć. Najlepszą drogą jest zawsze długa droga, a nie pójście na skróty.

Papież Leon podczas pasterki w Bazylice św. Piotra

Papież Leon podczas pasterki w Bazylice św. PiotraPAP/EPA/GIUSEPPE LAMI

Polski ksiądz jest bliskim znajomym nowego papieża. „Leon na pewno jest mocny”

Wysłał ksiądz już życzenia świąteczne papieżowi Leonowi XIV?

Tak, wysłałem jeszcze przed Wigilią.

Odpisał?

On ma naprawdę milion spraw na głowie, więc jeśli odpisuje to w kilku słowach: Dziękuję. Pozdrów braci. Leon XIV PP.

Wy z papieżem Leonem znacie się od lat, razem jesteście augustianami. Jakie wyzwania stoją dziś przed Ojcem Świętym?

Pierwsze to, o czym sam mówi od samego początku, pokój rozbrojony i rozbrajający. To nieprzypadkowe słowa. Drugie wyzwanie przekazał podczas pierwszego spotkania z korpusem dyplomatycznym w Watykanie: pokój budowany na prawdzie. To oczywiście ma bardzo szerokie znaczenie.

I w końcu Leon mówi o dialogu, bo cywilizację miłości buduje się poprzez dialog, czyli wzajemne wysłuchanie. Dialog, który sprzeciwia się ostatecznemu dogmatyzmowi. To jest papież, który idzie jasnym szlakiem Franciszka.

Kontynuator reform swojego poprzednika?

Zdecydowanie, choć Leon już powiedział głośno i wyraźnie: ja nie jestem kopią Franciszka.

Niektórzy widzą w nim nawet fizyczne podobieństwo do Jana Pawła II.

To szukanie podobieństw tam, gdzie ich nie ma. Na pewno jego podobieństwo do naszego papieża widać w tym, że cytuje teologię Jana Pawła. Ale jest zarówno kontynuatorem Benedykta XVI, jak Franciszka i co do tego nie ma żadnej wątpliwości.

Pamiętam tę euforię na placu św. Piotra w Watykanie, gdy okazało się, że to kard. Prevost zostanie kolejnym papieżem. Wierni mają wobec niego sporo oczekiwań.

Ojciec Święty ma 70 lat, więc właściwie jest dość młodym człowiekiem. Pismo Święte mówi, że kresem naszych jest 70, 80 lat, gdy jesteśmy mocni. Leon na pewno jest mocny i myślę, że doprowadzi do końca to, co już zostało zapoczątkowane przez Franciszka. Jednak to będzie inny styl, chociaż pozostaną te same priorytety.

Na przykład proces synodalności Kościoła, czyli otwartości, zmiany.

Synodalność, czyli wspólny namysł duchownych i świeckich. To ciągle trwa, ale być może ten proces doprowadzi do nowego soboru powszechnego. Wyobrażam to sobie. Nowy sobór mógłby jednoczyć Kościół Wschodu i Zachodu, co jest marzeniem papieża Leona.

Ekumenizm jest jednym z głównych myśli tego pontyfikatu. Nie bez powodu w pierwszą pielgrzymkę Ojciec Święty wybrał się na Bliski Wschód.

Z jednej strony to kontynuacja planów papieża Franciszka, ale wyobrażam sobie, że to idzie głębiej. Może niedługo przy jednym ołtarzu staje nasz papież i drugi papież, patriarcha Konstantynopola, wspólnie odprawiają Mszę świętą, przyjmują tę samą Eucharystię.

Zadatkiem tego była ostatnia modlitwa w Izniku, czyli starożytnej Nicei, gdzie Leon wyrecytował credo bez słynnej formuły Filioque dotyczącej pochodzenia Ducha Świętego, dzielącej Wschód i Zachód. To na pewno byłoby wydarzenie epokowe po ponad dziesięciu wiekach od wielkiej schizmy Focjusza.

To możliwe?

Wie pan, jednym z głównych przesłań opowieści wigilijnej jest to, że dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: szymon.piegza@redakcjaonet.pl

Czytaj inne artykuły tego autora tutaj.