Na sukces Mateusz Cierniak skazany był od najmłodszych lat, bo od dziecka towarzyszył swojemu ojcowi podczas treningów żużlowych. Być może nigdy nie zostałby żużlowcem, gdyby nie dramatyczne okoliczności przedwczesnego zakończenia kariery przez jego ojca.
– To był 2002 rok, a ja wracałem właśnie z zawodów. Zostawiłem busa z trzema motocyklami pod jednym z krakowskich centrów handlowych, a gdy wróciłem na parking, zorientowałem się, że samochodu nie ma – wspomina Mirosław Cierniak.
Najgorsze było to, co zaczęło dziać się zaledwie kilka godzin później. Złodzieje zgłosili się bowiem do właściciela i zażądali od niego okupu w wysokości 25 tysięcy złotych. Cierniak wiedział, że od tego zależy jego przyszłość i nie wahał się podjąć ryzyka. O całym zdarzeniu poinformował policję, ale jednocześnie zgodził się spotkać z uzbrojonym złodziejem. Co gorsze, gdy sprawa zaczęła być powszechnie znana, do żużlowca zaczęli zgłaszać się inni oszuści, którzy przekonywali, że to oni mają jego samochód.
ZOBACZ WIDEO: Jeszcze niedawno narzekał na przygotowanie toru. Teraz to jego będą mogli krytykować
– Do dzisiaj jest mi trudno, gdy o tym myślę. To były bardzo trudne chwile, a ja miałem straszny wstręt do tych ludzi, którzy nie chcieli mnie tylko okraść, ale dodatkowo upokorzyć. Pamiętam, że podczas rozmów telefonicznych proponowałem, by wzięli sobie busa, ale mi zostawili gdzieś w lesie motocykle żużlowe i wszystkie akcesoria, które miałem w samochodzie. Tam był mój cały majątek zgromadzony przez lata kariery. Policzyłem, że wartość kradzieży, to było ówcześnie sto tysięcy złotych. Nie wiem nawet, czy taką kwotę zarabiałem rocznie, bo to były naprawdę gigantyczne pieniądze. Prosiłem złodziei, by nie rujnowali mi życia zawodowego i nie niszczyli jako człowieka. To jednak nie poskutkowało – wspomina traumatyczne chwile tata Mateusza Cierniaka.
Ostatecznie po konsultacji z policją, umówił się na wskazane przez bandytów miejsce. Okupu jednak nie dał, bo służby przekonywały go, że i tak nie odzyska swojej własności, a złodzieje po kilku dniach znów się odezwą, by zażądać jeszcze większych pieniędzy. Zanim jednak doszło do spotkania z uzbrojonym złodziejem, sytuacja przypominała sceny kina akcji.
Cierniak dojeżdżając na wskazane miejsce miał cały czas kontakt z bandytami, którzy próbowali sprawdzić, czy towarzyszy mu policja. Kilkukrotnie zmieniali miejsce spotkania, a do czystych intencji żużlowca przekonał ich dopiero nagły zwrot na ruchliwej drodze. W ten sposób zdobył on zaufanie przestępców, ale jednocześnie zgubił jadących za nim policjantów. Gdy ci dotarli na miejsce, po złodziejach nie było śladu, a pościg po osiedlu domków jednorodzinnych był utrudniony. Herszt bandy i tak jednak wpadł w ręce policji, bo w trakcie przeszukania terenu zadzwonił mu telefon, a policjanci odkryli, że ukrywa się on pomiędzy żywopłotem a parkanem jednego z domów.
Od początku był skazany na żużel
– Po tamtej sytuacji zostałem bez całego sprzętu. Busa znaleziono kompletnie zniszczonego, a jeden z motocykli po kilku latach odkryto w rzece. Nie miałem pieniędzy na kompletowanie wszystkiego od początku, więc podjąłem decyzję, by w wieku 32 lat zakończyć karierę. Wtedy właśnie rodził się Mateusz, a ja zacząłem zajmować się szkoleniem młodzieży. Gdy Mateusz miał 12 lat byłem już całkiem doświadczony i mogłem założyć własną szkółkę – wspomina Cierniak senior.
W kolejnych latach klub UKS Jaskółki stał się jedną z najbardziej znanych w Polsce kuźni talentów. Z tego klubu wyszło przynajmniej kilku zawodników, którzy później debiutowali w rozgrywkach ligowych. Nikt z nich nie może się jednak równać do Mateusza Cierniaka.
– Mateusza poznałem jako 10-latka i od początku było dla mnie jasne, że zostanie żużlowcem. Nie wiedziałem tylko jak dobrym będzie zawodnikiem – przyznaje legendarny trener Marek Cieślak, który prowadził Unię Tarnów w latach 2012-2014. – Od początku imponował techniką i był nieprawdopodobnie zmotywowany. Już jako dwunastolatek miał spore doświadczenie, bo z żużlem był związany od dziecka. Podczas naszych meczów praktycznie zawsze kręcił się po parku maszyn, podglądał innych zawodników, pomagał im przy podstawowych czynnościach przy sprzęcie – dodaje Cieślak.
Podczas jednego z domowych meczów Unii Tarnów Cierniak miał zresztą szanse zaprezentować swoje umiejętności szczerszej publiczności. Na małym motocyklu jeździł po murawie, a także odpowiadał na pytania spikera.
– Miał wtedy dziesięć lat, a gdy spiker spytał go kim chce być w przyszłości, to odpowiedział, że żużlowcem i inżynierem – wspomina ojciec zawodnika.
Ostatecznie na ligowy debiut zaliczył nie w barwach Unii Tarnów, a Arged Malesy Ostrowa. Wszystko dlatego, że 16. urodziny obchodził 3 października 2018 roku, gdy do rozegrania pozostał już tylko jeden ligowy mecz – właśnie z udziałem ostrowian i Polonii Piła. Debiut wypadł fantastycznie, bo młody zawodnik był drugim najlepszym zawodnikiem meczu, nie przegrywając z żadnym z rywali (9 punktów i trzy bonusy w czterech biegach). Wtedy już wszyscy wiedzieli, że mamy do czynienia z największym żużlowym talentem po Bartoszu Zmarzliku.
W kolejnych latach Cierniak potwierdzał swoje predyspozycje. U swojego boku cały czas ma swojego ojca, który czuwa nad jego karierą.
– Proszę mi uwierzyć, że nigdy nie zdarzyła nam się kłótnia, po której powiedziałbym synowi, że nie jadę z nim na mecz. W sześciu ostatnich sezonach opuściłem go może raz, może dwa, ale zawsze podyktowane było to względami zdrowotnymi. Dogadujemy się bez problemu, a ja od początku uczyłem Mateusza, że to on jest szefem w naszym teamie. My mu podpowiadamy, ale na końcu, to on podejmuje wszystkie decyzje – dodaje Mirosław Cierniak.