Pod koniec II wojny światowej znaczna część świata pogrążona była w społecznej i materialnej ruinie. Był to już drugi taki przypadek w ciągu niespełna 50 lat. Wielu ludziom wydawało się wtedy oczywiste, że aby przerwać to błędne koło, potrzebna jest odważna wizja.
To właśnie po takiej epoce Dean Acheson postanowił opisać swoją karierę podsekretarza, a potem 51. sekretarza stanu USA (1949–53) w nagrodzonej Pulitzerem książce „Present at the Creation” (pol. „Obecny przy stworzeniu”), wydanej w 1969 r.
W czasie swojej kadencji był on świadkiem, a często także aktywnym uczestnikiem powstawania wielu przełomowych inicjatyw, które stworzyły względną stabilizację dla społeczeństwa, nauki i kultury, jaką wiele krajów cieszy się już niemal od stulecia.
Zanim lekkomyślnie uznamy tę międzynarodową wizję za zamknięty rozdział historii lub zaczniemy podkopywać jej fundamenty, powinniśmy się dobrze zastanowić i zadać sobie pytanie, czy alternatywa przyniosłaby nam lepszy świat.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
W ciągu zaledwie kilku lat po II wojnie światowej powstała Organizacja Narodów Zjednoczonych, NATO wyrosło z niewielkiego grona sojuszników w zorganizowany sojusz, a w Bretton Woods utworzono Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy i szereg innych mechanizmów mających umacniać międzynarodowy ład gospodarczy.
Próba połączenia Francji i Niemiec pod wspólnym zarządem nad produkcją stali i węgla — co miało zapobiec kolejnym wojnom między tymi krajami — ostatecznie przerodziła się we Wspólnotę Gospodarczą Europy, a później w Unię Europejską. W tych kilku latach słowo „transformacja”, dziś nadużywane, rzeczywiście pasowało jak ulał.
Współcześnie pojawia się tendencja do określania tych instytucji jako „globalistyczne” i przypisywania im roli w różnorodnych teorii spiskowych. Warto jednak przeczytać relację Achesona, by zrozumieć, że u ich źródła leżała właśnie chęć zapobieżenia narodzin totalitarnych ośrodków władzy.
Były to organizacje, które miały wspierać wolność jednostki, wolny rynek, międzynarodowy handel, demokratyczne procedury i system oparty na prawie międzynarodowym — budować wspólnotę narodów wolną od katastrofalnych konfliktów i autokratycznych rządów.
USA przyjęły na siebie to historyczne wyzwanie
Pokolenie Achesona miało ogromne poczucie odpowiedzialności. Kruchość wolności i łatwość, z jaką można ją zniszczyć i podporządkować, prowadząc tym samym do niewyobrażalnych cierpień i śmierci, były wciąż żywe w pamięci.
Przywódcy powojennego świata traktowali budowę lepszego ładu nie jako swój przywilej, lecz jako obowiązek. W książce Achesona wyczuwalna jest przede wszystkim świadomość ogromnych poświęceń, jakie już zostały poniesione, i konieczności wykazania się odwagą i determinacją w budowie nowych sojuszy międzynarodowych. Stany Zjednoczone przyjęły na siebie to wyzwanie i dostrzegły historyczną wagę zadania, które przed nimi stało.

Ernest Bevin, brytyjski sekretarz spraw zagranicznych, Dwight Eisenhower, prezydent USA, i Dean Acheson, amerykański sekretarz stanu (przy biurku), w trakcie podpisywania Traktatu Północnoatlantyckiego. Waszyngton, 4 kwietnia 1949 r.PAP/DPA / PAP
W świecie pogrążonym w chaosie zrozumiałe i wybaczalne byłoby, gdyby dominowało poczucie zagubienia i apatii, ale zamiast tego pojawiła się niepowtarzalna szansa, by obrać nowy kierunek — i Acheson, wraz ze światem demokratycznym, wykorzystali ją z pełnym zaangażowaniem.
W jego pisarstwie nie ma śladu imperializmu ani żadnych przebiegłych zachodnich planów podporządkowania sobie świata. Gospodarczy upadek Europy i rozpad europejskich imperiów w Azji stworzyły okazję, by zachęcić nowe narody do wyboru klasycznej liberalnej wizji człowieka, w której jednostka zyskuje przewagę nad państwem, a nowe, owocne gospodarki mogą się rozwijać.
Ostatnią rzeczą, o jakiej myślano w świecie przesiąkniętym krwią i zwłokami milionów ludzi, było tworzenie nowych politycznych i gospodarczych olbrzymów mających rządzić światem. Ludzie mieli już tego dość. Jest jakaś wyjątkowość, można nawet powiedzieć czystość w działaniach Achesona i ogólnie Ameryki w próbie naprawienia autokratycznego świata raz na zawsze.
Nie jestem tak naiwny, by twierdzić, że Amerykanie nie widzieli własnych korzyści w przyjęciu tej roli przywódczej, ale mimo to jego ambicje były fundamentalnie dobre i wynikały z poczucia wielkiej i szlachetnej sprawy.
Pokolenie, które stanęło na wysokości zadania
Pomijając globalny kontekst, który ukształtował tych ludzi, książka Achesona nie pozostawia wątpliwości co do ich klasy jako jednostek. Jego pisarstwo ma głębię. To nie jest jedna z tych współczesnych autobiografii polityków, którzy wydają książki tylko dlatego, że czują taką potrzebę. On rzeczywiście miał o czym pisać. Najlepszym tego dowodem jest to, że nawet dziś można się z jego dzieła ogromnie wiele nauczyć o świecie — jest w nim mądrość.
Najbardziej trwałe wrażenie, jakie pozostawia po sobie Acheson, to szacunek dla instytucji wolnych państw, których budowa zajęła wieki. Po II wojnie światowej legły w gruzach, ale pragnienie ich odbudowy i wiara w nie pozostały. Głębokie poczucie obowiązku wykonania tego zadania i przekonanie, że inne narody także trzeba zaangażować w budowę globalnej wspólnoty, która przezwycięży błędy przeszłości, cechuje spokojna pewność siebie i żelazna, choć nie przesadna retoryka.

Pierwsza sesja Zgromadzenia Ogólnego ONZ w Nowym Jorku, 23 października 1946 r.AFP
Stawka była ogromna — to był projekt o wielkim znaczeniu. Ciężar tej odpowiedzialności był wyczuwalny na barkach Achesona i jego rówieśników, ale towarzyszył mu też nieco ironiczny, szczery humor w obliczu mrocznych doświadczeń. To nie byli ludzie pozbawieni poczucia humoru, ale zachowywali klasę i mieli świadomość swojej roli w historii.
Zbyt łatwo byłoby zamknąć Achesona i jemu współczesnych w innej epoce, przypisując ich postawom przynależność do czasów dawno minionych. Jednak ten sposób myślenia jest ponadczasowy. Acheson wiedział, że Ameryka powinna aspirować do roli rozsądnego narodu, który szanuje swoje miejsce na świecie, działa z rozwagą i celem, a przez to może zyskać szacunek innych.
Dziś nie żyjemy w świecie tak zniszczonym, jak po II wojnie światowej, ale zbliżamy się do tej możliwości, a w Ukrainie to codzienność. Świat potrzebuje ludzi o powadze, mądrości i przenikliwości Achesona.
2026 r., początek drugiego ćwierćwiecza XXI w., to dobra okazja, by zobowiązać się do realizacji tamtych inspirujących i szlachetnych celów. To nasza odpowiedzialność, by pielęgnować, bronić i rozwijać optymizm oraz instytucje przekazane nam przez tych, którzy byli obecni przy ich powstaniu.